poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ilha da Boa Vida.


Bombaj, dzień 20.
Przyjechałem do Indii z myślą, że korzenie zapuszczę w Bombaju. Po kilkunastu dniach w tym szalonym kraju dotarłem do tego równie szalonego miasta. Z Udajpuru dojechaliśmy sypialnym pociągiem, który okazał się dość komfortowy, o wiele bardziej niż ten z Dżajpuru… a może to była tylko jej wina.
Na obrzeża Bombaju dotarliśmy już koło godziny 12.30, ale na stację Bandra, która znajduje się mniej więcej w ¾ wyspy dotarliśmy dopiero w okolicach 14.30. Miasto jest ogromne, pod każdym względem. Pierwszego dnia nie wiele widziałem oprócz tego co z okna pociągu (bombajski meksyk), czy później autobusu. Sudeep odprowadził mnie do samego mieszkania kolegi, w którym zatrzymałem się na pierwszy weekend.
W Delhi nasłuchałem się o tym jaki Bombaj jest do bani z każdej strony (chcąc być fair muszę też wspomnieć że to samo od bombajczyków słyszałem o Delhi) i jacy okropni są ludzie. Pierwszego dnia jednak już zauważyłem, że nie jest tak źle. Rikszarze nie są nachalni, w autobusie chętnie tłumaczą drogę, gdzie wysiąść i jak iść dalej, podobnie na ulicy.
Sobotę spędziłem spacerując po południowej dzielnicy Kolaba. To serce Bombaju, od którego miasto zaczęło się stosunkowo rozrastać na północ. Bombaj jest położony na sporej wyspie, która powstała poprzez połączenie kilku mniejszych wysepek. Miasto w nowoczesnym znaczeniu tego słowa założyli Portugalczycy, którzy mieli kilka kolonii na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Wyspie na której założyli faktorię dali nazwę Ilha da Boa Vida… Wyspa Dobrego Życia.
Z czasem wpływy nad miastem przejęli Anglicy. W XIX wieku Bombaj przeżył gwałtowny rozwój. To właśnie wtedy powstało nowoczesne centrum miasta Kolaba. Zbudowano wiele gmachów, które stanowią obecnie kulturalne dziedzictwo.
Zwiedzanie zacząłem od dworca CST. Właściwie to należy wspomnieć, że zwiedzanie zacząłem od przejażdżki miejskim pociągiem, który sam w sobie stanowi atrakcje. Przewodniki piszą, że przejazd w godzinach szczytu  polecany jest tylko dla odważnych i może się różnie skończyć. Nie było tak źle. Przy okazji przekonałem się, że ludzie w Bombaju są naprawdę uprzejmi i dobrze wychowani. Chętnie tłumaczą drogę, czasami wręcz odprowadzają na miejsce. Mój pociąg nie był aż tak zatłoczony jak być mógł. Ale miejsc siedzących już dawno nie było. Pociągi są podzielone na przedziały I i II klasy oraz wagony dla kobiet. Trzeba uważać, żeby nie wsiąść do niewłaściwego wagonu, bo nie ma możliwości przejścia z wagonu do wagonu, chyba, że dopiero na następnej stacji.
Stacja CST została nawet wpisana na listę UNESCO. Wspaniały przykład architektury wiktoriańskiej, której sporo jest w Londynie. Nic dziwnego, Bombaj był miejscem, gdzie starano się od zarania przeszczepić angielską kulturę i w pewnym stopniu się to udało. Kolaba jest miejscem, gdzie całkiem przyjemnie można pospacerować po chodnikach wzdłuż szerokich ulic, ruch na których jest dość regularny. Nie ma rikszarzy, syf jest mniejszy (chociaż ani jedno ani drugie w Indiach mnie jakoś specjalnie nie przeraża).
Właściwie jedynym landmarkiem w Bombaju, który ma status ‘must-see’ to Wrota Indii przy nabrzeżu. Poszedłem więc prosto w tym kierunku podziwiając kolonialną architekturą z każdej strony. Wrota Indii okazały się być obarykadowane z każdej strony, ale wewnątrz było sporo ludzi. Pomyślałem, że jak to w większości przypadków w Indiach znów trzeba słono zapłacić za wstęp, ale okazał się wolny.
Resztę dnia spędziłem z Sudeepem, który był tak podniecony faktem, że wreszcie jestem w Bombaju, że sam nie wiedział co mi pokazać najpierw. Mam jednak zamiar zostać w mieście na trochę dłużej więc nie ma co się spieszyć. Zjedliśmy dobry lunch w miejscu niedostępnym dla turystów, chociaż w samym centrum, wysłuchaliśmy melodii z wieży zegarowej, która przypomina tą z Big Bena w Londynie, pogapiliśmy się na chłopaków grających w krykieta w parku (zasad tej gry chyba nigdy nie zrozumiem) i przespacerowaliśmy się promenadą nad wybrzeżem aż do plaży Chowpatty.
To mój pierwszy raz na plaży w grudniu. Pierwsze komary i krótkie rękawki o tej porze roku (w Indonezji byłem dopiero w styczniu). W mieście pojawiają się też ozdoby na Boże Narodzenie, podobno w następny weekend większość ulic będzie oświetlonych. Ciekawe czy będą też renifery i św. Mikołaj… We’ll see.
Pierwsze spotkanie z Bombajem bardzo na plus. Miasto mi leży. Nie wiedziałem co mam o nim myśleć przed przyjazdem, ale daje rady. Przetrwałem też przejażdżkę w pociągu w godzinie szczytu, co można nazwać chrztem bojowym. Pociągi bywają tak zatłoczone, że nie ma możliwości wcisnąć się do środka i trzyma się czegokolwiek na zewnątrz albo kogoś kto jest w środku. Wysiada się (a raczej jest się wypychanym, bądź jak to nazywają moi znajomi eksmitowanym przez pociąg) kiedy ten jest jeszcze w biegu. Zresztą ta też się wsiada… pociąg zatrzymuje się jedynie na kilkanaście sekund. Typowy indyjski chaos… Loves it.

piątek, 16 grudnia 2011

Recommended by Lonely Planet, page 220.


Udajpur, dzień 17.
Ta, której imienia lepiej nie pisać, musiała kiedyś przyjść. Zapowiadała się już na dworcu, a w pociągu dopadła mnie na dobre. Na szczęście toaleta pociągowa okazała się lepsza niż nie jedna, którą widziałem w PKP. Noc mijała powoli. Zbyt powoli. Pociąg mimo, że przyjechał opóźniony do Dżajpuru, wjechał na stację Udaipur City o 10 minut wcześniej.
Nie mieliśmy jeszcze pewnego noclegu, a było dość wcześnie, za wcześnie na szukanie go po mieście. Ulokowaliśmy się w poczekalni dworcowej i miałem ochotę stamtąd nie wychodzić na dobre. Sudeep dodzwonił się do jednego z hosteli po jakimś czasie, gdzie zwolnił się pokój. Razem z nami czekał wyjątkowo wścibski kierowca tuk-tuka, który około 20 razy poganiał nas do swojego pojazdu, na którego wcale nie mieliśmy ochotę.
W przypływie energii po kilku czajach (indyjska herbata z mlekiem), ruszyliśmy w miasto naturalnie w towarzystwie kierowcy, który czekał na nas prawie 2 godziny. W sumie bez różnicy było kto nas tam zawiezie, bo nie było szans, żebym przeszedł dystans ok. 3 km w tym stanie. Kierowca okazał się dość sympatyczny i zawiózł nas bez przekrętów prosto do hostelu. Lalghat hostel leży nad samym jeziorem Pichola, nad którym jest położony Udajpur. Szczerze mówiąc nie wiele z tego dnia więcej pamiętam, więc lepiej od razu przejść do kolejnego. Sudeep znalazł dla mnie dobre indyjskie leki, które następnego dnia postawiły mnie na nogi.
Mówiąc szczerze mam mieszane uczucia co do Udajpuru. Z jednej strony podoba mi się, z drugiej jego „starówka” wygląda jak getto backpackersów. Nie lubię takich miejsc, nie mają one dla mnie uroku. Ludzie uśmiechają się i zaczepiają tylko dlatego, że chcą Ci coś sprzedać. Tak było też z nami. W Indiach na ludzi, z którymi nie chcesz mieć nic do czynienia najlepiej nie zwracać w ogóle uwagi, kompletnie ignorować. Ta sama zasada tyczy się żebraków, rikszarzy co sprzedawców. Ciężko jest dlatego odróżnić, kto tak naprawdę chcę po prostu porozmawiać i czegoś się dowiedzieć, a kto chce się zrobić w balona albo coś wcisnąć, czego nie potrzebujesz.
Ceny centrum Udajpuru przez egzystencję backpackersów pospolitych z wszelakich krajów są dość wywindowane. Nawet dla Sudeepa, który pochodzi z Bombaju, najdroższego z indyjskich miast było drogo. Próbowaliśmy znaleźć coś lokalnego, ale trzeba było wyjść naprawdę daleko poza starówkę.
Udajpur to centrum dawnego rejonu Mewar. Słynie ze swoich pałaców, dwa z nich położone są na środku jeziora Pichola malowniczo położonego wśród wzgórz. Jezioro powstało poprzez zmianę biegu jednej z rzek w XVI wieku. Mieliśmy szczęście bo nasz hostel okazał się mieć wspaniały widok na jezioro i pałace bez wychodzenia gdziekolwiek. Hostele prześcigają się w sposobach by ściągnąć backpackersów. Absolutnie wszystkie 3738 mają banner ‘recommended by Lonely Planet”. Kilka z nich, które naprawdę są w przewodniku podają stronę na której znajduje się wzmianka. Inne podają inne przewodniki jako referencje. Wiele knajp znajduje się na dachach budynków, na których co wieczór jest projekcja Ośmiorniczki Jamesa Bonda, która była kręcona w Udajpurze. Wszystko ma dość kiczowaty kolor, ale staraliśmy się znaleźć trochę dla siebie, co też jest możliwe.
Po kilku dniach piękny widok z tarasu na jezioro i pałac na wodzie się przejadł i myśli powoli zmierzały już do Bombaju. Jednak trzeba było czymś się zająć na miejscu. Zacząłem się wreszcie uczyć hindi. Alfabet okazuje się bardziej skomplikowany niż myślałem, co wcale nie oznacza, że nie jest do nauczenia. Wyruszyliśmy też parę razy na wycieczki bez celu, które zaprowadziły nas do miejsc, gdzie turystów nie było wcale… bo i też nie było specjalnie co zwiedzać. Ale za to znów był meksyk.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pink City


Dżajpur, dzień 11.
Z Bharatpuru wyruszyłem wcześnie rano i pieszo dotarłem do dworca autobusowego. O dziwo nie zostałem zaczepiony przez żadnego rikszarza, dopiero przed samym terminalem. Bus okazał się dość rozklekotany, ale udało mi się jakoś umieścić bagaż i ruszyłem do Dżajpuru. Po drodze piękne krajobrazy, pole żółte od rzepaku, wioski i indyjskie wioski z meksykiem na każdym kroku. Po drodze było też sporo pieców z wielkimi kominami do wypalania cegły.
Do Dżajpuru dotarłem po południu. Miałem trochę czasu żeby dotrzeć do dworca kolejowego, gdzie miałem spotkać kolegę z Mumbaju. Dworce okazały się na szczęście niezbyt odległe od siebie i mogłem przejść ten odcinek pieszo. Dżajpur okazał się wielkim miastem, rozmiarowo dużo większym niż oczekiwałem. Ulice w centrum zatłoczone tak samo jak w Delhi. Na dworcu zaopatrzyłem się w bilet peronowy za 3 rupie (20 groszy) i odczekałem swoje nim pociąg z Mumbaju przyjechał. Pociągi w Indiach też mają opóźnienia, ale biorąc pod uwagę ilość pasażerów jaką przewożą jestem w stanie to zrozumieć. PKP dalej nie mogę i chyba już nawet nie chcę.
Sudeep miał jakieś namiary na nocleg i nawet udało się załatwić bezpłatny transport taksówką. Hotel okazał się dość spory kawałek od centrum, ale za sensowne pieniądze i z możliwością publicznego transportu. Wieczorem udaliśmy się na krótki kulinarny rekonesans i zaspokoiliśmy kulinarne potrzebny w dzielnicy muzułmańskiej.
Następny dzień spędziliśmy na intensywnym zwiedzaniu. Dżajpur nazywany jest Różowym Miastem od koloru ścian, na który pomalowane są jego budynki w centrum z rozkazu któregoś z jego władców. Było to też pierwsze zaplanowane w Indiach od zera miasto. Co rzeczywiście można zauważyć patrząc na jego plan. Centrum obwarowane jest murami, które poprzecinane są bramami. Miasto pełne jest turystów. Razem z Agrą i Delhi składa się na tzw. Złoty Trójkąt Indii – 3 miasta, które każdy turysta przyjeżdżający do Indii musi zwiedzić. Zaliczone.
Jednym z najbardziej rozpoznawanych budynków miasta jest Pałac Wiatrów. Zbudowany został dla żon jednego z maharadżów. Hinduska architektura jest fascynująca i tak odmienna niż cokolwiek do czego można przywyknąć w Europie. Cieszy mnie to bogactwo architektoniczne w Indiach, bo tego ewidentnie brakowało mi w Indonezji. Okna pałacu są tak skonstruowane, że można obserwować co się dzieje na ulicy, jednak z ulicy nie widać niczego.
Zwidzieliśmy też obserwatorium Jantar Mantar, zbudowane przez Sawai Jai Singha. W zeszłym roku wpisano je na listę UNESCO. Składa się z kilkunastu ogromnym przyrządów, a raczej obiektów służących do pomiarów astronomicznych, określenia zaćmienia Słońca czy księżyca, ustalenia dokładnego czasu lokalnego czy wysokości npm.
Dzień zakończyliśmy spacerem na wzgórze na północ od centrum na którym zbudowano twierdzę Nahargarh. Miasto rozlewa się we wszystkich kierunkach ograniczone dopiero gdzieś na horyzoncie przez pasma wzgórz.
W planie mieliśmy jeszcze pozyskanie biletów na dzień następny na pociąg do Jodhpuru, ale miejsc na żaden z nich już okazało się nie być. Jak okazało się później zbawiennie. Na dworcu spotkałem koleżankę z Polski, która podobnie jak ja w Indonezji jest teraz w Indiach dzięki pewnej organizacji. Upewniła mnie tylko w moim przekonaniu, że to była dobra decyzja przyjechać bardziej na własną rękę. Mam przynajmniej więcej swobody. Na dworcu spotkaliśmy sympatyczną Angielkę i razem zjedliśmy kolację. Po drodze całkiem bezinteresownie zasponsorowałem kogoś kilkudziesięcioma rupiami na ulicy Dżajpuru. Ktoś też nie pogardził moim dowodem i kartą ATM, ale cóż zdarzają się gorsze rzeczy. Wizyta na komisariacie okazała się szybką formalnością.
Następnego dnia rano zostawiliśmy rzeczy u Ali i po porannej kawie ruszyliśmy na dworzec. Jako że finanse na podróż troszkę się skurczyły postanowiliśmy jechać prosto do Udajpuru. Bilety okazały się być jeszcze dostępne na pociąg o 22.30. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wizytę w twierdzy Amer położonej kilkanaście kilometrów na północ od miasta. Fort jest gigantyczny a po okolicznych murach wije się mur, który zdaje się być radżastańską wersją tego z Chin.
Obecny fort zbudowano na przełomie XVII i XVIII wieku. Stanowi jedną z większych atrakcji turystycznych Radżastanu. Turystów znów masa, całe szczęście, że dotarliśmy późnym po południem po największym nawale. Znów architektura powala na kolana. Niesamowite dziedzińce, kolumny, kopuły, bramy, zdobienia.
Po powrocie z miasta odebraliśmy rzeczy od Alicji, pożegnaliśmy się i w drogę na dworzec. Pociąg trochę się spóźnił i nie zatrzymał się we właściwych sektorach na peronie, ale znaleźliśmy swój wagon i miejsca sypialne. Niestety nocą dopadła mnie ona…

środa, 7 grudnia 2011

Ptasi rezerwat Keoladeo


Bharatpur, dzień 8.
Noc spędziłem na walce z komarami. Nie należała ona do najprzyjemniejszych, ale nad ranem nawet jeszcze zdążyłem się wyspać. Dzień był ponoć postny więc rodzina nie jadła śniadania, ale przygotowali trochę wegetariańskiej strawy dla mnie. Mama wypytała nie o jakże ukochany przeze mnie temat ślubów, jak to tak u Was wygląda. Czy można się pobierać z miłości, czy tylko rodzice wybierają i kiedy w ogóle można zobaczyć przyszłą żonę. Po posiłku i rozmowie na inne babskie tematy jak biżuteria czy uroda indyjskich niewiast czas w drogę dalej. Na dzisiaj zaplanowałem wizytę w Fatehpur Sikri i Bharatpur. 
Przed odjazdem Raj dał mi numer do swojego znajomego przewodnika, który miał mnie spotkać u bram miasta. Po drodze był znów meksyk. Dodatkowo doszły wozy na wielbłądach i osiołki. Na miejsce dotarłem trochę po 12. Pramod pozwolił mi zostawić swój bagaż w swoim kantorku dla przewodników i zawiózł pod kasy. Fatehpur Sikri miało być stolicą Imperium Mogołów, jednak z powodu problemów z dostawą wody miasto porzucono. Co zostało to doskonały przykład mogolskiej architektury, połączenie nurtów islamskich (Mogołowie to muzułmanie) z hinduskimi. Intensywna czerwona barwa budowli kontrastuje z błękitem nieba nad stanem Uttar Pradesh. Znaleźć można mnóstwo misternie rzeźbionych motywów architektonicznych na odrzwiach, sufitach, filarach.
Oprócz pałacu można zwiedzać meczet, który góruje nad miasteczkiem. Do meczetu naturalnie wchodzimy na bosaka, jednak nie miałem specjalnej ochoty odkupywać swoich butów na bazarze (znane przypadki), więc wziąłem je w ręce (jak sporo samych Hindusów). Usłyszałem, że ‘you don’t respect India’. Trzeba się też porządnie oganiać przed dzieciakami sprzedającymi kartki i inne badziewie. Najlepiej nie wdawać się w rozmowę. Mimo wszystko potrafią one zaleźć za skórę. Kiedy po zwiedzeniu meczetu usiadłem na schodach dopadł mnie jeden wyjątkowo natarczywy i stanął przede mną żądając ode mnie starego biletu wstępu z pałacu. Dla świętego spokoju powiedziałem, że nie mam, ale ten zauważył, że miałem go w bocznej kieszeni plecaka i zwyzywał od ‘liars’. Chciał wymienić go na pocztówkę. Nie wiem po co dzieciakom te bilety, bo nie był pierwszym, który o niego prosił. Być może wymieniają je potem w kasach na jakieś drobne.
Pocztówki nawet bym może i kupił gdyby to były naprawdę pocztówki, a nie dwustronne zdjęcia kiepskiej jakości. Wytłumaczyłem im, że to nie pocztówki tylko zdjęcia, których nie mogę nawet wysłać. Przez chwilę kiwały głową a potem znów zaczęły mnie namawiać do ich kupna. Naturalnie były też pytania o kraj pochodzenia. Można powiedzieć cokolwiek odpowiedź będzie i tak taka sama – Very nice country. Nieważne czy powie się prawdziwy kraj czy Disneyland.
Po wizycie w Fatehpur Sikri przyszedł czas na Bharatpur, gdzie planowałem zanocować. Bus, był już pełen więc przyszło mi jechać na stojąco, na szczęście dystans nie był zbyt długi. Po 30 minutach byłem na miejscu, we wszechogarniającym meksyku. Poszedłem przed siebie w dowolnym kierunku i po 10 minutach się zorientowałem, że na pewno w dobrą stronę (gdzie są jakieś hostele) nie idę. Gdy poszedłem w przeciwnym znalazły się hotele, które nie miały zbyt wygórowanej ceny to jednak się w nich nie zdecydowałem zatrzymać. Wróciłem do rikszarzy, których wcześniej bez słowa minąłem. Na oko 70-letni chłopak zapytał czego szukam. Gdy się zatrzymałem, zaraz znalazło się 20 zainteresowanych. Przewaga dziadka była, że mimo wieku dość dobrze mówił po angielsku, a reszta powinna wrócić do szkoły. Na pytanie ile za noc odpowiadali dając cenę za przejazd, albo gdy odpowiadałem, że nie znam nazwy hostelu mówili, że to dobry hotel (o nazwie ‘I dont know’). Naturalnie w życiu nie powiedzieliby mi gdzie jest hostel, chociaż byłby za rogiem. Mimo, że chciałem iść na nogach musiał wsiąść do rikszy.
Nie lubię jeździć na rikszach rowerowych, wręcz nienawidzę. Ale nie mogłem tego zrobić dziadkowi i pojechać z kim innym. Wpakowałem plecak na ławkę i w drogę. Dziadek okazał się dość gadatliwy i uczciwy. Hostel okazał się dość daleko, więc cena za przejazd 50 rupii wydała się fair. Powiedziałem mu też wcześniej, że jak pokój będzie droższy niż obiecuje to będziemy szukać dalej, a zapłacę mu i tak tyle ile ustaliliśmy na początku. Nie trzeba było jednak nigdzie jeździć, bo cena była taka jak obiecywał. Poczekał na mnie i jeszcze podziękował, że nie próbowałem dać mu mniej. Widać są też ludzie w Indiach pozbawieni chciwości.
Hostel tak właściwie już był nieczynny, bo jego właścicielowi odwidział się interes. Nocuje jedynie tych, których zna albo którzy się tutaj przybłąkają. Warunki bardzo sparatańskie, lepiej nie opisywać. Właściciel Rajeev okazał się ciekawym indywiduum. Prowadzi obecnie NGO, które działa na rzecz Rezerwatu Ptaków Keoladeo, którego wizyta była właśnie celem przyjazdu do Bharatpur.
Do parku wybrałem się nazajutrz. Rano niespodzianka brak prądu i ciężko mi było rozkminić opcję mycia. Rajeev na szczęście zjawił się w miarę szybko ze świeczką i lornetką dla mnie. Droga do parku okazała się dość prosta i po 30 minutach marszu tam trafilłem. W kasach niespodzianka bilet już nie 200 rupii jak w przewodnikach a 400. Wypożyczenie roweru dodatkowo 25 rupii. Przy okazji wyprowadził mnie z równowagi jeden z przewodników, który po tym jak bileter kazał mi wybrać rower ten zastawił mi drogę ‘You have to pay!’ No, chyba żartujesz…
Poprzedniego dnia Rajeev opowiadał mi w jak złym stanie jest teraz park, jak mało ptaków przylatuje w porównaniu z 10 laty wstecz i jak źle dyrektor parku nim gospodaruje. Cóż, nie była to najlepsza reklama i niewątpliwie nie wpłynęło to na mnie optymistycznie.
Park Narodowy Keoladeo to rozległe mokradła, miejsce schronienia indyjskich ptaków wodnych i nie tylko, ale przede wszystkim zimowisko dla ptactwa, które przylatuje tutaj z Syberii. W lecie park pustoszeje, natomiast w okresie naszej zimy mnóstwo w nim ptaków. Rzeczywiście było ich dużo, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że kilkanaście lat temu było ich o wiele więcej. Mimo wszystko udało mi się wiele zobaczyć. Dla mnie, który spędził połowę dzieciństwa z nosem w książkach ornitologicznych był to raj. Zobaczyłem wiele ptaków, o których oglądaniu 15 lat temu mogłem pomarzyć. Ptak szczyci się jako zimowisko żurawi syberyjskich, ale od wielu lat już się ich tutaj nie ogląda. Widziałem natomiast wielkie żurawie indyjskie, wiele różnych gatunków bocianów, ibisów, czapli, kormoranów, przeróżnych kaczek i innych ptaków wodnych. W parku można również było oglądać ssaki. Oprócz świętych krów, które i tutaj jakoś się znalazły widziałem antylopy nilgau. Są dość zbliżone wyglądem do krów, ale bardziej zwinne i zgrabne. Jedna z nich przeszła wprost przede mną drogę do wodopoju. Widziałem również dostojne indyjskie jelenie sambary, szakale, mangusty i inne drobne ssaki.
6 godzin na rowerze w parku minęło bardzo szybko. Przed wyjściem znów doprowadzono mnie do wybuchu przewodnicy zaczęli pytać czy się podobało, zwróciłem im uwagę, że nie podoba mi się cena (zapłaciłem 20 razy więcej niż każdy Hindus). Zaczęli się śmiać i mówić, że teraz to czas Indii, żeby dyskryminować resztę świata. Jest to temat, którego chyba jednak lepiej unikać, bo do zrozumienie liczyć nie można. Nawet moi znajomi w Delhi i Agrze z radością w głosie podkreślali wyższe ceny wstępu dla obcokrajowców.
Potyczka słowna ogólnie źle nastroiła mnie na kolejnych parę godzin. Nie miałem ochoty odpowiadać na Hello dzieci (które czasami brzmiało wprost ‘Give me 5$) a rikszarzy zabijałem wzrokiem. Przeszło mi dopiero gdy się najadłem jakimś niewiadomym jadłem zgodnie z zasadą jedz tam gdzie jest dużo ludzi. Po drodze spotkałem tego samego rikszarza, który wiózł mnie wczoraj, chciał odwieźć mnie nazajutrz, ale jego niestety nie był w stanie przyjechać na 8. rano pod hostel, bo pociąg z jego wioski przyjeżdża dopiero o 9. Znalazłem też kilka świątyń i meczet, wokół którego znajdował się bazar.
Na ulicach trwał nieustanny meksyk. Dla jednych obraz nędzy i rozpaczy, dla drugich hinduska harmonia. Dla mnie coś pośrodku. Po obiedzie jednak humor wyraźnie mi się poprawił. Chyba powiedzenie „głodny Polak to zły Polak” jest prawdziwe. Ludzie z chęcią pozują do zdjęć, wręcz sami o nie proszą gdy ma się aparat. Tego dnia w mieście miał miejsce festiwal z okazji muzułmańskiego święta. Ulicami miasta przechodziła procesja, w której udział brali głownie mężczyźni. Kobiety czekały w meczecie. W procesji brali udział zarówno młodzi chłopcy jak i starcy. Niektórzy poprzebierani, niektórzy z proporcami, niektórzy zionęli ogniem albo grali w bębny. W pewnym momencie wypchnęli mnie na środek ulicy zawiesili bęben na szyi i kazali bębnić. Niesiono też makiety meczetów. Kosmos! Podobało mi się bardzo.
Znalazłem jeszcze na koniec wejście do fortu (chyba każde miasto w Radżastanie ma fort) i wspiąłem się by zobaczyć panoramę indyjskiego meksyku pt. Bharatpur, który z góry wygląda jeszcze bardziej nieokiełznanie niż z perspektywy ulicy.

Taj Mahal.


Agra dzień 6.
Pierwszy weekend w Indiach rozpocząłem dość lekko. Gaurav poszedł na siłownię, a ja miałem okazję wreszcie się wyspać. Około południa wybraliśmy się do parku w centrum, gdzie ze znajomymi byliśmy umówieni na piknik. Ogrody Lodi to kolejna z nekropolii z okresu rządu Mogołów. Pozostałości grobowców są jeszcze w całkiem niezłym stanie a park jest jednym z ulubionych miejsc mieszkańców stolicy.
Oczywiście większość ludzi w języku codziennym posługuje się tutaj hindi, ale określona część nie schodzi do tego poziomu. Nawet w kontaktach z ludźmi, którzy teoretycznie pewnie po angielsku nie mówią, wyższa średnia klasa go używa. Podobnie moi znajomi, rozmawiali nonstop po angielsku w sposób w jaki zostali nauczeni. Jak dla mnie to duże ułatwienie w komunikacji, jednak nie można się spodziewać, że wszyscy znają angielsku. Owszem coraz lepiej z dostępem do edukacji, ale daleko Indiom do poziomu, gdzie każdy ją otrzymuje lub jest w stanie ją zapewnić.
Późne popołudnie i wieczór spędziliśmy w gronie znajomych zaczynając od wieczoru parodystycznego w kawiarni, kończąc na wystawnym obiedzie. Muszę powiedzieć, że przez te kilka dni w stolicy Indii zakosztowałem prawdziwej indyjskiej gościnności. Podobnie jak my mawiają – Gość w dom, Bóg w dom. Z chwilą przejścia przez próg jest się na specjalnych prawach. Na pewno nie byłem przygotowany na taką otwartość i życzliwość.
W sobotę trzeba było przemyśleć logistycznie kwestię wyjazdu do Agry, gdzie miałem się wybrać z moim kolegą Someshem. Po rozmowie telefonicznej Somesh poprosił, żebym przyjechał na jego stację metro o godzinie 6. Początkowo nie wzbudziło to moich wątpliwości co do czasu, jednak zaczęły one narastać i sprawdziłem, o której pracę rozpoczyna kolejka miejska. Okazuje się, że pierwszy pociąg w stronę centrum odjeżdża o 5.55. Biorąc pod uwagę fakt, że podróż do centrum nie mówiąc już o dojeździe na przeciwległe przedmieścia trwać powinna ponad godzinę, nietrudno dojść do wniosku, że i tutaj kwestie planowania w czasie przez tubylców co najmniej kuleją.
Po moich mało skutecznych próbach przekonania Somesha do zmiany planów i obracaniu kota do góry ogonem przyszedł czas na pomoc Gaurava. Autorytet starszego zwykle jest wystarczający do przekonania do swoich racji. Jednak stanęło na tym, że trzeba dostać się do centrum miasta, gdzie spotkamy się bezpośrednio na stacji najwcześniej jak tylko możliwe. Po powrocie z późnego obiadu nie było większego sensu kładzenie się do spania. Spędziliśmy resztę nocy na dyskusjach o życiu i innych nudach.
Jadąc na dworzec kolejowy mówiłem Gauravowi, jak to miało być wstrętnie w Delhi i źle, a było dokładnie odwrotnie. Jak najbardziej planuje kiedyś wrócić do tego miasta. Tymczasem czekała mnie kolejna przygoda: dworzec kolejowy w Indiach. Somesh jak było do przewidzenia spóźniał się, dlatego ustawiłem się w kolejce po bilety i pamiętając rady znajomych nie dawałem nikomu przede mnie się wepchać. Somesh przybiegł na 15 minut przed odjazdem dokładnie kiedy byłem przy kasach. Bilet na ekspres dość tani 60 rupii (3,70 zł).
Zdążyliśmy na pociąg, który był już gotowy do odjazdu, ale na próżno było liczyć na miejsca. Wagony pękały w szwach, ledwie zdołałem się z plecakiem wcisnąć do środka. Pociąg był jaki miał być, zapchany, dzieciarnia, mnóstwo różnego rodzaju bagaży. Ogólnie cyrk i małpy. Niemal dosłownie bo był chłopiec, który chodził po przedziałach i dawał akrobatyczne i muzyczne przedstawienia.
Mimo stojącej pozycji droga do Agry minęła bardzo szybko, bo po nieprzespanej nocy byłem praktycznie nieprzytomny.
Z dworca w Agrze odebrał nas brat Somesha, który pracuje jako przewodnik dla Niemców. Przyszła pora odkurzyć Deutsche Sprache. Miasto ogólnie wygląda wypisz wymaluj jak Indie z opowieści, którzy tam byli. Na ulicach syf i brud, święte krowy łażą gdzie popadnie, wszędzie tłum, dzieciaki biegające po ulicy, chłopaki w wieku od 5 do 70 lat trzymający się za rękę, albo sikający pod murem i nieokiełznany ruch na ulicach, który jakimś cudem wydaje się bardzo płynny.
Początkowo w Delhi Somesh mówił mi, że znajdzie mi nocleg w hostelu. Domyśliłem się, że wsadził mnie jednego wora z resztą białasów, która jest w stanie znieść indyjski syf na ulicach, ale musi spać w hotelu. Przyjechaliśmy jednak do jego domu. Rodzina mieszka w domu, który na indyjskie warunki można przyrównać do kamienicy. Z dachu widać w oddali Taj Mahal, bez którego podejrzewam to miasto byłoby niczym. Naturalnie zainteresowanie moją osobą w domu było dość spore, ale wszystko odbyło się dosyć taktownie. Po dość sporej uczcie i pogadance z mamą i bratem, pojechaliśmy pod mauzoleum.
Przed przyjazdem właściwie planowałem ominąć je ze względu na kosmiczną cenę 750 rupii za wstęp. W sumie nie miałbym nic przeciwko tej cenie (ok. 45 zł), ale przebicie między ceną dla obcokrajowców jest prawie 40-krotne! Żadne kombinacje z uzyskaniem ceny dla tubylców nie wychodzą. Cóż, odżałowałem i zapłaciłem. Naturalnie jest to miejsce, które odwiedza 95% turystów przyjeżdżający do Indii. I chyba jednak warto. Monument poraża swoim ogromem i harmonią. Gdyby tylko nie było w środku takich dzikich tłumów… Oczywiście, większość turystów to lokalsi, ale białych też jest bardzo dużo. To pierwsze miejsce, gdzie widziałem „naszych” w większej liczbie.
Taj Mahal to symbol miłości, potęgi i „głupio” wydanych pieniędzy. Mimo wszystko nie żałowałem specjalnie. Podobało mi się i to nawet bardzo. Mało jest budynków na świecie, które są w stanie przykuwać tak uwagę. Grobowiec który znajduje się w środku prezentuje się dość skromnie i ogólnie wnętrze nie powala na kolana. Po znalezieniu wygodnego miejsca na kontemplację można jednak tam siedzieć i siedzieć. 4 godziny spędzone na terenie Taj Mahal minęły jak z bicza strzelił.
Wieczorem okazało się, że zamiast obiadu czeka lepsza niespodzianka. Nie minął nawet tydzień, a już miałem okazję znaleźć się na weselu. Ogólnie to impreza pt. „Wieś tańczy i śpiewa” tyle, że na hinduską modłę. Nie mogło mi się jednak nie podobać. Ludzie pytali skąd się wziąłem i jak znam parę młodą. Jak się później okazało tego wieczoru nawet się z nimi nie spotkałem, bo do 11. nie pojawili się na imprezie. Jadąc na wesele mijaliśmy barwne i głośne weselne korowody, niestety nie wiem który był „nasz”. O 11. miałem już tak dość, że wróciliśmy do domu na nocleg.

sobota, 3 grudnia 2011

Delhi z drogowej perspektywy.


Delhi, dzień 4.
Podróżując do centrum Delhi metrem, które częściowo na peryferiach jest nadziemne, jednak lwia jego część znajduje się pod ziemią, nie ma okazji żeby przekonać się o ogromie tego miasta. Dzisiaj miałem okazji  popodróżować po Delhi samochodem. Sharad zabrał mnie prosto po szkole. Miasto dużo zyskało na organizacji zeszło rocznych Igrzysk Wspólnoty Narodów (zaliczają się do nich państwa byłego Imperium Brytyjskiego), zwłaszcza jeśli chodzi o infrastrukturę. To właśnie z tej okazji przyspieszono budowę metra, wybudowano wiele dróg i przystosowano miejsca turystyczne do napływu turystów. Zawody się skończyły a mieszkańcy mają wiele udogodnień. Podobnie jak z Igrzyskami w Pekinie i EXPO w Szanghaju.
Pierwszym na dzisiejszej liście był rejon Hauz Khas. Znajdują się tam ruiny miasta Siri pochodzące z XIII wieku. Ruiny wyglądają fantastycznie, a zwłaszcza fakt, że kompletnie nie ma tam turystów (nic dziwnego, bo o tym miejscu nigdzie nie znalazłem informacji wcześniej). Nazwa miejsca oznacza królewski zbiornik, gdyż w rejonie znajduje się spora sadzawka, która służyła jako miejsce zapewniające dostęp do wody. Rejon Delhi znany jest z problemów z suszą w okresie letnim i niektóre rejony cierpią na niedobór wody.
Kierowcy indyjscy mają naprawdę temperament i duszę rajdowców. Każdy szybciej, każdy stara się być pierwszy. Indonezyjskie drogi w porównaniu do tych w Indiach to pestka. Mało kto używa kierunkowskazów, często z 2 pasów robi się pięć, jazda po poboczu czy pod prąd jest na porządku dziennym. Za kierownicę szybko (o ile wcale tutaj nie wsiądę), może na motor, ale to też nie szybko. Nikt tutaj nie zwalnia, a do tej pory nie widziałem większych wypadków. Owszem poobijanych samochodów sporo, ale mam wrażenie, że każdy znajduję swoją ścieżkę. Ruch pomimo tego, że niesamowicie chaotyczny to jednak z dystansu wydaje się być bardzo płynnym.
Tego dnia zdążyłem odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Pierwszym z nich było Delhi Haat, gdzie w jednym miejscu można znaleźć wyroby i potrawy z całych Indii. Kuchnia indyjska jest wspaniała! Przyprawy i składniki, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia dają niesamowite wrażenie smakowe. Przeważnie je się rękoma i jest się strasznie upapranym (ale tym nikt się nie przejmuje, bo nawet bogowie są przedstawienia upaprani jedzeniem). Każdy może znaleźć coś dla siebie, póki co próbuje wszystkiego co się da. Jestem w stanie spokojnie żyć bez mięsa, chociaż na szczęście nie jest problemem jego znalezienie. Nie wszyscy Hindusi są też wegetarianami. 
Ostatnim przystankiem była nowo wybudowana świątynia Askhardham, położona na lewym brzegu Jamuny. Zbudowana jest ku czci jednego z guru Swaminarajana. Otwarto ją zaledwie 6 lat temu i jest największym na świecie kompleksem świątynnym w hinduizmie. Na jej teren nie można wnieść prawie nic oprócz siebie, więc zdjęć niet. Jedynie z daleka. Świątynia jest ogromna i poraża ilością detali. Najbardziej przypadł mi do gustu dolny cokół, który przedstawia setki rzeźb słoni i opisuję ich role w hinduizmie i kulturze Indii. Jednocześnie można znaleźć wiele przekazów, myśli, które są esencją tej wiary. Hinduizm był dla mnie dużą niewiadomą, jednak muszę przyznać, że wszystkie świątynie, w których byłem są bardzo ciepłe i wydają się być pełne życia. 

piątek, 2 grudnia 2011

Pierwsza tilaka.


Delhi, dzień 3.
Z dnia na dzień wsiąkam w Indie coraz bardziej. Wcale nie próbuje tego wszystkiego jeszcze rozumieć, bo na to trzeba tygodni albo miesięcy. Mój host powiedział mi, w Indiach każdy ma swoje miejsce, jeśli będziesz czuć się w Indiach nieswojo będziesz obcym, jeśli będziesz trzymać się swojej drogi i czuć się pewnie nic Ci się nie stanie.
W ten sposób można na przykład opisać ruch na drogach. Każdy jedzie po swojemu, swoim tempem, obiera własną trajektorię i również przechodząc przez ulicę trzeba iść po swojemu, ale pewnie. Samochód czy riksza najpewniej Cie ominie no chyba że wchodzi się pewnie pod maskę.
Dzisiaj zaliczyłem to od czego wielu turystów zwykle zaczyna. Przyjechaliśmy z Sharadem, który znów dla mnie dzisiaj poświęcił swój czas metrem na stację Central Sekretariat i przemierzyliśmy całą Rajpath, która łączy budynki rządowe w tym Pałac Prezydencki z Bramą Indii. Rozmach tego miejsca jest imponujący. Zaprojektował ją Lutyens, który był architektem większości budynków z początku XX wieku. Wzniesiono je ku czci Hindusów, którzy polegli na frontach I wojny światowej i wojnach z Afganistanem.
Spacer od Bramy Indii pod sam Pałac Prezydencki zajmuje trochę czasu ale jest warty poświęcenia. Po drodze zostaliśmy zatrzymani przed Parlamentem, bo akurat przejeżdżał premier. Większość ludzi pracujących w rządzie jest wożona charakterystycznymi białymi oldschoolowymi samochodami, których marki nie znam, ale bardzo mi się podoba.
Cały teren to wielkie założenia urbanistyczne New Delhi, jako stolicy klejnotu w koronie brytyjskiego Imperium, które zaprojektowano 100 lat temu w 1911 roku. Niektóre budynki zostały zbudowane na nowo niedawno, ale sporo z nich pochodzi sprzed II wojny światowej.
Wybraliśmy się następnie w kierunku Connaught Square, nazywane teraz w hindi Rajiv Chowk. Jest to okrągły plac, wokół którego zbudowano centrum finansowe stolicy Indii. Może wieżowce nie są pokroju Szanghaju czy Kuala Lumpur, ale dajmy trochę czasu i moim zdaniem na pewno będą. Dookoła sporo też kolonialnej architekturze. W centrum znajduje się stacja metra a nad nią park, w którym zrobiliśmy sobie piknik. Problem w tym, że nie mieliśmy wody, a sprzedawców jak na złość nigdzie w okolicy. Wypatrzyliśmy stoisko po drugiej stronie ulicy jednak wejście do parku znajdowało się dość daleko. Bez większego namysłu podjąłem się próby przeskoczenia spiczastego parkanu. W jedną stronę poszło gładko, ale w drugą parkan nie było już tak łaskawy i ku uciesze przechodniów stargałem sobie spodnie na wiadomej części ciała.
Następne 15 minut spędziliśmy na śmianiu się z całej sytuacji, ale nie było opcji paradowania w centrum Delhi ze spodniami podartymi na tyłku. Sharad podjął się próby znalezienia spodni i szybko się z tym sprawił, bo w pobliżu był bazar. Spodnie jednak okazały się za ciasne w pasie i trzeba było wymienić. Cała sytuacja była niezwykle komiczna i wielu Hindusom z pewnością poprawiła humory. :)
Przez te perypetie mieliśmy obsuwę w czasie, ale zdążyliśmy jeszcze do kilku miejsc kultu. Pierwszym z nich była świątynia Hanumana. Sharad jest bardzo praktykujący i z zapałem opowiada mi wszystkie mitologiczne historie, które przypominają greckie mity znany z podstawówki, tyle że są jeszcze barwniejsze. Hanuman to bóstwo o twarzy małpy, nic więc dziwnego, że koło świątyni kręciły się jakieś zwierzęta. W środku pełno świętych ludzi znanych z obrazków z Indii. Na koniec wizyty w światyni dostaje się czerwoną tilakę na czoło.
Tuż obok znajduje się największa świątynia sikhijska w Delhi – Gurudwara Bangla Sahib. Byliśmy tam przed zachodem słońca i atmosfera była naprawdę niezwykła. Fantastyczne dekoracje (jak wszędzie w indyjskich świątyniach), śpiewy i medytujący ludzie. Świątynie należy obejść zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jest w niej wydzielone miejsce na przechowanie świętej księgi – Adi Granth. Na zewnątrz znajduje się sporych rozmiarów sadzawka dla rytualnych obmyć. Mimo spadającej pod wieczór temperatury było kilku śmiałków.
Naprzeciw gurudwary znajduje się Katedra pw Najświętszego Serca. Nie byłem pewien czy jest katolicka czy protestancka, ale moje niepewności rozwiał pomnik Jana Pawła II przy bramie. W środku dość skromnie, jest to zresztą budowla stosunkowo młoda. Akurat trafiliśmy na ślub, gdy już goście składali życzenia (przy ołtarzu). Ciekawe tylko czemu w czwartek? Tym razem to ja mogłem wytłumaczyć Sharadowi parę spraw chrześcijańskich, bo miał dość blade pojęcie.
Zapadł już zmierzch, ale zdążyliśmy jeszcze zwiedzić pobliską świątynię Lakshmi Narayan. Została zbudowana przez rodzinę Birli, podobnie jak w kilku innych miejscach w kraju. Sharad wziął mnie z powrotem na Connaught Place i przyszedł czas na próbowanie wszystkiego co się da. Przed obiadem pospacerowaliśmy jeszcze trochę po parku i przyszedł czas na pierwsze lekcje hindi, który jest dla mnie kompletnie nie do zapamiętania. Bardziej skomplikowanym w wymowie językiem, w którym próbowałem coś się nauczyć jest chyba tylko mongolski. Ale z indonezyjskim początki też nie były łatwe. Park wieczorną porą służy przede wszystkim jednak jako miejsce matrymonialne. Strażnicy nawet nie przeganiają kochasiów, którzy oddają się amorom w dość otwarty sposób pod żywopłotami. Na kolację wybraliśmy się do znanego lokalu KDH. Wygląda obskurnie, ale jak nonstop pełen, a jak sprawdza się w Azji, gdzie jest dużo ludzi znaczy, że jedzenie jest dobre. I było.

czwartek, 1 grudnia 2011

Phanta rei.


Delhi, dzień 2.
Phanta rei. To chyba najlepsze określenie na to jak mija czas w Indiach. Tutaj nic nie stoi w miejscu, czas wydaje się też lecieć jakoś tak szybciej. Wczorajszy trwał nie krócej niż zwykle 24 godziny a wydaje się, że był zaledwie minutą… Nim się obejrzałem zaczął się już kolejny.
Póki co nie mogę narzekać na samotność i gościnność Hindusów. Wręcz przeciwnie, ale taka opcja na pierwsze dni jest chyba bardzo dobra. Sharad spotkał mnie na mojej stacji metra i pojechaliśmy do centrum. Wysiedliśmy na Chawri Bazar i odleciałem. Jest to obrazek, który chyba nie może lepiej oddać klimatu starej części Delhi. To serce Old Delhi.
Nie wiem jak mogę opisać co tutaj się dzieje słowami, nie da się. Trzeba tutaj koniecznie być i to zobaczyć, poczuć. Ludzie są wszędzie, załatwiają interesy, pracują, przemieszczają się. Według naszych sterylnych europejskich standardów jest syf, wszędzie śmieci, plątanina kabli elektrycznych, które wydają się po prostu nie być w stanie nadążyć za tempem życia. Riksze, motory, samochody, psy, krowy. Nie widziałem jeszcze tylko słonia na ulicy, ale to pewnie nie w Delhi.
Sharad okazał się wspaniałym przewodnikiem, bo zna okolica bardzo dobrze od dziecka. Jego ojciec ma swój biznes w okolicy. Zabrał mnie bocznymi uliczkami przez okolicę. Gdy tylko skręci się w jedną z nich krajobraz jest jeszcze bardziej nieziemski. To właśnie tutaj najlepiej można zrozumieć co znaczy miejska dżungla. Podobnie jak w lesie deszczowym prawie nie dociera tutaj światło słonecznie, ulice to bardziej korytarze o szerokości zaledwie paru metrów. Ludzie po prostu żyją swoim rytmem. Sprzedają co się da, rozmawiają, bawią się. Obraz niesamowity.
Czułem się jak w bajce, nawet nie wyobrażałem sobie, że indyjska atmosfera jest tak wyjątkowa. To miejsce może wystraszyć, kogoś kto dociera do Azji po raz pierwszy i wysiada w takim rejonie. Widziałem już jednak trochę i wiele rzeczy nie było dla mnie obcych, jednak takie nagromadzenie wszystkiego w jednym miejscu zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.
Nie jestem w stanie spamiętać wszystkich nazw miejsc, ulic i potraw które do tej pory spróbowałem. Czuję się tak jak na początku w Indonezji. Wszystko jest tak niesamowicie inne i fascynujące, że nie ma mowy o znalezieniu jakichś odniesień do naszego świata. Język hindi na razie jest dla mnie czarną magią, a kiedykolwiek próbuje coś przeczytać nie jestem w stanie wymówić czegokolwiek poprawnie i wzbudzam tym śmiech rozmówców. Często trudno też odróżnić kiedy mówią po angielsku. Muszę zacząć uczyć się hindi. Największy problem to alfabet i strasznie trudna wymowa, ale mówią, że sam język nie należy do najtrudniejszych do nauki.
Kolejnym niesamowitym miejscem była gurudwara – światynia sikhijska. Przy wejściu należy ściągnąć obuwie (jak w większości świątyń, któregokolwiek z wyznań), dostajemy kolorową chustę do założenia na głowę i można wejść. Najłatwiej wskazać, że sikhowie to Ci, z turbanami na głowach. To nie czas jeszcze, że bym wymądrzał się na ich temat, bo za mało jeszcze wiem, ale dzięki wizycie w świątyni trochę się dowiedziałem. Mój host powiedział mi, że sikhowie przez wiele wieków byli niesłusznie trochę pogardzani przez resztę Hindusów, mimo to że tak naprawdę byle tymi, którzy byli wstanie zbrojnie przeciwstawić się najeźdźcom (koncepcja wojna w hinduizmie jest dość odległa). Sikhowie noszą się bardzo schludnie, mają długie brody i włosy i dlatego zawsze chodzą w turbanie by nie wyglądać nigdy ‘indecent’. Podobno byli również znani z tego dawniej, że jako jedyni w Indiach nosili bieliznę.
Na koniec wizyty w świątyni dostaje się do ręki słodką papkę, którą należy przyjąć jako formę błogosławieństwa. Mój kolega chociaż nie jest sikhem zachowywał się w świątyni jakby był wyznawcą, podobnie zresztą w meczecie i podejrzewam, że byłby do tego zdolny również w kościele. Jestem tutaj na świeżo, ale różnice w zachowaniu i odnoszeniu się do siebie między ludzi są naprawdę kolosalne. Za krótko jednak jestem, żeby wyciągać jeszcze jakiekolwiek wnioski.
Od meczetu Fatehpur Sikri prowadzi ulica Chadni Chowk aż do samego Czerwonego Fortu, którego zwiedzanie odpuściłem. Poszliśmy natomiast do Masjid Jama – meczetu piątkowego, głównej świątyni islamskiej w Delhi. Wspaniała architektura dynastii Mogołów. Dużo czerwonego kamienia kontrastującego z bielą. Ogromny dziedziniec, jednak właściwa część meczetu z nihrabem była stosunkowo mała. Wstęp co rzadkość w turystycznym miejscach jest free, ale trzeba zapłacić za aparat. Wchodząc zostawiłem Sharadowi aparat i telefon, a bileter radośnie wytargał mi bilet za 200 rupii każąc zapłacić i sam musiał mnie obszukać bo był pewien, ze widział mnie wcześniej z aparatem.
Przejechaliśmy dalej do Purana Qila, kolejnej twierdzy z XVI wieku. W środku niewiele turystów, jedynie pary szukające miejsca odosobnienia i strażnicy mało skutecznie ich przeganiający. Sharad okazał się bardzo przezorny i wziął ze sobą z domu jedzenie, więc zrobiliśmy sobie piknik na trawniku w środku twierdzy.
Dalej przejechaliśmy autobusem, żeby zdążyć przed zmierzchem zwiedzić Grobowiec Humajuna, który był jednym z władców Indii z dynastii Mogołów. Architektura mogolska łączy w sobie sztukę indyjską i islamsko-perską. Niezwykle ważna jest symetria, lokalizacja, założenie przestrzenne. Architektura jest bardzo wzniosła a jednocześnie dość misterna jeśli chodzi o detale. O godzinie 5. gdy słońce chyliło się ku zachodowi czerwień koloru ścian była niesamowita. 

Sharad zaprowadził mnie na koniec do kolejnego magicznego miejsca. Dargah Hazrat Nizamuddin Aulia. Na początku nie bardzo zrozumiałem gdzie jestem. Owszem dało się zrozumieć, że to miejsce kultu muzułmanów. Po drodze sklepiki z islamskimi dewocjonaliami, dywanikami z Kaabą, nakryciami głowy, kobiety w burkach. Jednocześnie wszystko zbyt bardzo odbiegało od islamu, który znam. Dopiero po powrocie zrozumiałem, że to musiała być świątynia suficka, mistycznej odmiany islamu, która nawiązuje też do innych religii. Zero turystów, pełno ludzi, wszyscy zajęci sobą na swój sposób…

Przed powrotem do domu zatrzymaliśmy się jeszcze przy ulicy Rajpath żeby zobaczyć nocą z daleka Bramę Indii i Pałac Prezydencki. Dzień przeleciał mi nie wiem kiedy. Indie to jest kosmos, wszystko jest tutaj tak niewiarygodne inne, że przekracza to wyobrażenie. Staram się wszystko chłonąć ile mogę, ale zbyt mało jeszcze rozumiem. Wskoczyłem jak do oceanu i chociaż z pływaniem u mnie w porządku, to jednak czuję się całkowicie odizolowany od czegokolwiek co znam. Tego właśnie chciałem.

wtorek, 29 listopada 2011

Pierwsze starcie z Delhi


Delhi, dzień 1.
Pierwszy dzień w Indiach spędziłem w nieco random sposób, ale okazał się być całkiem dobry. Zrobiłem tak jak chciałem, po prostu zanurzyłem się bez większego obmyślania w Indie. Kupiłem bilet na metro i pojechałem w średnio znanym kierunku wiedząc, że w okolicy jest do zwiedzania trochę pomogolskich ruin. Dowiedziałem się też, że w nocy wyjechał po mnie mój kolega, który oczywiście wcześniej mi o tym nie powiedział, bo chciał mi zrobić niespodziankę. Z niespodzianki nici, bo nie znał nawet numeru lotu, a mój samolot przyleciał 40 minut wcześniej niż planowo i nim pojawił się na lotnisku, ja już byłem w taksówce.
Postanowiliśmy to nadrobić umawiając się o bliżej nieokreślonej porze i w nieokreślonym miejscu. Po prostu gdzieś, bardzo azjatycko na „zdzwonimy się”. Biorąc pod uwagę to, że nie mam jeszcze miejscowego numeru, to opcja bardzo słaba.
Z Gurgaon do Delhi można się dostać żółtą nitką metra, które wyrosło w mieście wyjątkowo szybko (nie to co w pewnej środkowoeuropejskiej stolicy) i jest całkiem niezłej jakości. Dalej zresztą trwają prace nad jego rozbudową. Wysiadłem na stacji Qutar Minab i poszedłem na azymut przed siebie. Przejście przez ulicę w Indiach to większy hazard niż w Indonezji. Na drodze królują tuktuki i motory, które są jednak w opłakanym stanie w porównaniu do tych jawajskich. Samochodów też całkiem sporo. Na ulicach ludzie sprzedają drut, miód, widło i powidło… wszędzie walają się bezpańskie psy. Sporo też ulicznych bezdomnych w tym też dzieciaków, które zaraz wyciągają ręce.
Uliczny notariusz
Ruiny Qutar Minab skutecznie odstraszyły mnie ceną dla obcokrajowców i mając w perspektywie bilety ulgowe trochę później, odstąpiłem. Przypadkowo znalazłem równie ciekawe w rejonie Mehrauli. Po drodze hit, którego nie spotkałem w Indonezji. Usługi notarialne na ulicy. Urzędnicy siedzą z maszynami do pisania i przyjmują klientów. Czad.
Ludzie niespecjalnie zwracali na mnie uwagę, a jak już, to dość pozytywnie. Musiałem kilka razy prosić o pozwolenie zadzwonienia przez telefon i nie miałem z tym problemów. Również policjanci byli pomocni i tłumaczyli drogę. Panie na ulicach często prezentują się w pięknych sari, a faceci schludnie w koszulach i długich spodniach.
Somesh przejechał 2 godziny po umówionym czasie w zupełnie inne miejsce. Zabrał mnie też zupełnie bez sensu do centrum handlowego, którego zwiedzać nie miałem ochoty. Skończyliśmy na gadce siedząc na trawniku w otoczeniu dzieciaków, które najpierw żebrały, a potem zaczęły koło nas się najzwyczajniej bawić.
Zobaczyłem też Lotus Temple – światowe centrum religii bahaistycznej o bardzo ciekawej architekturze w kształcie rozkwitającego lotosa. Bryła budowli prezentowała się znakomicie przy zachodzącym słońcu. Udało się też pod sam koniec dnia zobaczyć pierwszą święta krowę. :)
Na koniec Somesh zaprowadził mnie do knajpy, gdzie białasów ani śladu, a hinduskie jedzenie pyszne. Zamówiliśmy samosy, ciasto z nadzieniem z warzyw i dhosa masala, duży placek z mąki, który macza się w różnych sosach i do tego słynne lassi, napój ze sfermentowanego mleka.

Wracając do domu w metrze dopadał mnie powoli sen czym wzbudziłem sporo uśmiechu wśród współtowarzyszy podróży. Jutro może odhaczę coś z listy must-see…

Incredible India... let's get it going!


Delhi, dzień 0.
Pierwsze co sobie pomyślałem jadąc w taksówce z lotniska w Delhi, to że to jest jakiś Meksyk, nic innego tylko Meksyk. Ale po kolei.
Loty Aerosvitu mogę uznać za udane, bo doleciałem, ale nie były to najprzyjemniejsze loty, a zwłaszcza lądowania (to w Kijowie przypominało rollercoaster…  gdyby jeszcze była mgła to może nawet zacząłbym wierzyć w jakieś teorie spiskowe). Z Kijowa do Delhi leciałem w towarzystwie Ukrainek udających się na jakichś kongres. Moja sąsiadka była dość rozgadana i nie dawała mi spać, nawet wtedy kiedy próbowałem wkładać słuchawki.
Kołowanie nad Delhi dało mi obraz jak ogromne jest to miasto. OGROMNE. Lotnisko też jest ogromne i ogrom ludzi, którzy tam byli po prostu przeraża. Udało mi się wyciągnąć kasę z bankomatu, naturalnie wypluł on najwyższy możliwy nominał, dlatego przezornie rozmieniłem go w kawiarni. Sprzedawca zażartował czy na pewno jest prawdziwy, podobno nikt nie chce 1000 rupiowych banknotów (ok. 60zł).
Kolejny challenge to dostanie się do miejsca, gdzie miałem nocować do poddelhijskiego Gurgaon. Zapytałem prywatnego taksiarza, ale chciał mnie skasować podwójnie niż mówili znajomi, że powinienem zapłacić. Znalazłem kasę prepaid taxi i z biletem za 360 rupii wpakowano mnie do minibusika. Kierowca najpierw zapytał ile mu zapłacę, a jak powiedziałem że bilet jest już opłacony to powiedział, że jego silnik nie działa.
- Mister, engine problem, broken.
- That’s your problem, not my problem.
- Engine broken, not going.
Dał mi do zrozumienia, że nie mam na co u niego liczyć. Wróciłem do kasy i próbowałem walczyć o swoje. Kasjer opierniczył taksówkarzy i zaraz znalazł się następny, który mnie wziął. I znów gadka o napiwku nim już ruszyliśmy. Kasjer mi powiedział że będę musiał dodatkowo zapłacić 42 rupie za autostradę, a ten mówi nagle że kosztuje 66 i chce z góry tipa. Powiedziałem gościowi, że nie mam ochoty się z nim kłócić dostanie na autostradę i tyle. Nie jestem Amerykaninem z wypchanym portfelem i przyjechałem tutaj na wolontariat (who knows?!). Ruszył.
To surrealne wrażenie nagle znaleźć się w miejscu, o którym się myślało przez parę miesięcy. Ulice jeszcze o godzinie 4.30 puste, nie ma krów, widziałem tylko dzikie psy. Sporo odrapanych domów i dzielnic nędzy. Było dość chłodno więc ludzie opatuleni w szale. Nad okolicami lotniska ni to smog, ni to mgła. Gurgaon – miasto satelitarne Delhi ma sporo wieżowców „na bogato”, ale sporo też jest under endless construction.
Taksówkarz wyraźnie się zgubił. Jeździliśmy wyraźnie w kółko i już zacząłem się przez sekundę obawiać, że wyjmie coś zza pazuchy i mnie okradnie i zostawi, kiedy znaleźliśmy się w kompletnie ślepym zaułku. Bezwładnie rozłożył ręcę i mówi – I am lost, sir. I dont know where to go… Odpowiadam: Figure it out
Pytał się każdego przechodnia i dostawał dokładnie przeciwne wskazówki, ale w końcu po dobrych 40 minutach udało się znaleźć stację metra, naprzeciwko której miał mieszkać mój host. Wjechaliśmy i przy wysiadaniu wyciąga rękę o napiwek. Prosi o 20 rupii. Miałem mu nie dawać, ale chłop w sumie dowiózł mnie na miejsce więc dałem mu te 1,20 i uścisnąłem mu rękę. A ten mówi że mało. Nie miałem ochoty już na dyskusje, odwróciłem się na pięcie i poszedłem za lokajem. Tak jestem w Indiach tutaj jest pełno sług. Po 15-minutach dobijania się do drzwi otworzył również służący… Host śpi. Zaczyna się ciekawie… Może też nie zjedzą mnie żywcem komary!
Incredible India let’s get it going!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Znów na Wschód...


Boryspol. Znów lotnisko. Znów w drodze. Tym razem wywiewa mnie do Indii. Czekam właśnie na samolot do Delhi.
Kilka tygodni spędzonych w Polsce, dobrze mi zrobiły, ale czas w drogę. Bo tutaj czuję się najlepiej. Dziękuję wszystkim, których przez ten czas spotkałem, zwłaszcza swojej rodzinie, która jest ze mną, co dla bardzo ważne. Wiecie, że chcę inaczej i chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie życie, które byście dla mnie wybrali to nie możecie za mnie decydować. Doceniam to bardzo.
Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy mnie wspierają na duchu i dopingują. Wiara we mnie, że się uda dodaje mi skrzydeł. Dziękuję też tym, którzy w głębi serca powątpiewają i czekają, że powinie mi się noga. Na pewno tak będzie, bo nie myli się ten kto nic nie robi w życiu, a ja ze swoich błędów się uczę. Jesteście dla mnie sporą motywacją.
Jutro wcześnie rano indyjskiego czasu (+4,5 godziny CET) wyląduję w Delhi. Nie będę specjalnie pisać jakie mamy plany. Część z Was wie mniej więcej, część nie i niech tak zostanie. Postaram się pisać bloga bardziej regularnie niż ostatnio. Czytajcie.
Nie byłoby zabawy gdyby mój wylot Polski obył się bez przygód. Na lotnisko wybierałem się autobusem miejskim w Warszawie. Dzięki korkom mój autobus spóźnił się i czas podróży, który miał wynosić 40 minut wydłużył się, a pech chciał, że kontroler pojawił się w autobusie akurat w 2 minuty po przekroczeniu jego ważności. Panu kontrolerowi, który był wyjątkowo niewyrozumiały (do lotniska miałem 2 przystanki) życzę udanego gestapowania.

wtorek, 1 listopada 2011

Dżakarta vol.2.



Ostatni dzień w Bandungu miałem poświęcić na robienie zakupów. Bandung słynie z taniej odzieży – w mieście i pod nim znajduje się wiele outletów odzieżowych i wiele ubrań tutaj się po prostu szyje. Jak to zwykle ze mną bywa jak nie szukam to znajduję, a jak chcę znaleźć to nie ma. I tak też było tym razem.
Popołudniu zapakowałem się do tzw. ‘travela’ – czyli busotaksówki, która przewozi ludzi z punktu A do punktu B. Moja okazała się prawie pusta, jechał ze mną tylko jeszcze jedno Chino-Indonezyjczyk i kierowca. Drogę przespałem – wygodna autostrada, na której od wjazdu do Dżakarty zaczęły się tworzyć korki.
Jeśli ktoś narzeka na korki w Krakowie czy Warszawie, to niech sobie wyobrazi miasto o populacji 20 milionów z szczątkowym systemem transportu publicznego. Korki w Dżakarcie są legendarne nie tylko w Indonezji, ale poza jej granicami. I są czasami naprawdę horrendalne. Pamiętam jak w styczniu czekałem na kolegę, który miał mnie odebrać około 5 godzin, a nie wyjechał wcale późno… były po prostu korki.
W Dżakarcie dowlokłem się z moim bagażem na miejsce spotkania z Jarem z CS. Przyszedł z Michaelem z Kansas, który robił staż dziennikarski i razem pogadaliśmy przy tradycyjnym indonezyjskim obiedzie pod chmurką.
Nie musiałem się zbytnio martwić co robić w Dżakarcie, bo Jar jako doświadczony CSer miał przygotowany plan w zanadrzu. W sobotę najpierw wybraliśmy się na siłownię (po motoryzacyjnym falstarcie), po której dołączył do nas na lunch Michael. Razem pojechaliśmy poza Dżakartę do mało znanego, aczkolwiek urokliwego miejsca z malowniczym wodospadem. Po raz kolejny byłem w miejscu, którego nie ma w przewodnikach LP a jest warte więcej od niektórych tam zamieszczonych.
Po raz ostatni widziałem krajobraz jawajskiej wsi i powoli zaczynałem sobie uświadamiać, że zostały mi już zaledwie 2 dni w tym raju. Starałem się więc chłonąć prawie na zapas wszystko dookoła. Miałem też szczęście uczestniczyć w kolejnym (pogubiłem się już w rachubie) jawajskim weselu w Bogorze.
Po powrocie do Dżakarty jako, że wg indonezyjskich znajomych było jeszcze wcześnie (okolice północy!) poszliśmy na hangout do supermarketu 7/11. Razem z Michaelem mieliśmy sceptyczne podejście co do wyboru miejsca hangoutu, ale cóż… zgodnie z zasadą when you’re in Rome do as the Romans do, posiedzieliśmy przy kawie i zaczęliśmy grać w karty. Gra w karty wybitnie mi nie szła, chociaż partnerzy gry dawali mi wszelakie szanse na odegranie się, ale widocznie nie jestem do hazardu – nawet takiego bez stawek – stworzony. Złapała nas za to dość mocna głupawka i wypłoszyliśmy klientelę sklepu…  A może po prostu wyszli, bo było już późno. Chcę też wyjaśnić, że nie siedzieliśmy bezpośrednio w supermarkecie tylko w wydzielonej jego części na piętrze, gdzie można było skonsumować zakupione w nim produkty. Ciekawy pomysł.
W niedzielę wybraliśmy się z Jarem do centrum miasta. Przejechaliśmy przez reprezentacyjną aleję Sudirman, z daleka zobaczyłem znów Monas i meczet Istiqlal. Chciałem tego dnia zobaczyć ostatni raz morze, więc wybraliśmy się do parku przy porcie. Zwiedziliśmy też oceanarium, które zrobiło na mnie fantastyczne wrażenie. Bardzo dobrze przygotowane ekspozycje wszelkich morskich stworzeń od rekinów i płaszczek przez żółwie i ośmiornice po krowy morskie. Wszystko w porównaniu do zoo w Surabaji, bardzo schludnie utrzymane i bardzo ciekawie zaprezentowane. Jako że była to niedziela, naturalnie było masę ludzi. Wieczór spędziliśmy w porcie oglądając zachód słońca a do mnie powoli dochodziły myśli, że to… no właśnie nie chcę pisać koniec, ale coś ewidentnie się kończyło. Przynajmniej jakiś etap.
Ostatniego dnia chciałem sobie pochodzić trochę po centrum Dżakarty, pojechałem więc razem z Jarem taksówką w stronę jego biura i połaziłem wśród wieżowców. Warszawa blado wypada na tle Dżakarty, a Dżakarta bardzo blado w porównaniu z Szanghajem czy nawet Kuala Lumpur. Oczywiście nie obyło się bez zaczepiania przez rikszarzy, ojekarzy, tuktukarzy i taksówkarzy. Nie przesadzali mi wcale, wiedziałem że następnego dnia już tego nie będę mieć. Ani nasi goreng, ani żadnego innego taniego i pysznego żarcia na ulicy. U nas tego po prostu nie ma i wiedziałem, że będę za tym tęsknić. I tęsknię. Sentymentalne myśli starałem się jednak tłumić, bo chciałem mieć dobre wspomnienia z tego dnia.
Z ciekawych miejsc udało mi się znaleźć szkołę do której uczęszczał jako dzieciak Barack Obama. Jego matka wyszła za Indonezyjczyka i młody przyszły prezydent USA chodził w Dżakarcie do podstawówki. Przed szkołą stoi pomnik młodego Obamy z napisem „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w siłę swoich marzeń”…
Zostało mi tylko zrobić zakupy, przeznaczyłem na to całe popołudnie, a o mało nie zabrakłoby mi czasu. Jar przyjechał wesprzeć mnie nieco wcześniej i razem pojechaliśmy w kierunku domu. W planach na wieczór była jeszcze kolacja z siostrzeńcem, który miał urodziny. Kolacja miała być około 20., ale dzięki korkom dotarliśmy dopiero do domu na 20.40… musiałem się jeszcze dopakować, a na około 21. zaplanowałem wyjazd na lotnisko. Jar wcześniej zaproponował, że mnie podwiezie. W takiej sytuacji czasowej zaproponowałem, że wezmę taksówkę, ale nie mogłem się wycofać z propozycji kolacji, bo byłoby to potraktowane pewnie jako afront. Poza tym czas w Indonezji jest przecież zrobiony z gumy… Jam karet.
Na kolację przyjechaliśmy około 21.15 i jako że zamówiliśmy pizzę, trochę trwało aż pojawiła się na stole. Podejrzewam, że większość ludzi w tym momencie zaczęłaby panikować. Ja rok temu pewnie też. Delikatnie tylko spoglądałem na zegarek, którego wskazówki z gumy nie były…  Jar mnie uspokajał, że na pewno zdążymy. Do domu dotarliśmy na 22.10. 5 minut zajęło mi załadowanie 40kg dobytku z 8 miesięcy w Indonezji do samochodu i w drogę.
Na lotnisko normalnie jedzie się około 50 minut przy normalnym ruchu (nie normalnych korkach dla Dżakarty korkach, ale swobodnych ulicach). Mój samolot do Dubaju wylatywał o 0.40. Bramki check-in zamykane o 23.20. Nie trzeba dużo wyliczać, że zapasu czasowego było niewiele.
Na szczęście ruchu na ulicach już względnie nie było. Byliśmy już dobrze na autostradzie wiodącej na lotnisko i opowiedziałem Jarowi, jak to rok temu koleżanka w Moskwie w dobrej wierze zaoferowała nam podwózkę do metra w drodze na dworzec, a tu bach! był wypadek, korek na całego i na pociąg spóźniliśmy się dosłownie 2 minut. Nie minęło 10 minut od mojej historii i o godzinie 23.55 złapaliśmy gumę!
Jar spokojnie powiedział tylko, że zdążymy i że muszę łapać jakiś samochód, który nam pomoże zmienić koło szybciej, bo ekspertami w sprawach motoryzacyjnych raczej nie jesteśmy. Może zmienilibyśmy koło, ale nie w 10 minut! Udało mi się zatrzymać taksówkarza, który bez nachalnej próby przechwycenia mnie do taksówki pomógł nam zmienić koło. Nie miałem stopera ale zajęło nam nie więcej niż 7 minut.
O 22.05 ruszyliśmy, ale było już blisko. Trzeba było tylko strategicznie ustalić jak szturmować lotnisko i z czym, zabrałem tylko bagaż do nadania a Jarowi zostawiłem podręczny, który musiał zaparkować gdzieś samochód i obiecał, że mi go doniesie. O mało nie zapomniałem jednak biletu lotniczego z plecaka. Na odprawę dotarłem o 23.15… na minuty przed ich zamknięciem. Ufff!
Security przy bramkach było wyjątkowo mało wyrozumiałe i nie chciało wypuścić mnie z powrotem po moje rzeczy, ani Jara wpuścić (bo nie miał biletu), ale udało się odebrać rzeczy i pożegnać bocznym przejściem.
Charakter ostatnich godzin sprawił, że nie miałem możliwości ckliwej kontemplacji nad tym co zostawiam. I może dobrze. Jednakże, kiedy przeszedłem ostatnią odprawę oczy trochę się spociły…
Każde żegnaj oznacza jednak jakieś witaj… Jeszcze kilkadziesiąt godzin i byłem w domu.


środa, 26 października 2011

Jawa Barat


Chwilę minęło już od momentu kiedy opuściłem Indonezję, a nie udało mi się jeszcze do końca opowiedzieć o zachodniojawajskich przygodach przed powrotem do Polski. Trzeba nadrobić zaległości – zwłaszcza, że już niedługo, jeśli wszystko się szczęśliwie ułoży będę mógł opisywać przygody z nowej części świata.
W Semarang wsiadłem do pociągu po raz pierwszy raz w Indonezji. Ani nie był specjalnie zatłoczony dworzec, pociąg też w porządku… a nasłuchałem się, że podróżowanie pociągami w Indonezji to koszmar. Inna sprawa, że nie był to pociąg klasy ekonomicznej tylko ‘bisnis’, za który zapłaciłem jak na Indonezję horrendalną cenę 45 zł za 8 godzin jazdy. Ale z miejscówką i perspektywą pięknych widoków Jawy Centralnej i Zachodniej.
Rzeczywiście widoki były piękne. Pociąg przejeżdżał chwilami tuż nad samym brzegiem Morza Jawajskiego a z drugiej strony mijaliśmy malownicze pola ryżowe, a w głębi łańcuchy wulkanów. Najpiękniejsze widoki można było podziwiać dopiero po wjechaniu do prowincji Jawa Zachodnia. Pociąg zaczął się wspinać w górę serpentynami, wulkaniczne szczyty były coraz bliżej, a płaskie pola ryżowe przemieniły się w bajeczne terasy. Zauważyłem na szyldach z nazwą danej stacji kolejowej dziwne numerki… na początku niskie. Gdy wjechaliśmy wyżej zorientowałem się, że to wysokość npm.
Do Bandunga – stolicy Jawy Zachodniej dojechałem koło godziny 16. Na dworzec przyjechał po mnie Opi, z którym kontakt utrzymywałem już od jakiegoś czasu i który z indonezyjską namolnością zapraszał mnie w odwiedziny od lutego. Miasto położone jest na wysokości ponad 700 mnpm na wzgórzach, żeby nie powiedzieć na zboczach wulkanów. Opi mieszkał ‘nad’ centrum i dojazd na motorze z moim 25kg plecakiem wymagał trochę gimnastyki.
O Bandungu mówi się, że to najprzyjemniejsze z dużych miast Indonezji. Rzeczywiście w porównaniu do Dżakarty i Surabaji, jest mniej tłoczno – chociaż miasto ma prawie 4 miliony mieszkańców – i klimat dzięki położeniu w górach chłodniejszy. Jest też parę ciekawych miejsc. Opi pozwolił mi korzystać ze swojego motoru na czas kiedy był w biurze, więc mogłem dogodnie dojechać wcześniej. Na początek wybrałem się w kierunku głównej arterii miasta – Jalan Asia-Afrika. Stoi tam budynek nazwany Budynkiem Wolności. Zorganizowano tam w 1955 konferencję, na której kraje jak Indonezja, które co dopiero uzyskały niepodległość wspierały kraje, które tego jarzma się nie wyzbyły. Mówi się, że to pierwsza konferencja ludów kolorowych w historii ludzkości.
W mieście sporo jest ciekawej kolonialnej architektury, majestatyczny meczet ‘Masjid Raya’, budynki władz miejskich i prowincjonalnych (w tym tzw. Budynek Szaszłyk, od kształtu jego iglicy), słowem można kilka godzin na jego zwiedzaniu spędzić. Ruch też do zniesienia na ulicy, chociaż jak to w dużych miastach Indonezji bywa, większość ulic jest jednokierunkowa i często krąży się dłuższy czas w kółko nim dotrze się do celu.
Koło południa zdecydowałem, że wybiorę się za miasto na pierwszy ze znanych pobliskich wulkanów. Koniec języka za przewodnika i w drogę na północ. Trochę się bałem, że automatyczny motor bez biegów nie da rady, ale bezpodstawnie. Po 40 minutach jazdy ostro pod górę, podziwiając widoki miasta podobne do widoków Krakowa z okolic w których mieszkam, dotarłem do bramy parku, gdzie trzeba było wykupić bilety wstępu. Ani rozmowa po indonezyjsku, ani żarty, ani prośby nie uchroniły mnie przed koniecznością wykupienia droższego biletu dla cudzoziemca. Trafiłem na niewłaściwego strażnika.
Tangkuban Parahu to nazwa wulkanu wznoszącego się ponad 2000 mnpm. Właściwie to resztki ogromnego wulkanu Sunda, który wybuchł wieki temu i teraz dogorywa. Turystów ściągają malownicze kratery, z których wydobywają się nieznośnie śmierdzące opary siarki. Ludzi rzeczywiście było mnóstwo i ciężko było znaleźć miejsce, żeby nacieszyć się widokiem w spokoju. Dotarłem też do drugiego krateru, mniej uczęszczanego, na dnie którego z wielkich głazów ludzie układali napisy typu ‘Tu byłem”… widać to nie tylko polski zwyczaj.
Następnego dnia wybrałem się zobaczyć inny wulkan również na dwóch kółkach. Wydostanie z miasta we właściwym południowym kierunku zajęło mi całkiem sporo czasu. Siatka szerokich, ale jednokierunkowych ulic Bandunga, których połowa była w remoncie w związku z czym porobiono objazdy, przypominała labirynt nie do wybrnięcia. Na właściwą wylotówkę dostałem się po prawie godzinie krążenia po mieście. Pogoda dopisywała (poprzedni dzień był nieco pod chmurą). Po drodze zatrzymałem się na jeden z lepszych nasi kuning jaki jadłem (żółty ryż, specjalność regionu Sunda).
Krajobraz w drodze do Kawah Putih był niemniej malowniczy od tego, który widziałem dnia poprzedniego. Muszę przyznać że Jawa Zachodnia jest naprawdę piękna i żałowałem trochę, że miałem na nią zaledwie parę dni. Inaczej niż dnia poprzedniego przy wjeździe na teren parku nie było problemu z przekonaniem, że jestem naturalizowanym Indonezyjczykiem i dostałem bilecik za grosze, ale nic za darmo – musiałem pozować do zdjęć.
W tłumaczeniu na polski Kawah Putih to biały krater. Na jego dnie znajduje się jezioro zabarwione przez roztwory siarki na bladobłękitny kolor. U brzegów jeziora siarczane błoto, w którym niektórzy brodzili – ponoć ma właściwości lecznicze dla skóry, ale należy uważać żeby nie przyschnęło, bo może poparzyć. Krajobraz iście księżycowy. Słyszałem, że sceneria była wykorzystywana do kręcenia filmów science-fiction. Wcale się nie dziwię takich miejsc w Indonezji jest pełno.
 Słońce tego dnia wyjątkowo mocno operowało i wręcz nie dało się patrzyć na taflę wody. Gdy wróciłem na parking, na chwilę usiadłem i dosiadł się do mnie miejscowy strażnik parku. Wcale nie wciskał mi nic nachalnie, zapytał jak się podobało i czy widziałem drugi krater. Oczywiście, że nie widziałem, bo nie było na ten temat żadnej informacji. Pokazał mi ścieżkę w lesie i powiedział, że to jakaś godzina drogi na szczyt, z którego widać jezioro i drugi krater.
Miałem spory zapas czasowy, wiec zacząłem się wspinać. Ścieżka była dość stroma i od razu przypomniał mi się trekking w Bukit Lawang, jednak roślinność trochę inna, bo teren znacznie wyżej npm. Widok na szczycie przesłaniały drzewa, ale wędrówka dobra dla zdrowia i utrzymania kondycji.
Po powrocie przyszła pora myśleć o rozstaniu z Bandungiem. Kolejnego dnia chciałem dostać się do Dżakarty…

poniedziałek, 19 września 2011

Między Jawą a Borneo.


Po wyjeździe z SAIMS zostały mi prawie 2 tygodnie w Indonezji. Wystarczająco żeby zwiedzić jeszcze parę miejsc na Jawie. Pierwszym celem podróży był archipelag Karimunjawa położony na Morzu Jawajskim między Jawą a Borneo. 
Nocnym busem wybrałem się z Surabaji do Jepary, skąd miał odpływać prom na wyspy. Do Jepary dotarłem dość wcześnie – już o 2. w nocy, a prom odpłynąć miał dopiero o 9. Terminal okazał się jednak spory kawałek od portu, musiałem z całym dobytkiem przejść pół miasta na butach. W porcie już około 3. było trochę ludzi. Jako że to środek wakacji z okazji Idul Fitri spodziewałem się, że chętnych na wakacje na wyspach będzie sporo. I miałem rację, z godziny na godzinę przyjeżdżało więcej samochodów - głównie Chińczyków z Dżakarty. Przed 6. wybrałem się sprawdzić czy można już wejść na prom. Strażnik powiedział mi, że nie kupię jednak biletu bezpośrednio przy wejściu na prom i muszę się wrócić do kasy, której nie zauważyłem. Nie miałem ochoty nieść swoich trzydziestu paru kilogramów tam i z powrotem dlatego po prostu zostawiłem je przy drodze, będąc (jak się okazało słusznie) pewien, że nikt tego nie ruszy. 
Kolejka do kas była straszna i każdy kupował kilkanaście biletów. Zaczynałem się denerwować, że nie uda mi się ich dostać. Z zachowaniem porządku w kolejce też było ciężko, co chwilę się ktoś wpychał. Jak byłem bliżej kasy, kilka razy nie wytrzymałem i otworzyłem usta używając dosadnych stwierdzeń, które jednak poskutkowały. Bilet też udało się zdobyć.
Kiedy wszedłem na prom ze swoim dobytkiem, statek był już niemal pełny. Udało mi się ulokować z bagażem na schodach, które okazały się dość dobrym miejscem. Prom odpłynął już o 7.30 zostawiając chyba trochę klientów w porcie, bo był już pełen. Ludzi było na pewno więcej niż może zabrać. Przynajmniej na Zachodzie taki stan by nie przeszedł. Na promie było wesoło. Co rusz ktoś zwracał śniadanie w bardzo emfatycznym stylu. Zepsuły mi się słuchawki, a byłyby nieocenione w tym środowisku… 
Do Karimunjawy dotarliśmy około 13.30 po 6 godzinach. Kolejną kwestią był nocleg, którego nie miałem zarezerwowanego. W porcie powiedzieli mi, że będzie ciężko, bo większość kwater jest zajętych i muszę sam szukać po ludziach. Rzeczywiście początkowo wszystko było zajęte, ale po jakimś czasie natknąłem się na dziadka, który zaprowadził mnie do miejsca, gdzie były jeszcze wolne pokoje w rozsądnej cenie (która i tak była zawyżona – jak wszystko – ze względu na wakacje).
Do domku wprowadzili się jeszcze studenci z Jogjakarty, para Indonezyjczyków i Australijczyk. Towarzystwo się na pewno udało, zwłaszcza, że przyjechali tutaj na motorach i można było wszędzie szybko dotrzeć. Mieli też namiary na kogoś miejscowego, kto organizuje wycieczki łodzią po archipelagu. Tak więc byłem trochę na doczepkę.
Szczerze mówiąc trochę inaczej sobie to miejsce wyobrażałem zwłaszcza po opowiadaniach znajomych. Myślałem, że będzie tak dobrze jak w Sabang, jednak nie było. Morze przy brzegu w wiosce nie nadawało się do pływania. Na szczęście kolejne 2 dni spędziliśmy w większości na łodzi. Najpierw w 4, a potem w 6 – z poznanymi w trakcie dziewczynami z Chile i Anglii. Widoki owszem urocze, lazurowe morze, biały piasek, palmy kokosowe – wszystko jak z folderu dla turystów wybierających się na Malediwy. Mnie jednak najbardziej interesowało to co było pod wodą i tutaj nie było zbyt ciekawie. Owszem korale całkiem w dobrym stanie (w porównaniu do Sabang) i bardzo różnorodne, natomiast ryb było bardzo mało. Żadnych żółwi, ośmiornic, rzadszych okazów ryb. Kiepsko… byłem trochę zawiedziony.
Najciekawszym punktem pierwszego dnia była wizyta w miejscu, gdzie można było popływać z rekinami. Nie były to naturalnie rekiny żarłacze błękitne, ale mimo wszystko miały zęby, chociaż ich nie używały w spotkaniu z ludźmi i raczej unikały kontaktu. Skóra rekina w dotyku jest bardzo specyficzna, głaszcząc "pod włos" jest bardzo szorstka, wręcz ostra, a "z włosem" gładka jak aksamit. Szkoda jednak, że nie można ich było zauważyć w otwartym morzu.
Drugi dzień spędziliśmy podobnie tyle że na innych wyspach archipelagu. Niestety organizatorzy wycieczek mieli bardzo kiepski pomysł zabierając wszystkich w to samo miejsce to tej samej porze. Rajskie plaże w ten sposób były bardzo zatłoczone i ciężko było o prawdziwy odpoczynek w spokoju. Nie uniknęliśmy z dziewczynami próśb o zdjęcia. Prosiliśmy naszych „kapitanów” żeby wzięli nas w miejsca, gdzie nie będzie ludzi, ale rozkładali ręce, że to nie oni decydują tylko zarząd parku. 
Początkowo planowałem, że zostanę na wyspach nawet tydzień, ale szybko z tego planu zrezygnowałem. Jednym z powodów było to, że nie miałem przy sobie wystarczającej gotówki, a bankomaty na Karimunjawę jeszcze nie dotarły. Kartą też nigdzie nie da się jeszcze płacić. Gwoździem do decyzji był fakt, że pod wodą nie było aż tak ciekawie jak się spodziewałem.
Ostatni dzień spędziliśmy na motorach zwiedzając wyspę. Wybraliśmy się na wschód słońca na plażę Nirwana, jednak chmury pokrzyżowały nasze plany. Studenci byli wyposażeni w harcerski zestaw do gotowania i zjedliśmy na plaży skromne śniadanie – ryż, tempe i kawa.
Po drodze dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia prawie 200 osób przymusowo zostało na dzień dłużej na wyspie, bo zabrakło biletów na prom. Jeden z nas wybrał się wcześniej do portu stanąć w kolejce po bilety. Ja zostałem na kwaterze trochę dłużej. Kiedy przyszedłem na 2 godziny przed planowym otwarciem kas, okazało się, że jesteśmy 157. na liście i każdy przed nami chcę po kilka-kilkanaście biletów. Szansę na wypłynięcie marne. Nastroje bardzo nerwowe, bo każdy chce na prom, bo musi do pracy, szkoły czy po prostu musi jechać na Jawę po większe zakupy (wersja dla miejscowych). Największym problemem było, że znajomi studenci byli na motorach. W pewnym momencie powiedziano, że miejsc na motory na pewno już nie ma. Co chwilę pojawiał się ktoś, kto rozprowadzał bilety dla konkretnych ludzi, ale kasy były cały czas zamknięte. 
Doszedłem do wniosku, że czekanie nie ma większego sensu i spróbowałem innego wariantu. Podszedłem do miejsca, gdzie wpuszczali na prom ludzi z biletami i powiedziałem oficerowi, że jutro mam samolot i kończy mi się wiza – muszę wejść na prom. Miałem przygotowaną 2-krotną cenę biletu (wcześniej chcieliśmy kupić bilety za dwukrotną cenę, ale nikt nie chciał odsprzedać – były bezcenne) ale o dziwo wpuszczono mnie za darmo. Czasami wystarczy grzecznie poprosić… 
Prom wcale nie był taki pełny jak w drodze do. Nie rozumiem czemu nie sprzedawano biletów jak należy… Znów prom odpłynął prawie 2 godziny przed czasem. Dopłynęliśmy godzinę po czasie – może wiatr wiał ze złej strony? Nie miało to większej różnicy, bo i tak było bardzo wcześnie. Postanowiłem po drodze na zachód Jawy, zrobić przystanek w stolicy prowincji Jawa Centralna – Semarang. 
Znajomy z Surabaji polecił mi kogoś kto mógł mnie przenocować. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to nie-Indonezyjczyk. Meda pochodzi z Libii, jest na finiszu swoich studiów inżynieryjnych. Okazało się, że w mieście jest kilku Libijczyków, również studentów. Ciekawie było z nimi porozmawiać o sytuacji w ich kraju, o tym jak im ciężko ze świadomością co dzieje się w ojczyźnie.
Meda, podobnie jak ja przywykł na tyle do Indonezji, że daje sobie radę na mieście z motorem. Użyczył mi go na parę godzin, więcej miałem dobrą okazję pozwiedzać miasto w wygodny sposób. 
Semarang położony jest podobnie jak Surabaja na północnym brzegu wyspy nad Morzem Jawajskim. Miasto rozrosło się wokół portu, założonego przez Holendrów. Z czasem zaczęło się rozszerzać na okoliczne wzgórza i dlatego dzisiaj mamy Semarang „Dolny” i „Górny”. Meda mieszkał w   „górach”, ale centrum znajduje się na dole. Jest trochę kolonialnej architektury – niektóre budynki nawet w niezłym stanie. Trafiłem do kilkuwiekowego holenderskiego kościoła w centrum, katedry, głównego meczetu, na targ i to właściwie tyle z ciekawostek miejskich. Na koniec zaopatrzyłem się w bilet na pociąg do Bandunga. Potrzebowałem 8 miesięcy, żeby wsiąść do pociągu w Indonezji… Lepiej późno niż wcale.