poniedziałek, 19 września 2011

Między Jawą a Borneo.


Po wyjeździe z SAIMS zostały mi prawie 2 tygodnie w Indonezji. Wystarczająco żeby zwiedzić jeszcze parę miejsc na Jawie. Pierwszym celem podróży był archipelag Karimunjawa położony na Morzu Jawajskim między Jawą a Borneo. 
Nocnym busem wybrałem się z Surabaji do Jepary, skąd miał odpływać prom na wyspy. Do Jepary dotarłem dość wcześnie – już o 2. w nocy, a prom odpłynąć miał dopiero o 9. Terminal okazał się jednak spory kawałek od portu, musiałem z całym dobytkiem przejść pół miasta na butach. W porcie już około 3. było trochę ludzi. Jako że to środek wakacji z okazji Idul Fitri spodziewałem się, że chętnych na wakacje na wyspach będzie sporo. I miałem rację, z godziny na godzinę przyjeżdżało więcej samochodów - głównie Chińczyków z Dżakarty. Przed 6. wybrałem się sprawdzić czy można już wejść na prom. Strażnik powiedział mi, że nie kupię jednak biletu bezpośrednio przy wejściu na prom i muszę się wrócić do kasy, której nie zauważyłem. Nie miałem ochoty nieść swoich trzydziestu paru kilogramów tam i z powrotem dlatego po prostu zostawiłem je przy drodze, będąc (jak się okazało słusznie) pewien, że nikt tego nie ruszy. 
Kolejka do kas była straszna i każdy kupował kilkanaście biletów. Zaczynałem się denerwować, że nie uda mi się ich dostać. Z zachowaniem porządku w kolejce też było ciężko, co chwilę się ktoś wpychał. Jak byłem bliżej kasy, kilka razy nie wytrzymałem i otworzyłem usta używając dosadnych stwierdzeń, które jednak poskutkowały. Bilet też udało się zdobyć.
Kiedy wszedłem na prom ze swoim dobytkiem, statek był już niemal pełny. Udało mi się ulokować z bagażem na schodach, które okazały się dość dobrym miejscem. Prom odpłynął już o 7.30 zostawiając chyba trochę klientów w porcie, bo był już pełen. Ludzi było na pewno więcej niż może zabrać. Przynajmniej na Zachodzie taki stan by nie przeszedł. Na promie było wesoło. Co rusz ktoś zwracał śniadanie w bardzo emfatycznym stylu. Zepsuły mi się słuchawki, a byłyby nieocenione w tym środowisku… 
Do Karimunjawy dotarliśmy około 13.30 po 6 godzinach. Kolejną kwestią był nocleg, którego nie miałem zarezerwowanego. W porcie powiedzieli mi, że będzie ciężko, bo większość kwater jest zajętych i muszę sam szukać po ludziach. Rzeczywiście początkowo wszystko było zajęte, ale po jakimś czasie natknąłem się na dziadka, który zaprowadził mnie do miejsca, gdzie były jeszcze wolne pokoje w rozsądnej cenie (która i tak była zawyżona – jak wszystko – ze względu na wakacje).
Do domku wprowadzili się jeszcze studenci z Jogjakarty, para Indonezyjczyków i Australijczyk. Towarzystwo się na pewno udało, zwłaszcza, że przyjechali tutaj na motorach i można było wszędzie szybko dotrzeć. Mieli też namiary na kogoś miejscowego, kto organizuje wycieczki łodzią po archipelagu. Tak więc byłem trochę na doczepkę.
Szczerze mówiąc trochę inaczej sobie to miejsce wyobrażałem zwłaszcza po opowiadaniach znajomych. Myślałem, że będzie tak dobrze jak w Sabang, jednak nie było. Morze przy brzegu w wiosce nie nadawało się do pływania. Na szczęście kolejne 2 dni spędziliśmy w większości na łodzi. Najpierw w 4, a potem w 6 – z poznanymi w trakcie dziewczynami z Chile i Anglii. Widoki owszem urocze, lazurowe morze, biały piasek, palmy kokosowe – wszystko jak z folderu dla turystów wybierających się na Malediwy. Mnie jednak najbardziej interesowało to co było pod wodą i tutaj nie było zbyt ciekawie. Owszem korale całkiem w dobrym stanie (w porównaniu do Sabang) i bardzo różnorodne, natomiast ryb było bardzo mało. Żadnych żółwi, ośmiornic, rzadszych okazów ryb. Kiepsko… byłem trochę zawiedziony.
Najciekawszym punktem pierwszego dnia była wizyta w miejscu, gdzie można było popływać z rekinami. Nie były to naturalnie rekiny żarłacze błękitne, ale mimo wszystko miały zęby, chociaż ich nie używały w spotkaniu z ludźmi i raczej unikały kontaktu. Skóra rekina w dotyku jest bardzo specyficzna, głaszcząc "pod włos" jest bardzo szorstka, wręcz ostra, a "z włosem" gładka jak aksamit. Szkoda jednak, że nie można ich było zauważyć w otwartym morzu.
Drugi dzień spędziliśmy podobnie tyle że na innych wyspach archipelagu. Niestety organizatorzy wycieczek mieli bardzo kiepski pomysł zabierając wszystkich w to samo miejsce to tej samej porze. Rajskie plaże w ten sposób były bardzo zatłoczone i ciężko było o prawdziwy odpoczynek w spokoju. Nie uniknęliśmy z dziewczynami próśb o zdjęcia. Prosiliśmy naszych „kapitanów” żeby wzięli nas w miejsca, gdzie nie będzie ludzi, ale rozkładali ręce, że to nie oni decydują tylko zarząd parku. 
Początkowo planowałem, że zostanę na wyspach nawet tydzień, ale szybko z tego planu zrezygnowałem. Jednym z powodów było to, że nie miałem przy sobie wystarczającej gotówki, a bankomaty na Karimunjawę jeszcze nie dotarły. Kartą też nigdzie nie da się jeszcze płacić. Gwoździem do decyzji był fakt, że pod wodą nie było aż tak ciekawie jak się spodziewałem.
Ostatni dzień spędziliśmy na motorach zwiedzając wyspę. Wybraliśmy się na wschód słońca na plażę Nirwana, jednak chmury pokrzyżowały nasze plany. Studenci byli wyposażeni w harcerski zestaw do gotowania i zjedliśmy na plaży skromne śniadanie – ryż, tempe i kawa.
Po drodze dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia prawie 200 osób przymusowo zostało na dzień dłużej na wyspie, bo zabrakło biletów na prom. Jeden z nas wybrał się wcześniej do portu stanąć w kolejce po bilety. Ja zostałem na kwaterze trochę dłużej. Kiedy przyszedłem na 2 godziny przed planowym otwarciem kas, okazało się, że jesteśmy 157. na liście i każdy przed nami chcę po kilka-kilkanaście biletów. Szansę na wypłynięcie marne. Nastroje bardzo nerwowe, bo każdy chce na prom, bo musi do pracy, szkoły czy po prostu musi jechać na Jawę po większe zakupy (wersja dla miejscowych). Największym problemem było, że znajomi studenci byli na motorach. W pewnym momencie powiedziano, że miejsc na motory na pewno już nie ma. Co chwilę pojawiał się ktoś, kto rozprowadzał bilety dla konkretnych ludzi, ale kasy były cały czas zamknięte. 
Doszedłem do wniosku, że czekanie nie ma większego sensu i spróbowałem innego wariantu. Podszedłem do miejsca, gdzie wpuszczali na prom ludzi z biletami i powiedziałem oficerowi, że jutro mam samolot i kończy mi się wiza – muszę wejść na prom. Miałem przygotowaną 2-krotną cenę biletu (wcześniej chcieliśmy kupić bilety za dwukrotną cenę, ale nikt nie chciał odsprzedać – były bezcenne) ale o dziwo wpuszczono mnie za darmo. Czasami wystarczy grzecznie poprosić… 
Prom wcale nie był taki pełny jak w drodze do. Nie rozumiem czemu nie sprzedawano biletów jak należy… Znów prom odpłynął prawie 2 godziny przed czasem. Dopłynęliśmy godzinę po czasie – może wiatr wiał ze złej strony? Nie miało to większej różnicy, bo i tak było bardzo wcześnie. Postanowiłem po drodze na zachód Jawy, zrobić przystanek w stolicy prowincji Jawa Centralna – Semarang. 
Znajomy z Surabaji polecił mi kogoś kto mógł mnie przenocować. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to nie-Indonezyjczyk. Meda pochodzi z Libii, jest na finiszu swoich studiów inżynieryjnych. Okazało się, że w mieście jest kilku Libijczyków, również studentów. Ciekawie było z nimi porozmawiać o sytuacji w ich kraju, o tym jak im ciężko ze świadomością co dzieje się w ojczyźnie.
Meda, podobnie jak ja przywykł na tyle do Indonezji, że daje sobie radę na mieście z motorem. Użyczył mi go na parę godzin, więcej miałem dobrą okazję pozwiedzać miasto w wygodny sposób. 
Semarang położony jest podobnie jak Surabaja na północnym brzegu wyspy nad Morzem Jawajskim. Miasto rozrosło się wokół portu, założonego przez Holendrów. Z czasem zaczęło się rozszerzać na okoliczne wzgórza i dlatego dzisiaj mamy Semarang „Dolny” i „Górny”. Meda mieszkał w   „górach”, ale centrum znajduje się na dole. Jest trochę kolonialnej architektury – niektóre budynki nawet w niezłym stanie. Trafiłem do kilkuwiekowego holenderskiego kościoła w centrum, katedry, głównego meczetu, na targ i to właściwie tyle z ciekawostek miejskich. Na koniec zaopatrzyłem się w bilet na pociąg do Bandunga. Potrzebowałem 8 miesięcy, żeby wsiąść do pociągu w Indonezji… Lepiej późno niż wcale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz