sobota, 3 grudnia 2011

Delhi z drogowej perspektywy.


Delhi, dzień 4.
Podróżując do centrum Delhi metrem, które częściowo na peryferiach jest nadziemne, jednak lwia jego część znajduje się pod ziemią, nie ma okazji żeby przekonać się o ogromie tego miasta. Dzisiaj miałem okazji  popodróżować po Delhi samochodem. Sharad zabrał mnie prosto po szkole. Miasto dużo zyskało na organizacji zeszło rocznych Igrzysk Wspólnoty Narodów (zaliczają się do nich państwa byłego Imperium Brytyjskiego), zwłaszcza jeśli chodzi o infrastrukturę. To właśnie z tej okazji przyspieszono budowę metra, wybudowano wiele dróg i przystosowano miejsca turystyczne do napływu turystów. Zawody się skończyły a mieszkańcy mają wiele udogodnień. Podobnie jak z Igrzyskami w Pekinie i EXPO w Szanghaju.
Pierwszym na dzisiejszej liście był rejon Hauz Khas. Znajdują się tam ruiny miasta Siri pochodzące z XIII wieku. Ruiny wyglądają fantastycznie, a zwłaszcza fakt, że kompletnie nie ma tam turystów (nic dziwnego, bo o tym miejscu nigdzie nie znalazłem informacji wcześniej). Nazwa miejsca oznacza królewski zbiornik, gdyż w rejonie znajduje się spora sadzawka, która służyła jako miejsce zapewniające dostęp do wody. Rejon Delhi znany jest z problemów z suszą w okresie letnim i niektóre rejony cierpią na niedobór wody.
Kierowcy indyjscy mają naprawdę temperament i duszę rajdowców. Każdy szybciej, każdy stara się być pierwszy. Indonezyjskie drogi w porównaniu do tych w Indiach to pestka. Mało kto używa kierunkowskazów, często z 2 pasów robi się pięć, jazda po poboczu czy pod prąd jest na porządku dziennym. Za kierownicę szybko (o ile wcale tutaj nie wsiądę), może na motor, ale to też nie szybko. Nikt tutaj nie zwalnia, a do tej pory nie widziałem większych wypadków. Owszem poobijanych samochodów sporo, ale mam wrażenie, że każdy znajduję swoją ścieżkę. Ruch pomimo tego, że niesamowicie chaotyczny to jednak z dystansu wydaje się być bardzo płynnym.
Tego dnia zdążyłem odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Pierwszym z nich było Delhi Haat, gdzie w jednym miejscu można znaleźć wyroby i potrawy z całych Indii. Kuchnia indyjska jest wspaniała! Przyprawy i składniki, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia dają niesamowite wrażenie smakowe. Przeważnie je się rękoma i jest się strasznie upapranym (ale tym nikt się nie przejmuje, bo nawet bogowie są przedstawienia upaprani jedzeniem). Każdy może znaleźć coś dla siebie, póki co próbuje wszystkiego co się da. Jestem w stanie spokojnie żyć bez mięsa, chociaż na szczęście nie jest problemem jego znalezienie. Nie wszyscy Hindusi są też wegetarianami. 
Ostatnim przystankiem była nowo wybudowana świątynia Askhardham, położona na lewym brzegu Jamuny. Zbudowana jest ku czci jednego z guru Swaminarajana. Otwarto ją zaledwie 6 lat temu i jest największym na świecie kompleksem świątynnym w hinduizmie. Na jej teren nie można wnieść prawie nic oprócz siebie, więc zdjęć niet. Jedynie z daleka. Świątynia jest ogromna i poraża ilością detali. Najbardziej przypadł mi do gustu dolny cokół, który przedstawia setki rzeźb słoni i opisuję ich role w hinduizmie i kulturze Indii. Jednocześnie można znaleźć wiele przekazów, myśli, które są esencją tej wiary. Hinduizm był dla mnie dużą niewiadomą, jednak muszę przyznać, że wszystkie świątynie, w których byłem są bardzo ciepłe i wydają się być pełne życia. 

piątek, 2 grudnia 2011

Pierwsza tilaka.


Delhi, dzień 3.
Z dnia na dzień wsiąkam w Indie coraz bardziej. Wcale nie próbuje tego wszystkiego jeszcze rozumieć, bo na to trzeba tygodni albo miesięcy. Mój host powiedział mi, w Indiach każdy ma swoje miejsce, jeśli będziesz czuć się w Indiach nieswojo będziesz obcym, jeśli będziesz trzymać się swojej drogi i czuć się pewnie nic Ci się nie stanie.
W ten sposób można na przykład opisać ruch na drogach. Każdy jedzie po swojemu, swoim tempem, obiera własną trajektorię i również przechodząc przez ulicę trzeba iść po swojemu, ale pewnie. Samochód czy riksza najpewniej Cie ominie no chyba że wchodzi się pewnie pod maskę.
Dzisiaj zaliczyłem to od czego wielu turystów zwykle zaczyna. Przyjechaliśmy z Sharadem, który znów dla mnie dzisiaj poświęcił swój czas metrem na stację Central Sekretariat i przemierzyliśmy całą Rajpath, która łączy budynki rządowe w tym Pałac Prezydencki z Bramą Indii. Rozmach tego miejsca jest imponujący. Zaprojektował ją Lutyens, który był architektem większości budynków z początku XX wieku. Wzniesiono je ku czci Hindusów, którzy polegli na frontach I wojny światowej i wojnach z Afganistanem.
Spacer od Bramy Indii pod sam Pałac Prezydencki zajmuje trochę czasu ale jest warty poświęcenia. Po drodze zostaliśmy zatrzymani przed Parlamentem, bo akurat przejeżdżał premier. Większość ludzi pracujących w rządzie jest wożona charakterystycznymi białymi oldschoolowymi samochodami, których marki nie znam, ale bardzo mi się podoba.
Cały teren to wielkie założenia urbanistyczne New Delhi, jako stolicy klejnotu w koronie brytyjskiego Imperium, które zaprojektowano 100 lat temu w 1911 roku. Niektóre budynki zostały zbudowane na nowo niedawno, ale sporo z nich pochodzi sprzed II wojny światowej.
Wybraliśmy się następnie w kierunku Connaught Square, nazywane teraz w hindi Rajiv Chowk. Jest to okrągły plac, wokół którego zbudowano centrum finansowe stolicy Indii. Może wieżowce nie są pokroju Szanghaju czy Kuala Lumpur, ale dajmy trochę czasu i moim zdaniem na pewno będą. Dookoła sporo też kolonialnej architekturze. W centrum znajduje się stacja metra a nad nią park, w którym zrobiliśmy sobie piknik. Problem w tym, że nie mieliśmy wody, a sprzedawców jak na złość nigdzie w okolicy. Wypatrzyliśmy stoisko po drugiej stronie ulicy jednak wejście do parku znajdowało się dość daleko. Bez większego namysłu podjąłem się próby przeskoczenia spiczastego parkanu. W jedną stronę poszło gładko, ale w drugą parkan nie było już tak łaskawy i ku uciesze przechodniów stargałem sobie spodnie na wiadomej części ciała.
Następne 15 minut spędziliśmy na śmianiu się z całej sytuacji, ale nie było opcji paradowania w centrum Delhi ze spodniami podartymi na tyłku. Sharad podjął się próby znalezienia spodni i szybko się z tym sprawił, bo w pobliżu był bazar. Spodnie jednak okazały się za ciasne w pasie i trzeba było wymienić. Cała sytuacja była niezwykle komiczna i wielu Hindusom z pewnością poprawiła humory. :)
Przez te perypetie mieliśmy obsuwę w czasie, ale zdążyliśmy jeszcze do kilku miejsc kultu. Pierwszym z nich była świątynia Hanumana. Sharad jest bardzo praktykujący i z zapałem opowiada mi wszystkie mitologiczne historie, które przypominają greckie mity znany z podstawówki, tyle że są jeszcze barwniejsze. Hanuman to bóstwo o twarzy małpy, nic więc dziwnego, że koło świątyni kręciły się jakieś zwierzęta. W środku pełno świętych ludzi znanych z obrazków z Indii. Na koniec wizyty w światyni dostaje się czerwoną tilakę na czoło.
Tuż obok znajduje się największa świątynia sikhijska w Delhi – Gurudwara Bangla Sahib. Byliśmy tam przed zachodem słońca i atmosfera była naprawdę niezwykła. Fantastyczne dekoracje (jak wszędzie w indyjskich świątyniach), śpiewy i medytujący ludzie. Świątynie należy obejść zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jest w niej wydzielone miejsce na przechowanie świętej księgi – Adi Granth. Na zewnątrz znajduje się sporych rozmiarów sadzawka dla rytualnych obmyć. Mimo spadającej pod wieczór temperatury było kilku śmiałków.
Naprzeciw gurudwary znajduje się Katedra pw Najświętszego Serca. Nie byłem pewien czy jest katolicka czy protestancka, ale moje niepewności rozwiał pomnik Jana Pawła II przy bramie. W środku dość skromnie, jest to zresztą budowla stosunkowo młoda. Akurat trafiliśmy na ślub, gdy już goście składali życzenia (przy ołtarzu). Ciekawe tylko czemu w czwartek? Tym razem to ja mogłem wytłumaczyć Sharadowi parę spraw chrześcijańskich, bo miał dość blade pojęcie.
Zapadł już zmierzch, ale zdążyliśmy jeszcze zwiedzić pobliską świątynię Lakshmi Narayan. Została zbudowana przez rodzinę Birli, podobnie jak w kilku innych miejscach w kraju. Sharad wziął mnie z powrotem na Connaught Place i przyszedł czas na próbowanie wszystkiego co się da. Przed obiadem pospacerowaliśmy jeszcze trochę po parku i przyszedł czas na pierwsze lekcje hindi, który jest dla mnie kompletnie nie do zapamiętania. Bardziej skomplikowanym w wymowie językiem, w którym próbowałem coś się nauczyć jest chyba tylko mongolski. Ale z indonezyjskim początki też nie były łatwe. Park wieczorną porą służy przede wszystkim jednak jako miejsce matrymonialne. Strażnicy nawet nie przeganiają kochasiów, którzy oddają się amorom w dość otwarty sposób pod żywopłotami. Na kolację wybraliśmy się do znanego lokalu KDH. Wygląda obskurnie, ale jak nonstop pełen, a jak sprawdza się w Azji, gdzie jest dużo ludzi znaczy, że jedzenie jest dobre. I było.

czwartek, 1 grudnia 2011

Phanta rei.


Delhi, dzień 2.
Phanta rei. To chyba najlepsze określenie na to jak mija czas w Indiach. Tutaj nic nie stoi w miejscu, czas wydaje się też lecieć jakoś tak szybciej. Wczorajszy trwał nie krócej niż zwykle 24 godziny a wydaje się, że był zaledwie minutą… Nim się obejrzałem zaczął się już kolejny.
Póki co nie mogę narzekać na samotność i gościnność Hindusów. Wręcz przeciwnie, ale taka opcja na pierwsze dni jest chyba bardzo dobra. Sharad spotkał mnie na mojej stacji metra i pojechaliśmy do centrum. Wysiedliśmy na Chawri Bazar i odleciałem. Jest to obrazek, który chyba nie może lepiej oddać klimatu starej części Delhi. To serce Old Delhi.
Nie wiem jak mogę opisać co tutaj się dzieje słowami, nie da się. Trzeba tutaj koniecznie być i to zobaczyć, poczuć. Ludzie są wszędzie, załatwiają interesy, pracują, przemieszczają się. Według naszych sterylnych europejskich standardów jest syf, wszędzie śmieci, plątanina kabli elektrycznych, które wydają się po prostu nie być w stanie nadążyć za tempem życia. Riksze, motory, samochody, psy, krowy. Nie widziałem jeszcze tylko słonia na ulicy, ale to pewnie nie w Delhi.
Sharad okazał się wspaniałym przewodnikiem, bo zna okolica bardzo dobrze od dziecka. Jego ojciec ma swój biznes w okolicy. Zabrał mnie bocznymi uliczkami przez okolicę. Gdy tylko skręci się w jedną z nich krajobraz jest jeszcze bardziej nieziemski. To właśnie tutaj najlepiej można zrozumieć co znaczy miejska dżungla. Podobnie jak w lesie deszczowym prawie nie dociera tutaj światło słonecznie, ulice to bardziej korytarze o szerokości zaledwie paru metrów. Ludzie po prostu żyją swoim rytmem. Sprzedają co się da, rozmawiają, bawią się. Obraz niesamowity.
Czułem się jak w bajce, nawet nie wyobrażałem sobie, że indyjska atmosfera jest tak wyjątkowa. To miejsce może wystraszyć, kogoś kto dociera do Azji po raz pierwszy i wysiada w takim rejonie. Widziałem już jednak trochę i wiele rzeczy nie było dla mnie obcych, jednak takie nagromadzenie wszystkiego w jednym miejscu zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.
Nie jestem w stanie spamiętać wszystkich nazw miejsc, ulic i potraw które do tej pory spróbowałem. Czuję się tak jak na początku w Indonezji. Wszystko jest tak niesamowicie inne i fascynujące, że nie ma mowy o znalezieniu jakichś odniesień do naszego świata. Język hindi na razie jest dla mnie czarną magią, a kiedykolwiek próbuje coś przeczytać nie jestem w stanie wymówić czegokolwiek poprawnie i wzbudzam tym śmiech rozmówców. Często trudno też odróżnić kiedy mówią po angielsku. Muszę zacząć uczyć się hindi. Największy problem to alfabet i strasznie trudna wymowa, ale mówią, że sam język nie należy do najtrudniejszych do nauki.
Kolejnym niesamowitym miejscem była gurudwara – światynia sikhijska. Przy wejściu należy ściągnąć obuwie (jak w większości świątyń, któregokolwiek z wyznań), dostajemy kolorową chustę do założenia na głowę i można wejść. Najłatwiej wskazać, że sikhowie to Ci, z turbanami na głowach. To nie czas jeszcze, że bym wymądrzał się na ich temat, bo za mało jeszcze wiem, ale dzięki wizycie w świątyni trochę się dowiedziałem. Mój host powiedział mi, że sikhowie przez wiele wieków byli niesłusznie trochę pogardzani przez resztę Hindusów, mimo to że tak naprawdę byle tymi, którzy byli wstanie zbrojnie przeciwstawić się najeźdźcom (koncepcja wojna w hinduizmie jest dość odległa). Sikhowie noszą się bardzo schludnie, mają długie brody i włosy i dlatego zawsze chodzą w turbanie by nie wyglądać nigdy ‘indecent’. Podobno byli również znani z tego dawniej, że jako jedyni w Indiach nosili bieliznę.
Na koniec wizyty w świątyni dostaje się do ręki słodką papkę, którą należy przyjąć jako formę błogosławieństwa. Mój kolega chociaż nie jest sikhem zachowywał się w świątyni jakby był wyznawcą, podobnie zresztą w meczecie i podejrzewam, że byłby do tego zdolny również w kościele. Jestem tutaj na świeżo, ale różnice w zachowaniu i odnoszeniu się do siebie między ludzi są naprawdę kolosalne. Za krótko jednak jestem, żeby wyciągać jeszcze jakiekolwiek wnioski.
Od meczetu Fatehpur Sikri prowadzi ulica Chadni Chowk aż do samego Czerwonego Fortu, którego zwiedzanie odpuściłem. Poszliśmy natomiast do Masjid Jama – meczetu piątkowego, głównej świątyni islamskiej w Delhi. Wspaniała architektura dynastii Mogołów. Dużo czerwonego kamienia kontrastującego z bielą. Ogromny dziedziniec, jednak właściwa część meczetu z nihrabem była stosunkowo mała. Wstęp co rzadkość w turystycznym miejscach jest free, ale trzeba zapłacić za aparat. Wchodząc zostawiłem Sharadowi aparat i telefon, a bileter radośnie wytargał mi bilet za 200 rupii każąc zapłacić i sam musiał mnie obszukać bo był pewien, ze widział mnie wcześniej z aparatem.
Przejechaliśmy dalej do Purana Qila, kolejnej twierdzy z XVI wieku. W środku niewiele turystów, jedynie pary szukające miejsca odosobnienia i strażnicy mało skutecznie ich przeganiający. Sharad okazał się bardzo przezorny i wziął ze sobą z domu jedzenie, więc zrobiliśmy sobie piknik na trawniku w środku twierdzy.
Dalej przejechaliśmy autobusem, żeby zdążyć przed zmierzchem zwiedzić Grobowiec Humajuna, który był jednym z władców Indii z dynastii Mogołów. Architektura mogolska łączy w sobie sztukę indyjską i islamsko-perską. Niezwykle ważna jest symetria, lokalizacja, założenie przestrzenne. Architektura jest bardzo wzniosła a jednocześnie dość misterna jeśli chodzi o detale. O godzinie 5. gdy słońce chyliło się ku zachodowi czerwień koloru ścian była niesamowita. 

Sharad zaprowadził mnie na koniec do kolejnego magicznego miejsca. Dargah Hazrat Nizamuddin Aulia. Na początku nie bardzo zrozumiałem gdzie jestem. Owszem dało się zrozumieć, że to miejsce kultu muzułmanów. Po drodze sklepiki z islamskimi dewocjonaliami, dywanikami z Kaabą, nakryciami głowy, kobiety w burkach. Jednocześnie wszystko zbyt bardzo odbiegało od islamu, który znam. Dopiero po powrocie zrozumiałem, że to musiała być świątynia suficka, mistycznej odmiany islamu, która nawiązuje też do innych religii. Zero turystów, pełno ludzi, wszyscy zajęci sobą na swój sposób…

Przed powrotem do domu zatrzymaliśmy się jeszcze przy ulicy Rajpath żeby zobaczyć nocą z daleka Bramę Indii i Pałac Prezydencki. Dzień przeleciał mi nie wiem kiedy. Indie to jest kosmos, wszystko jest tutaj tak niewiarygodne inne, że przekracza to wyobrażenie. Staram się wszystko chłonąć ile mogę, ale zbyt mało jeszcze rozumiem. Wskoczyłem jak do oceanu i chociaż z pływaniem u mnie w porządku, to jednak czuję się całkowicie odizolowany od czegokolwiek co znam. Tego właśnie chciałem.

wtorek, 29 listopada 2011

Pierwsze starcie z Delhi


Delhi, dzień 1.
Pierwszy dzień w Indiach spędziłem w nieco random sposób, ale okazał się być całkiem dobry. Zrobiłem tak jak chciałem, po prostu zanurzyłem się bez większego obmyślania w Indie. Kupiłem bilet na metro i pojechałem w średnio znanym kierunku wiedząc, że w okolicy jest do zwiedzania trochę pomogolskich ruin. Dowiedziałem się też, że w nocy wyjechał po mnie mój kolega, który oczywiście wcześniej mi o tym nie powiedział, bo chciał mi zrobić niespodziankę. Z niespodzianki nici, bo nie znał nawet numeru lotu, a mój samolot przyleciał 40 minut wcześniej niż planowo i nim pojawił się na lotnisku, ja już byłem w taksówce.
Postanowiliśmy to nadrobić umawiając się o bliżej nieokreślonej porze i w nieokreślonym miejscu. Po prostu gdzieś, bardzo azjatycko na „zdzwonimy się”. Biorąc pod uwagę to, że nie mam jeszcze miejscowego numeru, to opcja bardzo słaba.
Z Gurgaon do Delhi można się dostać żółtą nitką metra, które wyrosło w mieście wyjątkowo szybko (nie to co w pewnej środkowoeuropejskiej stolicy) i jest całkiem niezłej jakości. Dalej zresztą trwają prace nad jego rozbudową. Wysiadłem na stacji Qutar Minab i poszedłem na azymut przed siebie. Przejście przez ulicę w Indiach to większy hazard niż w Indonezji. Na drodze królują tuktuki i motory, które są jednak w opłakanym stanie w porównaniu do tych jawajskich. Samochodów też całkiem sporo. Na ulicach ludzie sprzedają drut, miód, widło i powidło… wszędzie walają się bezpańskie psy. Sporo też ulicznych bezdomnych w tym też dzieciaków, które zaraz wyciągają ręce.
Uliczny notariusz
Ruiny Qutar Minab skutecznie odstraszyły mnie ceną dla obcokrajowców i mając w perspektywie bilety ulgowe trochę później, odstąpiłem. Przypadkowo znalazłem równie ciekawe w rejonie Mehrauli. Po drodze hit, którego nie spotkałem w Indonezji. Usługi notarialne na ulicy. Urzędnicy siedzą z maszynami do pisania i przyjmują klientów. Czad.
Ludzie niespecjalnie zwracali na mnie uwagę, a jak już, to dość pozytywnie. Musiałem kilka razy prosić o pozwolenie zadzwonienia przez telefon i nie miałem z tym problemów. Również policjanci byli pomocni i tłumaczyli drogę. Panie na ulicach często prezentują się w pięknych sari, a faceci schludnie w koszulach i długich spodniach.
Somesh przejechał 2 godziny po umówionym czasie w zupełnie inne miejsce. Zabrał mnie też zupełnie bez sensu do centrum handlowego, którego zwiedzać nie miałem ochoty. Skończyliśmy na gadce siedząc na trawniku w otoczeniu dzieciaków, które najpierw żebrały, a potem zaczęły koło nas się najzwyczajniej bawić.
Zobaczyłem też Lotus Temple – światowe centrum religii bahaistycznej o bardzo ciekawej architekturze w kształcie rozkwitającego lotosa. Bryła budowli prezentowała się znakomicie przy zachodzącym słońcu. Udało się też pod sam koniec dnia zobaczyć pierwszą święta krowę. :)
Na koniec Somesh zaprowadził mnie do knajpy, gdzie białasów ani śladu, a hinduskie jedzenie pyszne. Zamówiliśmy samosy, ciasto z nadzieniem z warzyw i dhosa masala, duży placek z mąki, który macza się w różnych sosach i do tego słynne lassi, napój ze sfermentowanego mleka.

Wracając do domu w metrze dopadał mnie powoli sen czym wzbudziłem sporo uśmiechu wśród współtowarzyszy podróży. Jutro może odhaczę coś z listy must-see…

Incredible India... let's get it going!


Delhi, dzień 0.
Pierwsze co sobie pomyślałem jadąc w taksówce z lotniska w Delhi, to że to jest jakiś Meksyk, nic innego tylko Meksyk. Ale po kolei.
Loty Aerosvitu mogę uznać za udane, bo doleciałem, ale nie były to najprzyjemniejsze loty, a zwłaszcza lądowania (to w Kijowie przypominało rollercoaster…  gdyby jeszcze była mgła to może nawet zacząłbym wierzyć w jakieś teorie spiskowe). Z Kijowa do Delhi leciałem w towarzystwie Ukrainek udających się na jakichś kongres. Moja sąsiadka była dość rozgadana i nie dawała mi spać, nawet wtedy kiedy próbowałem wkładać słuchawki.
Kołowanie nad Delhi dało mi obraz jak ogromne jest to miasto. OGROMNE. Lotnisko też jest ogromne i ogrom ludzi, którzy tam byli po prostu przeraża. Udało mi się wyciągnąć kasę z bankomatu, naturalnie wypluł on najwyższy możliwy nominał, dlatego przezornie rozmieniłem go w kawiarni. Sprzedawca zażartował czy na pewno jest prawdziwy, podobno nikt nie chce 1000 rupiowych banknotów (ok. 60zł).
Kolejny challenge to dostanie się do miejsca, gdzie miałem nocować do poddelhijskiego Gurgaon. Zapytałem prywatnego taksiarza, ale chciał mnie skasować podwójnie niż mówili znajomi, że powinienem zapłacić. Znalazłem kasę prepaid taxi i z biletem za 360 rupii wpakowano mnie do minibusika. Kierowca najpierw zapytał ile mu zapłacę, a jak powiedziałem że bilet jest już opłacony to powiedział, że jego silnik nie działa.
- Mister, engine problem, broken.
- That’s your problem, not my problem.
- Engine broken, not going.
Dał mi do zrozumienia, że nie mam na co u niego liczyć. Wróciłem do kasy i próbowałem walczyć o swoje. Kasjer opierniczył taksówkarzy i zaraz znalazł się następny, który mnie wziął. I znów gadka o napiwku nim już ruszyliśmy. Kasjer mi powiedział że będę musiał dodatkowo zapłacić 42 rupie za autostradę, a ten mówi nagle że kosztuje 66 i chce z góry tipa. Powiedziałem gościowi, że nie mam ochoty się z nim kłócić dostanie na autostradę i tyle. Nie jestem Amerykaninem z wypchanym portfelem i przyjechałem tutaj na wolontariat (who knows?!). Ruszył.
To surrealne wrażenie nagle znaleźć się w miejscu, o którym się myślało przez parę miesięcy. Ulice jeszcze o godzinie 4.30 puste, nie ma krów, widziałem tylko dzikie psy. Sporo odrapanych domów i dzielnic nędzy. Było dość chłodno więc ludzie opatuleni w szale. Nad okolicami lotniska ni to smog, ni to mgła. Gurgaon – miasto satelitarne Delhi ma sporo wieżowców „na bogato”, ale sporo też jest under endless construction.
Taksówkarz wyraźnie się zgubił. Jeździliśmy wyraźnie w kółko i już zacząłem się przez sekundę obawiać, że wyjmie coś zza pazuchy i mnie okradnie i zostawi, kiedy znaleźliśmy się w kompletnie ślepym zaułku. Bezwładnie rozłożył ręcę i mówi – I am lost, sir. I dont know where to go… Odpowiadam: Figure it out
Pytał się każdego przechodnia i dostawał dokładnie przeciwne wskazówki, ale w końcu po dobrych 40 minutach udało się znaleźć stację metra, naprzeciwko której miał mieszkać mój host. Wjechaliśmy i przy wysiadaniu wyciąga rękę o napiwek. Prosi o 20 rupii. Miałem mu nie dawać, ale chłop w sumie dowiózł mnie na miejsce więc dałem mu te 1,20 i uścisnąłem mu rękę. A ten mówi że mało. Nie miałem ochoty już na dyskusje, odwróciłem się na pięcie i poszedłem za lokajem. Tak jestem w Indiach tutaj jest pełno sług. Po 15-minutach dobijania się do drzwi otworzył również służący… Host śpi. Zaczyna się ciekawie… Może też nie zjedzą mnie żywcem komary!
Incredible India let’s get it going!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Znów na Wschód...


Boryspol. Znów lotnisko. Znów w drodze. Tym razem wywiewa mnie do Indii. Czekam właśnie na samolot do Delhi.
Kilka tygodni spędzonych w Polsce, dobrze mi zrobiły, ale czas w drogę. Bo tutaj czuję się najlepiej. Dziękuję wszystkim, których przez ten czas spotkałem, zwłaszcza swojej rodzinie, która jest ze mną, co dla bardzo ważne. Wiecie, że chcę inaczej i chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie życie, które byście dla mnie wybrali to nie możecie za mnie decydować. Doceniam to bardzo.
Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy mnie wspierają na duchu i dopingują. Wiara we mnie, że się uda dodaje mi skrzydeł. Dziękuję też tym, którzy w głębi serca powątpiewają i czekają, że powinie mi się noga. Na pewno tak będzie, bo nie myli się ten kto nic nie robi w życiu, a ja ze swoich błędów się uczę. Jesteście dla mnie sporą motywacją.
Jutro wcześnie rano indyjskiego czasu (+4,5 godziny CET) wyląduję w Delhi. Nie będę specjalnie pisać jakie mamy plany. Część z Was wie mniej więcej, część nie i niech tak zostanie. Postaram się pisać bloga bardziej regularnie niż ostatnio. Czytajcie.
Nie byłoby zabawy gdyby mój wylot Polski obył się bez przygód. Na lotnisko wybierałem się autobusem miejskim w Warszawie. Dzięki korkom mój autobus spóźnił się i czas podróży, który miał wynosić 40 minut wydłużył się, a pech chciał, że kontroler pojawił się w autobusie akurat w 2 minuty po przekroczeniu jego ważności. Panu kontrolerowi, który był wyjątkowo niewyrozumiały (do lotniska miałem 2 przystanki) życzę udanego gestapowania.

wtorek, 1 listopada 2011

Dżakarta vol.2.



Ostatni dzień w Bandungu miałem poświęcić na robienie zakupów. Bandung słynie z taniej odzieży – w mieście i pod nim znajduje się wiele outletów odzieżowych i wiele ubrań tutaj się po prostu szyje. Jak to zwykle ze mną bywa jak nie szukam to znajduję, a jak chcę znaleźć to nie ma. I tak też było tym razem.
Popołudniu zapakowałem się do tzw. ‘travela’ – czyli busotaksówki, która przewozi ludzi z punktu A do punktu B. Moja okazała się prawie pusta, jechał ze mną tylko jeszcze jedno Chino-Indonezyjczyk i kierowca. Drogę przespałem – wygodna autostrada, na której od wjazdu do Dżakarty zaczęły się tworzyć korki.
Jeśli ktoś narzeka na korki w Krakowie czy Warszawie, to niech sobie wyobrazi miasto o populacji 20 milionów z szczątkowym systemem transportu publicznego. Korki w Dżakarcie są legendarne nie tylko w Indonezji, ale poza jej granicami. I są czasami naprawdę horrendalne. Pamiętam jak w styczniu czekałem na kolegę, który miał mnie odebrać około 5 godzin, a nie wyjechał wcale późno… były po prostu korki.
W Dżakarcie dowlokłem się z moim bagażem na miejsce spotkania z Jarem z CS. Przyszedł z Michaelem z Kansas, który robił staż dziennikarski i razem pogadaliśmy przy tradycyjnym indonezyjskim obiedzie pod chmurką.
Nie musiałem się zbytnio martwić co robić w Dżakarcie, bo Jar jako doświadczony CSer miał przygotowany plan w zanadrzu. W sobotę najpierw wybraliśmy się na siłownię (po motoryzacyjnym falstarcie), po której dołączył do nas na lunch Michael. Razem pojechaliśmy poza Dżakartę do mało znanego, aczkolwiek urokliwego miejsca z malowniczym wodospadem. Po raz kolejny byłem w miejscu, którego nie ma w przewodnikach LP a jest warte więcej od niektórych tam zamieszczonych.
Po raz ostatni widziałem krajobraz jawajskiej wsi i powoli zaczynałem sobie uświadamiać, że zostały mi już zaledwie 2 dni w tym raju. Starałem się więc chłonąć prawie na zapas wszystko dookoła. Miałem też szczęście uczestniczyć w kolejnym (pogubiłem się już w rachubie) jawajskim weselu w Bogorze.
Po powrocie do Dżakarty jako, że wg indonezyjskich znajomych było jeszcze wcześnie (okolice północy!) poszliśmy na hangout do supermarketu 7/11. Razem z Michaelem mieliśmy sceptyczne podejście co do wyboru miejsca hangoutu, ale cóż… zgodnie z zasadą when you’re in Rome do as the Romans do, posiedzieliśmy przy kawie i zaczęliśmy grać w karty. Gra w karty wybitnie mi nie szła, chociaż partnerzy gry dawali mi wszelakie szanse na odegranie się, ale widocznie nie jestem do hazardu – nawet takiego bez stawek – stworzony. Złapała nas za to dość mocna głupawka i wypłoszyliśmy klientelę sklepu…  A może po prostu wyszli, bo było już późno. Chcę też wyjaśnić, że nie siedzieliśmy bezpośrednio w supermarkecie tylko w wydzielonej jego części na piętrze, gdzie można było skonsumować zakupione w nim produkty. Ciekawy pomysł.
W niedzielę wybraliśmy się z Jarem do centrum miasta. Przejechaliśmy przez reprezentacyjną aleję Sudirman, z daleka zobaczyłem znów Monas i meczet Istiqlal. Chciałem tego dnia zobaczyć ostatni raz morze, więc wybraliśmy się do parku przy porcie. Zwiedziliśmy też oceanarium, które zrobiło na mnie fantastyczne wrażenie. Bardzo dobrze przygotowane ekspozycje wszelkich morskich stworzeń od rekinów i płaszczek przez żółwie i ośmiornice po krowy morskie. Wszystko w porównaniu do zoo w Surabaji, bardzo schludnie utrzymane i bardzo ciekawie zaprezentowane. Jako że była to niedziela, naturalnie było masę ludzi. Wieczór spędziliśmy w porcie oglądając zachód słońca a do mnie powoli dochodziły myśli, że to… no właśnie nie chcę pisać koniec, ale coś ewidentnie się kończyło. Przynajmniej jakiś etap.
Ostatniego dnia chciałem sobie pochodzić trochę po centrum Dżakarty, pojechałem więc razem z Jarem taksówką w stronę jego biura i połaziłem wśród wieżowców. Warszawa blado wypada na tle Dżakarty, a Dżakarta bardzo blado w porównaniu z Szanghajem czy nawet Kuala Lumpur. Oczywiście nie obyło się bez zaczepiania przez rikszarzy, ojekarzy, tuktukarzy i taksówkarzy. Nie przesadzali mi wcale, wiedziałem że następnego dnia już tego nie będę mieć. Ani nasi goreng, ani żadnego innego taniego i pysznego żarcia na ulicy. U nas tego po prostu nie ma i wiedziałem, że będę za tym tęsknić. I tęsknię. Sentymentalne myśli starałem się jednak tłumić, bo chciałem mieć dobre wspomnienia z tego dnia.
Z ciekawych miejsc udało mi się znaleźć szkołę do której uczęszczał jako dzieciak Barack Obama. Jego matka wyszła za Indonezyjczyka i młody przyszły prezydent USA chodził w Dżakarcie do podstawówki. Przed szkołą stoi pomnik młodego Obamy z napisem „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w siłę swoich marzeń”…
Zostało mi tylko zrobić zakupy, przeznaczyłem na to całe popołudnie, a o mało nie zabrakłoby mi czasu. Jar przyjechał wesprzeć mnie nieco wcześniej i razem pojechaliśmy w kierunku domu. W planach na wieczór była jeszcze kolacja z siostrzeńcem, który miał urodziny. Kolacja miała być około 20., ale dzięki korkom dotarliśmy dopiero do domu na 20.40… musiałem się jeszcze dopakować, a na około 21. zaplanowałem wyjazd na lotnisko. Jar wcześniej zaproponował, że mnie podwiezie. W takiej sytuacji czasowej zaproponowałem, że wezmę taksówkę, ale nie mogłem się wycofać z propozycji kolacji, bo byłoby to potraktowane pewnie jako afront. Poza tym czas w Indonezji jest przecież zrobiony z gumy… Jam karet.
Na kolację przyjechaliśmy około 21.15 i jako że zamówiliśmy pizzę, trochę trwało aż pojawiła się na stole. Podejrzewam, że większość ludzi w tym momencie zaczęłaby panikować. Ja rok temu pewnie też. Delikatnie tylko spoglądałem na zegarek, którego wskazówki z gumy nie były…  Jar mnie uspokajał, że na pewno zdążymy. Do domu dotarliśmy na 22.10. 5 minut zajęło mi załadowanie 40kg dobytku z 8 miesięcy w Indonezji do samochodu i w drogę.
Na lotnisko normalnie jedzie się około 50 minut przy normalnym ruchu (nie normalnych korkach dla Dżakarty korkach, ale swobodnych ulicach). Mój samolot do Dubaju wylatywał o 0.40. Bramki check-in zamykane o 23.20. Nie trzeba dużo wyliczać, że zapasu czasowego było niewiele.
Na szczęście ruchu na ulicach już względnie nie było. Byliśmy już dobrze na autostradzie wiodącej na lotnisko i opowiedziałem Jarowi, jak to rok temu koleżanka w Moskwie w dobrej wierze zaoferowała nam podwózkę do metra w drodze na dworzec, a tu bach! był wypadek, korek na całego i na pociąg spóźniliśmy się dosłownie 2 minut. Nie minęło 10 minut od mojej historii i o godzinie 23.55 złapaliśmy gumę!
Jar spokojnie powiedział tylko, że zdążymy i że muszę łapać jakiś samochód, który nam pomoże zmienić koło szybciej, bo ekspertami w sprawach motoryzacyjnych raczej nie jesteśmy. Może zmienilibyśmy koło, ale nie w 10 minut! Udało mi się zatrzymać taksówkarza, który bez nachalnej próby przechwycenia mnie do taksówki pomógł nam zmienić koło. Nie miałem stopera ale zajęło nam nie więcej niż 7 minut.
O 22.05 ruszyliśmy, ale było już blisko. Trzeba było tylko strategicznie ustalić jak szturmować lotnisko i z czym, zabrałem tylko bagaż do nadania a Jarowi zostawiłem podręczny, który musiał zaparkować gdzieś samochód i obiecał, że mi go doniesie. O mało nie zapomniałem jednak biletu lotniczego z plecaka. Na odprawę dotarłem o 23.15… na minuty przed ich zamknięciem. Ufff!
Security przy bramkach było wyjątkowo mało wyrozumiałe i nie chciało wypuścić mnie z powrotem po moje rzeczy, ani Jara wpuścić (bo nie miał biletu), ale udało się odebrać rzeczy i pożegnać bocznym przejściem.
Charakter ostatnich godzin sprawił, że nie miałem możliwości ckliwej kontemplacji nad tym co zostawiam. I może dobrze. Jednakże, kiedy przeszedłem ostatnią odprawę oczy trochę się spociły…
Każde żegnaj oznacza jednak jakieś witaj… Jeszcze kilkadziesiąt godzin i byłem w domu.