Hajderabad, dzień 34.
Tak więc po kilkudniowym odpoczynku od podróżowania, kupiłem
bilet do Hajderabadu, nie zastanawiając się zbytnio co ja tam będę robić.
Pociąg przyjechał na stację w Pune z prawie godzinnym opóźnieniem, a na dworcu
panował istny chaos. Sytuacja wyprowadziła mnie prawie z równowagi (chyba
zapomniałem do czego zdolne jest PKP), zwłaszcza, że dworce w Indiach wyglądają
jak malle w czasie wyprzedaży.
Pierwsza samodzielna podróż pociągiem w Indiach minęła dość
spokojnie. Rano dotarłem na stację Begumpet i pomaszerowałem w kierunku
mieszkania znajomej z CS ignorując dworcowych rikszarzy. Mieszkanie
rzeczywiście nie było daleko, zdecydowanie nie warto było marnować pieniędzy na
taksówkę.
Hajderabad to stolica stanu Andhra Pradesh, jednego z
ludniejszych w Indiach. „Tubylcy z dziada pradziada” posługują się językiem
telugu, którego skrypt kompletnie nie przypomina hindi. Miasto położone jest
nad jeziorem Hussain Sagar i rzeką Musi. Historyczne centrum to dzielnica
muzułmańska Charminar, położona wokół charakterystycznego meczetu o tej nazwie.
Zwiedzanie zacząłem jednak od świątyni Birla Mandir,
ufundowanej przez rodzinę Birla, podobnie jak świątynia w Delhi, którą też
odwiedziłem. Położona jest na stromym wzgórzu nad jeziorem Hussain Sagar.
Niestety nie wolno wewnątrz świątyni fotografować, a szkoda, bo zarówno widoki
na jezioro jak i sama świątynia były warte paru ujęć. Na jeziorze kilkanaście
lat temu ustawiono wielki posąg Buddy, do którego można dostać się na łódce.
Podarowałem sobie tę atrakcję i obszedłem jezioro dookoła, zaglądając w
nieturystyczne rejony. Meksyk, wszędzie meksyk… niezależnie od stanu, w każdym
indyjskim mieście go znajdziemy.
Właściwie to było na tyle mojego zwiedzania w pierwszy dzień
pobytu w Hajderabadzie. Byłem dość zmęczony po nocnej kiepsko przespanej
jeździe w pociągu i po obiedzie, słynnym kurczaku biryani chciałem tylko spać.
Drugiego dnia program miał być bardziej intensywny, jednak
podstawową kwestią było dostanie biletów na pociąg dalej. Chyba jeszcze nie
pisałem o tym, ale w Indiach istnieje ciekawy sposób rezerwacji biletów na
pociąg. Oprócz tego, że można rezerwować dopóki nie wyczerpią się miejsca z
dość sporym wyprzedzeniem, na dzień przed odjazdem pociągu od 8. rano wchodzi
pula dodatkowych 200 biletów tzw. tatkal. Trzeba wypełnić specjalny formularz,
mieć ksero paszportu i dodatkowo dołożyć 30-50 rupii, no i mieć nadzieję, że
nikt biletu nie wykupił przed nami. Niestety w moim wypadku biletów do
Bangalore już nie było. Przypomniałem sobie jednak, że jest też dodatkowa pula
biletów dla obcokrajowców, jednak ta nie jest sprzedawana na wszystkich
dworcach. Pojechałem więc lokalną kolejką miejską na główny dworzec w
Hajderabadzie. Ostatni bilet czekał specjalnie dla mnie. ;)
Z dworca ruszyłem w kierunku Charminar bez większego
pojęcia, w którą stronę mam iść. Wędrówka przed siebie zaprowadziła mnie
ciekawymi uliczkami do gurudwary, kilku świątyń i meczetów, aż w końcu nad
rzekę, a właściwie większy rynsztok… niestety tak wygląda większość rzek w
Indiach.
Charminar to nazwa meczetu który stoi w centrum dzielnicy.
Nazwa oznacza cztery minarety. Tuż obok znajduje się Masjida Mecca, który swoją
nazwę wziął od cegieł rzekomo wypalonych z ziemi pochodzącej z Mekki,
znajdujących się w łukach meczetu. Był akurat piątek ok. godziny 13 i z meczetu
wylewały się setki albo tysiące (meczet jest jednym z większych w Indiach, może
pomieścić 10 tyś. wiernych) mężczyzn. Dzielnice muzułmańskie mają to do siebie,
że zawsze oferują tanie i świetne jedzenie i nie inaczej jest w Hajderabadzie.
Ostatni dzień w mieście poświęciłem na zwiedzanie fortu
Golkonda, położonego na zachodnim skraju miasta. Z cytadeli rozciąga się widok
na całą aglomerację, która nie ma końca. Miasto w ostatnich latach stało się
jednym z centrum rozwoju technologii informatycznych w Indiach. Ściągnęło wielu
wykształconych Hindusów, ale też obcokrajowców oferując atrakcyjne posady w
filiach znanych informatycznych marek. Nowym przydomkiem miasta stało się
Cyberabad.
Fort na szczęście był duży i można było uciec od tłumu.
Głuchy jestem już całkiem na ‘Hello’, które w 110% wcale nie jest serdecznym
pozdrowieniem, tylko już samo w sobie zawiera wyrzut, że się na nie nie
odpowiedziało. Doczepiła się do mnie jednak grupka studentów, z którymi
usiadłem i porozmawiałem przez chwilę. Pytali się np. jak spędziłem Christmas…
mówię im więc, że dla mnie Świąt specjalnie nie było, bo ani śniegu, ani
rodziny. Na to oni mówią, że oni poszli do kościoła i złożyli ofiary z kokosa…
i wcale nie byli chrześcijanami, po prostu hindusi lubią świętować jakiekolwiek
święto by to nie było czy to katolickie, czy muzułmańskie czy buddyjskie, każda
okazja jest dobra.
Po powrocie do centrum zwinąłem swoje rzeczy i miejską
kolejką przejechałem na stację Kacheguda, gdzie czekał już pociąg do Bangalore.
Noc sylwestrową spędziłem w
nietypowy sposób…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz