poniedziałek, 19 września 2011

Między Jawą a Borneo.


Po wyjeździe z SAIMS zostały mi prawie 2 tygodnie w Indonezji. Wystarczająco żeby zwiedzić jeszcze parę miejsc na Jawie. Pierwszym celem podróży był archipelag Karimunjawa położony na Morzu Jawajskim między Jawą a Borneo. 
Nocnym busem wybrałem się z Surabaji do Jepary, skąd miał odpływać prom na wyspy. Do Jepary dotarłem dość wcześnie – już o 2. w nocy, a prom odpłynąć miał dopiero o 9. Terminal okazał się jednak spory kawałek od portu, musiałem z całym dobytkiem przejść pół miasta na butach. W porcie już około 3. było trochę ludzi. Jako że to środek wakacji z okazji Idul Fitri spodziewałem się, że chętnych na wakacje na wyspach będzie sporo. I miałem rację, z godziny na godzinę przyjeżdżało więcej samochodów - głównie Chińczyków z Dżakarty. Przed 6. wybrałem się sprawdzić czy można już wejść na prom. Strażnik powiedział mi, że nie kupię jednak biletu bezpośrednio przy wejściu na prom i muszę się wrócić do kasy, której nie zauważyłem. Nie miałem ochoty nieść swoich trzydziestu paru kilogramów tam i z powrotem dlatego po prostu zostawiłem je przy drodze, będąc (jak się okazało słusznie) pewien, że nikt tego nie ruszy. 
Kolejka do kas była straszna i każdy kupował kilkanaście biletów. Zaczynałem się denerwować, że nie uda mi się ich dostać. Z zachowaniem porządku w kolejce też było ciężko, co chwilę się ktoś wpychał. Jak byłem bliżej kasy, kilka razy nie wytrzymałem i otworzyłem usta używając dosadnych stwierdzeń, które jednak poskutkowały. Bilet też udało się zdobyć.
Kiedy wszedłem na prom ze swoim dobytkiem, statek był już niemal pełny. Udało mi się ulokować z bagażem na schodach, które okazały się dość dobrym miejscem. Prom odpłynął już o 7.30 zostawiając chyba trochę klientów w porcie, bo był już pełen. Ludzi było na pewno więcej niż może zabrać. Przynajmniej na Zachodzie taki stan by nie przeszedł. Na promie było wesoło. Co rusz ktoś zwracał śniadanie w bardzo emfatycznym stylu. Zepsuły mi się słuchawki, a byłyby nieocenione w tym środowisku… 
Do Karimunjawy dotarliśmy około 13.30 po 6 godzinach. Kolejną kwestią był nocleg, którego nie miałem zarezerwowanego. W porcie powiedzieli mi, że będzie ciężko, bo większość kwater jest zajętych i muszę sam szukać po ludziach. Rzeczywiście początkowo wszystko było zajęte, ale po jakimś czasie natknąłem się na dziadka, który zaprowadził mnie do miejsca, gdzie były jeszcze wolne pokoje w rozsądnej cenie (która i tak była zawyżona – jak wszystko – ze względu na wakacje).
Do domku wprowadzili się jeszcze studenci z Jogjakarty, para Indonezyjczyków i Australijczyk. Towarzystwo się na pewno udało, zwłaszcza, że przyjechali tutaj na motorach i można było wszędzie szybko dotrzeć. Mieli też namiary na kogoś miejscowego, kto organizuje wycieczki łodzią po archipelagu. Tak więc byłem trochę na doczepkę.
Szczerze mówiąc trochę inaczej sobie to miejsce wyobrażałem zwłaszcza po opowiadaniach znajomych. Myślałem, że będzie tak dobrze jak w Sabang, jednak nie było. Morze przy brzegu w wiosce nie nadawało się do pływania. Na szczęście kolejne 2 dni spędziliśmy w większości na łodzi. Najpierw w 4, a potem w 6 – z poznanymi w trakcie dziewczynami z Chile i Anglii. Widoki owszem urocze, lazurowe morze, biały piasek, palmy kokosowe – wszystko jak z folderu dla turystów wybierających się na Malediwy. Mnie jednak najbardziej interesowało to co było pod wodą i tutaj nie było zbyt ciekawie. Owszem korale całkiem w dobrym stanie (w porównaniu do Sabang) i bardzo różnorodne, natomiast ryb było bardzo mało. Żadnych żółwi, ośmiornic, rzadszych okazów ryb. Kiepsko… byłem trochę zawiedziony.
Najciekawszym punktem pierwszego dnia była wizyta w miejscu, gdzie można było popływać z rekinami. Nie były to naturalnie rekiny żarłacze błękitne, ale mimo wszystko miały zęby, chociaż ich nie używały w spotkaniu z ludźmi i raczej unikały kontaktu. Skóra rekina w dotyku jest bardzo specyficzna, głaszcząc "pod włos" jest bardzo szorstka, wręcz ostra, a "z włosem" gładka jak aksamit. Szkoda jednak, że nie można ich było zauważyć w otwartym morzu.
Drugi dzień spędziliśmy podobnie tyle że na innych wyspach archipelagu. Niestety organizatorzy wycieczek mieli bardzo kiepski pomysł zabierając wszystkich w to samo miejsce to tej samej porze. Rajskie plaże w ten sposób były bardzo zatłoczone i ciężko było o prawdziwy odpoczynek w spokoju. Nie uniknęliśmy z dziewczynami próśb o zdjęcia. Prosiliśmy naszych „kapitanów” żeby wzięli nas w miejsca, gdzie nie będzie ludzi, ale rozkładali ręce, że to nie oni decydują tylko zarząd parku. 
Początkowo planowałem, że zostanę na wyspach nawet tydzień, ale szybko z tego planu zrezygnowałem. Jednym z powodów było to, że nie miałem przy sobie wystarczającej gotówki, a bankomaty na Karimunjawę jeszcze nie dotarły. Kartą też nigdzie nie da się jeszcze płacić. Gwoździem do decyzji był fakt, że pod wodą nie było aż tak ciekawie jak się spodziewałem.
Ostatni dzień spędziliśmy na motorach zwiedzając wyspę. Wybraliśmy się na wschód słońca na plażę Nirwana, jednak chmury pokrzyżowały nasze plany. Studenci byli wyposażeni w harcerski zestaw do gotowania i zjedliśmy na plaży skromne śniadanie – ryż, tempe i kawa.
Po drodze dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia prawie 200 osób przymusowo zostało na dzień dłużej na wyspie, bo zabrakło biletów na prom. Jeden z nas wybrał się wcześniej do portu stanąć w kolejce po bilety. Ja zostałem na kwaterze trochę dłużej. Kiedy przyszedłem na 2 godziny przed planowym otwarciem kas, okazało się, że jesteśmy 157. na liście i każdy przed nami chcę po kilka-kilkanaście biletów. Szansę na wypłynięcie marne. Nastroje bardzo nerwowe, bo każdy chce na prom, bo musi do pracy, szkoły czy po prostu musi jechać na Jawę po większe zakupy (wersja dla miejscowych). Największym problemem było, że znajomi studenci byli na motorach. W pewnym momencie powiedziano, że miejsc na motory na pewno już nie ma. Co chwilę pojawiał się ktoś, kto rozprowadzał bilety dla konkretnych ludzi, ale kasy były cały czas zamknięte. 
Doszedłem do wniosku, że czekanie nie ma większego sensu i spróbowałem innego wariantu. Podszedłem do miejsca, gdzie wpuszczali na prom ludzi z biletami i powiedziałem oficerowi, że jutro mam samolot i kończy mi się wiza – muszę wejść na prom. Miałem przygotowaną 2-krotną cenę biletu (wcześniej chcieliśmy kupić bilety za dwukrotną cenę, ale nikt nie chciał odsprzedać – były bezcenne) ale o dziwo wpuszczono mnie za darmo. Czasami wystarczy grzecznie poprosić… 
Prom wcale nie był taki pełny jak w drodze do. Nie rozumiem czemu nie sprzedawano biletów jak należy… Znów prom odpłynął prawie 2 godziny przed czasem. Dopłynęliśmy godzinę po czasie – może wiatr wiał ze złej strony? Nie miało to większej różnicy, bo i tak było bardzo wcześnie. Postanowiłem po drodze na zachód Jawy, zrobić przystanek w stolicy prowincji Jawa Centralna – Semarang. 
Znajomy z Surabaji polecił mi kogoś kto mógł mnie przenocować. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to nie-Indonezyjczyk. Meda pochodzi z Libii, jest na finiszu swoich studiów inżynieryjnych. Okazało się, że w mieście jest kilku Libijczyków, również studentów. Ciekawie było z nimi porozmawiać o sytuacji w ich kraju, o tym jak im ciężko ze świadomością co dzieje się w ojczyźnie.
Meda, podobnie jak ja przywykł na tyle do Indonezji, że daje sobie radę na mieście z motorem. Użyczył mi go na parę godzin, więcej miałem dobrą okazję pozwiedzać miasto w wygodny sposób. 
Semarang położony jest podobnie jak Surabaja na północnym brzegu wyspy nad Morzem Jawajskim. Miasto rozrosło się wokół portu, założonego przez Holendrów. Z czasem zaczęło się rozszerzać na okoliczne wzgórza i dlatego dzisiaj mamy Semarang „Dolny” i „Górny”. Meda mieszkał w   „górach”, ale centrum znajduje się na dole. Jest trochę kolonialnej architektury – niektóre budynki nawet w niezłym stanie. Trafiłem do kilkuwiekowego holenderskiego kościoła w centrum, katedry, głównego meczetu, na targ i to właściwie tyle z ciekawostek miejskich. Na koniec zaopatrzyłem się w bilet na pociąg do Bandunga. Potrzebowałem 8 miesięcy, żeby wsiąść do pociągu w Indonezji… Lepiej późno niż wcale.

niedziela, 18 września 2011

Tam gdzie robi się siarkę.


Nim wyjechałem z Surabaji odwiedziłem jeszcze parę miejsc na Jawie. Najpierw już po raz piąty wybrałem się na Bali, które już powoli mogę stwierdzić, że znam jak własną kieszeń – a przynajmniej południową, najbardziej turystyczną część. W drodze powrotnej postanowiłem zatrzymać się w najbardziej na wschód wysuniętym rejonie Jawy – Banyuwangi. Podróż z Denpasar szła wyjątkowo mozolnie jako że na Jawę wracały setki tysiący Jawajczyków na Idul Fitri – święto wyznaczające koniec ramadanu. 
W porcie Ketapang już po jawajskiej stronie czekał na mnie Supri z CS. Byłem jego pierwszym gościem, więc się bardzo starał pod każdym względem. Banyuwangi okazało się być bardzo rozciągniętym miastem, a Supri z rodziną mieszkał w jego południowej części. W domu bardzo rodzinnie, żona z dziećmi i rodzice. Rodzinnie i gościnnie, czułem się u nich bardzo dobrze.
Następnego dnia Supri wziął mnie i starszą córkę na południe w kierunku oceanu. Plaże w okolicach Grajagan słynną ze swoich fal. Z Bali motorówkami przypływają tutaj miłośnicy surfingu w poszukiwaniu większych wrażeń niż oferuje Kuta. Plaża prezentowała się dość szaro z powodu pochmurnej pogody i ciemnego wulkanicznego piasku. Sporo było rybaków, którzy nie wiem w jaki sposób wypływali małymi łupinkami na wzburzony ocean. Inni łowili ryby zarzucając sieci w oryginalny sposób.
Wybraliśmy się też do nadmorskiego lasu namorzynowego. W porze suchej co prawda nie prezentuje się on zbyt okazale – zamiast wystających z wody mangrowców wszędzie błoto. Widać sporo poskoczków mułowych – ryb, które potrafią oddychać powietrzem. Przeprawiliśmy się łódką przez zatokę oddzielającą las namorzynowy od półwyspu, po drodze mijając rybaków zbierających małże i kraby na płyciźnie. 
Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie przed 5., żeby wybrać się do miejsca, do którego chciałem dotrzeć już od dłuższego czasu. Celem był krater Kawah Ijen. Wybraliśmy się na motorze – droga przez Banyuwangi minęła w porządku, ciekawiej zaczęło się, gdy zaczęliśmy się wspinać w górę. Droga była w tragicznym stanie. Całe szczęście, że wzięliśmy motor z biegami, a nie automatyczny, bo inaczej na pewno nie dalibyśmy rady wyjechać. Pogoda nie była zachęcająca, jednak po dojechaniu do miejsca odkąd zaczyna się wspinaczka przekroczyliśmy granicę chmur i było słonecznie.
Już od samego początku rzucili się w oczy legendarni górnicy siarki. Dzień w dzień na swoich barkach dźwigają 50-80 -kilogramowe worki wypełnione skrystalizowaną siarką. Za marne kilka dolarów pokonują trasę około 5 km, wspinając się najpierw z głębi krateru na jego koronę i schodząc w dół po stromej ścieżce. Nie sposób wyrazić podziwu dla ich pracy, bo jest to katorga.
O atrakcyjności i sławie miejsca może świadczyć liczba zagranicznych turystów jaka zwiedzała to miejsce, porównywalna na Jawie jedynie pewnie z Bromo czy Borobudur. Dno krateru wypełnia szmaragdowe jezioro. Ze względów bezpieczeństwa (silne opary siarki) odradzane jest zejście na samo dno, ale górnicy właśnie stamtąd wynoszą siarkę. Minęliśmy tego dnia około 50 górników i choć widać było zmęczenie i trud na ich twarzach, to większość z nich robiąc przystanki chętna była do rozmowy. To niesamowite jak ludzie w tym kraju bez względu na trudne warunki w jakich żyją, zachowują uśmiech i pogodę ducha.

wtorek, 13 września 2011

Sampai jumpa...


I left Indonesia yesterday. This entry is dedicated for everyone that I’ve met throughout the last 8 months.
The real test of how much I love this country was yesterday. The moment when I had to force myself to not think about leaving and trying to enjoy the last moments. When I crossed the check-in gates I knew it was all over, I knew the doors are closed and I have no idea if I can open them again.
The most amazing thing about my stay in Indonesia were you. All people who made my stay such an unforgettable experience. I know I am not perfect and there were moments when I probably didn’t give the best account of myself. Please forgive me.
I’d like to say that during this time I probably met the kindest, most warm-hearted and helpful people I’ve ever come across. Sure, there were things I didn’t like and at times I would express them. Please don’t hold it against me. As I said many times, I believe that talking about negative things is a way to improve the situation.
But what I will remember were the great moments I’ve had with you. I’ve got dues till the end of my life and I will do my best to pay them with spreading the kindness and doing good deeds to other people I cross on my path.
I’m sitting right now in Dubai airport waiting for my plane further to Istanbul. It feels like I’m on the crossroads of my life again. So many different people surround me that are here for the same purpose. I have no idea what I’m going to do next. I wish I could come back to Indonesia soon, but I don’t know if and when it will be possible. But I trust in God that he will give me an opportunity to come back to what became my second home country. Every single person I met on my way is a reason to come back. 
Keep your fingers crossed for me so it’s possible. I could write forever  but the bottom line is that I’d like to thank you all, without mentioning names. You all know who you are. I love you all, people like you make this world a better place.

TERIMA KASIH.

środa, 31 sierpnia 2011

Goodbye SAIMS...



Coś się musi skończyć, żeby móc zaczęło się coś… Długo walczyłem z myślami, ale w końcu zdecydowałem, że pora na zmiany. Nie wiem czy będą to zmiany na lepsze, ba!... nie wiem w ogóle póki co jakie będą to zmiany. Wiem, że rozdział SAIMS i Surabaja się skończyły.
8 miesięcy, które tu spędziłem ciężko porównać do jakiegokolwiek innego doświadczenia. Byłem tutaj nauczycielem, ale chyba sam więcej się nauczyłem o sobie, życiu, ludziach. Na pewno czuję się teraz silniejszy i pewniejszy swoich wyborów. Dzięki ludziom tutaj nauczyłem się cierpliwości (chociaż daleko mi do poziomu jaki oni reprezentują, że NIC nie wyprowadzi ich z równowagi), uśmiechu (ale mimo wszystko nie potrafię go jeszcze tak dobrze udawać jak oni) i czerpania pozytywów z każdego momentu w życiu. Dalej jednak brakuje mi (i chyba na szczęście) ich beztroskości w codziennym życiu, braku planowania i poczucia humoru graniczącego z infantylnością.
Decyzja chociaż przemyślana, to jednak ostateczna była podjęta pod wpływem impulsu i dlatego dociera do mnie do tej pory. Siedzę teraz ostatnie 3 dni w pustej szkole i wszędzie widzę dzieciaki, których nie ma, bo świętują Idul Fitri (zakończenie ramadanu) z rodzinami. Już ich pewnie nie zobaczę… Chociaż obiecywałem, że wrócę ich odwiedzić. Nie wiem czy będzie to możliwe, na pewno chciałbym… może nie szybko, ale na pewno chciałbym je jeszcze spotkać. Nauczyłem się od nich wielu rzeczy i dały mi niesłychanie dużo satysfakcji.
Ostatni tydzień w szkole był dla mnie bardzo trudny. Większość nie wiedziała, że to moje ostatnie dni, nie chciałem, żeby to stało się wielkim wydarzeniem. Uczniowie pewnie wcześniej coś wiedzieli, ale powiedziałem im o tym osobiście dopiero ostatniego dnia zajęć szkolnych przed wakacjami na koniec ramadanu. Głos mi się trochę łamał żegnając się z nimi. Kilka dni wcześniej na spotkaniu w szkole z koleżanką z konsulatu USA patrzyłem na salę wypełnioną uczniami i ciężko mi było sobie uzmysłowić, że to ostatnie chwile z nimi. Tak dużo czasu z nimi spędziłem, czasami było mi trudno ich ogarnąć, ale będę pamiętać te momenty kiedy śmialiśmy się i żartowaliśmy.
W poniedziałek żegnałem się już na dobre. Dzieciaki nie pytały czy tylko kiedy wracam. Zżyły się ze mną, tak jak z nimi. Dostałem rysunki, zrobiłem ostatnie zdjęcia na pamiątkę. Będę tęsknić. Bardzo.
Nie tylko za szkołą, ale za całym otoczeniem tutaj. Wczoraj po raz ostatni wyszedłem zjeść kolację na ulicę Raya Semampir, gdzie zwykle się stołowałem. Z powodu Idul Fitri większość warungów była zamknięta. Pożegnałem się ze sprzedawcami w Indomarecie i Alfamarcie (coś jak nasze Żabka i Kefirek, są wszędzie), chłopakami w serwisie motorowym i niektórymi po drodze, z którymi czasami zamieniałem parę słów. Będzie mi brakować ich uśmiechniętych twarzy, nawoływania za mną, które czasem mnie drażniło, a czasem było przyjemne.
Przyszedł czas się spakować i ruszyć dalej. Nie wiem jeszcze gdzie, ale jestem pełny nadziei, że któreś drzwi się otworzą. Póki co niedługo zamknę drzwi swojego pokoju w SAIMS, w którym spędziłem 8 miesięcy. Pożegnam się ze strażnikami i pojadę na dworzec autobusowy. Żegnaj Wschodnia Jawo…




Terima kasih untuk semuanya. Aku akan rinddu sekali… Mohon maaf lahir dan batin.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Herbaciane wzgórza


Przepraszam z góry za dłuższą przerwę w pisaniu. Trochę się ostatnio działo w każdym aspekcie, ale o tym później. Najpierw wrócę do przerwanej relacji z Malezji.
Po kilku godzinach w autobusie w arabskim towarzystwie dotarłem na wyżyny Cameron. Krajobraz zmienił dramatycznie z nadmorskich nizin dotarłem na porośnięte dżunglą wzgórza. Z opowiadań znajomych Cameron Highlands wydawały mi się spokojną sielankową wioską, a tymczasem dotarłem do przepełnionego turystami kurortu. Niespecjalnie ta sytuacja mnie cieszyła, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. 
Ulokowałem się w Father’s Guesthouse i jako że była już 3 po południu postanowiłem nie marnować czasu i wybrałem się w bliżej nieznanym kierunku przed siebie. Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarłem do miejsca skąd rozpościerał się wspaniały widok na plantacje herbaty. Rejon ten słynie z upraw tej rośliny, a także owoców takich jak truskawki. Położenie na wysokości około 1000 m npm sprzyja ich wegetacji. Równo przycięte, niskie krzaki herbaty między którymi wiją się labirynty ścieżek są niesamowicie malownicze. Co prawda widziałem już plantacje w tamtym roku w Chinach, ale te wywarły na mnie zdecydowanie większe wrażenie.
W drodze powrotnej do Tanah Rata (jednej z wiosek w rejonie Cameron, gdzie się zatrzymałem) udało mi się złapać stopa, chińską, dość rozmowną parę. Zatrzymaliśmy się na filiżankę w jednej z herbaciarni położonej na wzgórzach z widokiem na plantacje. Chociaż jestem zdeklarowanym kawiarzem, a nie herbaciarzem, to herbata w takim otoczeniu smakuje wyśmienicie. 
Podwieźli mnie potem do samego centrum i jako że w portfelu zrobiło się jakoś tak pusto poszedłem wyciągnąć ringgity z bankomatu. Indonezyjska karta nie chciała współpracować z malezyjskim bankomatem, natomiast polska… hmm po 7 miesiącach niekorzystania z niej zapomniałem PIN, a przynajmniej ten, który myślałem, że jest poprawny nie działał. Nie byłoby większego problemu z jego zmianą, ale w Surabaji zostawiłem polską kartę SIM potrzebną do zmiany PINu. Całe szczęście, że wcześniej kupiłem bilet na autobus do Kuala Lumpur, bo musiałbym liczyć na powrót do stolicy stopem. 
Plan na drugi dzień to wejście na jeden z otaczających wzgórza szczytów. Po drodze od niechcenia spróbowałem bez większej nadziei wyciągnąć pieniądze z innego bankomatu  i tym razem indonezyjska karta zadziałała… Tyle, że niezdarnie przy wpisywaniu kwoty podałem o jedno zero za dużo i zamiast 100, dostałem 1000 ringgitów. Cóż, lepiej mieć więcej niż mniej…
Po uprzednim sprawdzeniu na mapie wybrałem szlak numer 15. W informacji turystycznej niestety nie mieli dostępnych map na sprzedaż (komu potrzebna mapa jak idzie na trekking?) więc na czuja poszedłem przed siebie. Zero jakichkolwiek drogowskazów w którą stronę i jak. Po godzinie marszu drogą asfaltową znalazłem ścieżkę wiodącą w górę i starając się zapamiętać drogę wszedłem w las. Nie była to może sumatrzańska dżungla, ale nie były to też Planty. Z każdym metrem robiło się gęściej i ciemniej i tylko co kilkaset metrów widać było prześwity umożliwiające widok w dół doliny. Przez chwilę rozważałem wariant zostawiania za sobą jakichś śladów, żeby nie zabłądzić, ale na szczęście nie trafiłem na żadne skrzyżowania szlaków. Drzewa porośnięte były niesamowitą ilością porostów co świadczy o czystości powietrza. Oprócz pełzających czarnych wijów i motyli nie napotkałem na praktycznie żadne zwierzęta. Dość przyjemna przechadzka... na pewno lepsze to niż siedzenie z milionem turystów w miasteczku na dole. 
Do hostelu wróciłem około południa, dopakowałem się i po obiedzie czekał na mnie już bus do Kuala Lumpur. Po drodze wpadłem na młodą parę z Polski… już dawno nie wpadłem na żadnych Polaków, więc miło było pogadać.
4 dni w Kuala Lumpur spędziłem dość leniwie. Wcześniej zdążyłem zobaczyć już większość ‘must-sees’. Jednym z niewielu, którego jeszcze nie zaliczyłem były jaskinie Batu znajdujące się na północnym skraju metropolii. Dostać się tam można bardzo wygodnym pociągiem. Co ciekawe pociągi w Malezji mają specjalne wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiety, ba!... na peronie jest też wyznaczone miejsce, gdzie ten wagon się zatrzyma i oczekiwać mogą tam również jedynie kobiety. Co kraj to obyczaj…
Jaskinie Batu to kompleks hinduistycznych świątyń. Do ich wnętrza wiodą strome schody po których szaleją małpy. Zdecydowanie nie są to moje ulubione zwierzęta i one chyba też czują, że za sobą nie przepadamy i dają mi spokój. Znów nie obyło się bez straconych okularów, aparatów i butów… na szczęście nie ja byłem ofiarą. Świątyń w grotach Batu jest kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt, większe i mniejsze. Nie mam większego pojęcia na ich temat, więc nie mogę się więcej na ich temat rozpisać. Natomiast atmosfera wokół jest iście eteryczna i ciężka do porównania. Każda wizyta w hinduskim miejscu utwierdza mnie w przekonaniu, że muszę wcześniej czy później trafić do Indii. Nie straszny mi już jest azjatycki chaos, bród na ulicach i tłumy… Indonezja jest dobrym sprawdzianem.
W Kuala Lumpur czułem się bardzo dobrze i na pewno tam wrócę. Miasto jest w sam raz, ani nie za duże, a nie wioskowate, jest co robić i ciężko się nudzić. Z miastem pożegnałem się w niedzielę, spacerując przez większość dnia po centrum – Bukit Bintang, rejonie Chinatown i rejonie rządowym. Udało mi się też w końcu odwiedzić Meczet Narodowy. Z bardzo ciekawego drzewa genealogicznego 25-ciu proroków ukazanych w Koranie, dowiedziałem się, że wszyscy z nich byli muzułmanami. Problem tkwi w tym, że 24-ech spotykamy w Starym i Nowym Testamencie pod bardziej lub mniej zmienionymi imionami. Ich chronologia jest dokładnie taka sama, więc ciężko o pomyłkę… Cóż, każda religia nagina fakty na swoją korzyść. Ale jak byście nie wiedzieli to Adam i Ewa byli muzułmanami… w konsekwencji Noe, Salomon, wreszcie Jezus też… No więc nam chyba też wypada? Przynajmniej z takiej logiki można to wywnioskować…

wtorek, 2 sierpnia 2011

Melaka & Penang.



Wycieczka do Melaki rozpoczęła się falstartem, za który sam po części sobie jestem winny, bo wyszedłem z domu za późno. Wsiadłem w monorail, a potem musiałem się przesiąść do kolejki miejskiej. A tu zonk. Stacja zamknięta, policja nikogo do środka nie wpuszcza. Powodem – demonstracje w mieście, a raczej utrudnienie demonstrantom dotarcia do centrum. Zablokowano też większość ulic w centrum, nie kursowały autobusy. Pociągi niby chodziły, ale zamknięto stacje transferowe. Pytam się policjanta, jak w takim razie mam dotrzeć na terminal autobusowy. Gość mi odpowiada, że mogę np. wziąć taxi. Biorąc pod uwagę, że ulica na której staliśmy była zablokowana, zapytałem czy ma telefon na taxi helikopterowe, bo obawiam się, że zwykłe mnie stąd nie zabierze. Obruszył się, że to nie jego wina, na co mu odpowiedziałem, że moja tym bardziej, a on reprezentuje władze, które są odpowiedzialne za blokadę centrum i proszę o konkretną informację jak mam dojechać na terminal. Poza taksówką, która nie była żadną alternatywą nie znał innej opcji.
Z desperacji ruszyłem z 15-kg plecakiem w bliżej nieznanym kierunku, przed siebie byleby nie stać w miejscu. Dotarłem do kolejnego miejsca, gdzie byli policjanci i tym razem Ci okazali się bardziej pomocni tym bardziej, że zacząłem mówić w bahasa. Malezyjski i indonezyjski są bardzo podobne. Przez pierwsze dni pobytu w Kuala Lumpur łapałem się na tym, że nonstop pytałem o drogę w bahasa, na co ludzie się uśmiechali i odpowiadali po angielsku. To kolejna nowość w KL po Indonezji, angielski zdecydowanie wystarcza do komunikacji z każdym.  Policjant powiedział mi, że kolejna stacja jest czynna i jak pójdę w tą stronę to za jakieś 20 minut tam dojdę.
I doszedłem. Szybko dojechałem na terminal, duży, nowoczesny, świeżo otwarty, przypominający prawie lotnisko. Podobne terminale widziałem rok temu w Chinach. Autobus też bardzo komfortowy. Do Melaki zaledwie 2 godziny po autostradzie. Ulokowałem się w hostelu w Chinatown poleconym przez Gana. Dość przyjemny, rozmowni właściciele i sympatyczni goście. Nie marnowałem długo czasu, bo dotarłem znacznie później niż planowałem i poszedłem w miasto.
Melaka, od którego to portu wzięła się nazwa cieśniny między Półwyspem Malajskim a Sumatrą, była swego czasu głównym portem rejonu, o kontrolę nad którym walczyło kilka mocarstw. Przechodziła z rąk do rąk. Od miejscowych Malajów, do Portugalczyków, Holendrów, Anglików… Miasto od zawsze z racji swojego położenia na szlaku z Oceanu Indyjskiego na wschód w kierunku Wysp Korzennych i dalej Pacyfiku było mieszanką kultur. I tak zostało do dziś. 
Stare Miasto wygląda jak śmieszna hybryda -  połączenie miasteczka śródziemnomorskiego z holenderskim i chińskim. W centrum jest kilka charakterystycznym kościołów, które świadczą o silnych wypływach kolonialnych. Wiele budynków w centrum ma czerwony tynk. Nad miastem góruje kilka wzgórz – na jednym z nich forteca (a raczej pozostałości) św. Jana, na innym kościół św. Piotra (też ruina). W mieście pełno różnorakich muzeów – zauważyłem, że w Malezji na każdym kroku jest muzeum, często bez specjalnego powodu. Po mieście jeżdżą śmieszne riksze ozdobione kwiatami, a z megafonów płynie muzyka do wyboru, ale dość ograniczonego do wszelkiej maści kiczu. 
Wieczorem na centralnej ulicy Chinatown był targ, na którym można było kupić mydło i powidło. Ludzi masakrycznie dużo. Wydaje mi się, że całe Kuala Lumpur właśnie tutaj przyjechało, chcąc uciec od demonstracji w mieści, bo rano na ulicach rzeczywiście nikogo tam nie było. Jedzenie w Melace jest pyszne – oczywiście nie zdążyłem spróbować wszystkiego, ale spróbowałem słynnych klusek z krewetek. Kuchnia miejscowa to tzw. Baba-Nyonya – fuzja kuchni chińskiej, malajskiej, indyjskiej, portugalskiej i ogólnie rzecz ujmując europejskiej.
Drugiego dnia wybrałem się na spacer dość wcześnie rano. Było świeżo po deszczu, dlatego na ulicach pusto. Postanowiłem się wybrać na wyspę, która według planu była blisko centrum. Plan jednak okazał się mało adekwatny do rzeczywistości i wyspa była dobrą godzinę marszu, a okolica średnio ciekawa. Zabudowa wyspy była dopiero w czasie konstrukcji. Wybrałem się na nią, żeby zobaczyć zbudowany parę lat temu „Pływający Meczet”. Ale jak dureń ubrałem się w krótkie spodenki, więc nawet nie próbowałem wejść do środka. Z zewnątrz dość ciekawie się prezentuje, chociaż to też kwestia upodobań - dla niektórych nowoczesne meczety to szczyt kiczu. Posiedziałem trochę nad brzegiem cieśniny Melaka wypatrując na próżno Sumatry (to najwęższe miejsce cieśniny), ale zaczęły się zbierać chmury, więc w porę zebrałem się przed deszczem.
Po ulewie wybrałem się z powrotem na stare miasto, spacerując wokół kanałów, które trochę przypominają Amsterdam, tyle, że w Holandii raczej w wodzie nie spotkamy waranów. Dotarłem też na wzgórze na którym znajduje się chiński cmentarz. Chińskie grobowce są dość obszerne, bo muszą pomieścić sporą część majątku zmarłego. Po dniu spędzonym w Melace miałem wrażenie, że znam centrum na wylot. Mimo, że niewielkie to jednak bardzo przyjemne i chętnie bym tutaj wrócił.
Do kolejnego punktu – Penang, wybrałem się nocnym autobusem. Na miejsce dotarłem wcześnie rano – około 5. zanim zaczęły jeszcze kursować autobusy miejskie (tak, nie tylko w KL są autobusy miejskie, inne miasta też mają). Moja sąsiadka z autobusu była bardzo zaniepokojona o mój los, biednego chłopca z plecakiem samego w obcym mieście, co też on pocznie i chciała mi zamówić taksówkę, ale podziękowałem jak dowiedziałem się, że do Georgetown, starego centrum wyspy Penang jest dość daleko i kurs będzie drogi. Wolałem poczekać na autobus.
W Penang zatrzymałem się znów na CS. Przygarnął mnie Cheeleong, którego postawiłem na nogi dość wcześnie rano, ale albo naprawdę nie miał nic przeciwko albo po azjatycku nie pokazywał po sobie niezadowolenia. Mieszkałem w samym centrum starego Georgetown na ulicy Armeńskiej – ponoć dawno zamieszkałej, właśnie przez tą narodowość – w artystycznym mieszkaniu, które zdawało się być jak dla mnie wydarte gdzieś z krakowskiego Kazimierza. Cheeleong marzy o otwarciu kafejki i gromadzi antyki, które ktoś inny wyrzuca. Część jego mieszkania jest dość starannie zaaranżowana, a część to magazyn rupieci, na które jeszcze nie znalazł pomysłu. Było to pierwsze tego typu mieszkanie w Azji jakie spotkałem i byłem w nim zakochany. 
Miałem cały jeden dzień na Penang, więc o 8. wybrałem się na miasto, w którym dużo bardziej niż Melace przeważają Chińczycy. Na śniadanie chciałem zjeść coś lokalnego więc poszedłem w rejon ulicznego żarcia, ale niestety z angielskim było ciężko, a mój chiński z tamtego roku gdzieś się rozmył. Tak czy inaczej Chińczycy w Malezji po mandaryńsku za wiele nie mówią, choć owszem go rozumieją – zwykle jednak mówią w lokalnym dialekcie Hokkien, który jest rozpowszechniony w Azji Południowo-Wschodniej. Menu było tylko w znaczkach bez obrazków więc wybrałem coś tam za rozsądną cenę i po 10 minutach dostałem miskę makaronu krewetkowego. Wybór nie najgorszy.
Cheeleong dał mi mapkę centrum z zaznaczonym najważniejszymi budynkami (w większości świątyniami chińskimi), które zdążyłem zaliczyć w 2 godziny, łącznie z przykładami pobrytyjskiej architektury kolonialnej i resztkami fortu. Na mapce wyspy znalazłem park narodowy i postanowiłem uciec od miasta w zielone. Wsiadam do autobusu, a tam kierowca nie chce wydać mi reszty.  W Penang mają dziwny system, że za przejazd trzeba wrzucić odliczoną kwotę do pudełka, a kierowca wydaje bilet, którego nie można kupić nigdzie indziej. Miałem całe 10 ringgitów i kazał mi wysiąść, ale ja spróbowałem popytać o zmianę u współpasażerów. Niestety nikt nie chciał mieć drobnych. Przejechałem parę przystanków, po czym kierowca ostentacyjnie zatrzymał się na środku drogi i kazał mi wysiąść i rozmienić pieniądze. Co kraj to inny obyczaj… autobusowy.
Do parku dotarłem następnym autobusem. Przede mną kilka godzin przez nadbrzeżną dżunglę. Trekking był po Sumatrze średnio challenging, czasami jakaś lina czasami liana do podciągnięcia. Stoczyłem kilka walk na uśmiechy z małpami – gdy pokaże im się zęby zwykle uciekają, chociaż co odważniejsze trzymają pozycję i próbują atakować zwłaszcza jak czują, że mają przewagę liczebną. Plaże w Penang owszem bardzo ładne, ale woda dość brudna i pełno meduz, więc o pływaniu nie było mowy. Dotarłem do północno-wschodniego cypla wyspy na którym znajduje się latarnia. Po drodze wylałem z siebie hektolitry potu.
Na plażach było sporo rodzin arabskich. Standardowo wygląda to tak – tatuś w szortach ze sporą ilością wszelkiej biżuterii i w średnio gustownym ubraniu, ale ważne, że zachodniej marki; mamusia – ubrana na czarno od stóp do głów z zakrytą twarzą, a na nosie często okulary z Prady, D&G czy temu podobnych zakrywające resztę twarzy i zgraja dzieciaków płci obojga robiących dokładnie cokolwiek im się podoba.
Wieczorem wróciłem do centrum i nim Cheeleong wrócił z pracy miałem jeszcze do załatwienia kupno adaptera, który jest Malezji niezbędny do wtyczek. Obowiązuje tutaj brytyjski system kontaktów i nasze wtyczki wymagają specjalnego adaptera, który nie znajduje się w posiadaniu większości miejscowych, dlatego trzeba się w takowy zaopatrzyć. Potem wyszliśmy z Cheeleong na chińskie żarcie i tym razem już nie musiałem się martwić, że dostanę niechcianą niespodziankę, tym bardziej, że poszliśmy na tzw. gorący kociołek, który w Pekinie mi nie przypadł do gustu, ale tu jak najbardziej.
Z Penangu nie chciało mi się tak szybko wyjeżdżać, bo znaleźliśmy z Chee sporo wspólnych tematów do rozmów, a jeden wieczór to zdecydowanie za mało do omówienia wszystkiego. Ale wcześniej kupiłem już bilet na wzgórza Cameron, więc trzeba było ruszać w drogę. Autobus był podstawiony pod agencję w centrum, gdzie kupiłem bilety. Oprócz mnie pasażerami było kilka rodzin arabskich wyglądających właśnie tak jak opisałem wyżej. Jeden z nich był wyjątkowo drażniący, bo wypytywał się właścicielkę agencji o różne pierdoły jak np. rodzaj opon autobusu i temperaturę klimatyzacji. Gdy autobus spóźnił się o kilka minut (przyjechał ostatecznie może 10 minut później) zaczął panikować, a gdy dojechał zajął ze swoją świtą nie te miejsca, które powinien, ale naturalnie nie miał ochoty się z nich ruszyć, gdy dosiedli się klienci z właściwymi biletami. Generalnie rzecz biorąc nie są to ludzie, z którymi ma się ochotę spędzać wakacje… Niestety był to szczyt arabskiego sezonu.

czwartek, 28 lipca 2011

Kuala Lumpur czyli Malezja to czy Chiny, a może Indie?


Już trochę minęło odkąd wróciłem z wakacji do Surabaji, a do tej pory nie napisałem jeszcze co robiłem po Banda Aceh. Dopadło mnie jakieś choróbsko po powrocie, więc mam teraz trochę czasu, żeby nadrobić. Nie sposób opisać dzień po dniu co się działo, bo działo się dużo, ale postaram się w skrócie przekazać swoje ważniejsze refleksje.
Pobyt na wyspie Weh, był zdecydowanie najprzyjemniejszym momentem moich wakacji. Żadne opowiadania, ani zdjęcia nie są w stanie oddać atmosfery tego miejsca. To było 5 dni spędzonych w raju, z dala od zgiełku dużych miast w sielskiej, wiejskiej atmosferze nad brzegiem Oceanu. Powiedziałbym, że na 100% tam wrócę, ale takich miejsc w Indonezji jest mnóstwo… może są nawet lepsze. Nim wrócę na Sabang, pewnie warto sprawdzić inne.
Wróciłem na jedną noc do Banda Aceh, a następnego dnia miałem już samolot do Malezji. Po drodze zdążyłem zwiedzić meczet Baiturrahman – legendę Banda Aceh. Tsunami, które spustoszyło całe miasto pozostawiło go prawie nietkniętym, a wewnątrz schronienie znalazło setki ludzi. Meczet wyraźnie wyróżnia się w mieście, które rzeczywiście nie jest miejscem dla koneserów architektury miejskiej.
Na lotnisku poznałem się z Kazachami, którzy przyjechali do Sabang na wakacje. Trochę się zdziwiłem, że znali to miejsce, o którym naprawdę niewiele słyszało – okazało się, że mieszkali w jednym bloku z dyplomatą indonezyjskim, który poradził im to miejsce na spokojny wypoczynek.
Tak więc po 6 miesiącach przyszedł dzień kiedy musiałem opuścić Indonezję. Najważniejszym powodem było więc wyrobienie nowej wizy, ale przy okazji nie chciałem zmarnować okazji na zwiedzenie kawałka kraju. Pierwszy raz od pół roku za granicą, wreszcie na kontynencie. Malezja mimo, iż w moim subiektywnym odczuciu (biorąc choćby pod uwagę rozmiary kraju) ma dla turystów mniej do zaoferowania, lepiej ich tutaj ściąga. Przede wszystkim dobra reklama, zarówno w Azji jak i Europie. Tanie linie lotnicze AirAsia mają swoją bazę właśnie w Kuala Lumpur co sprawia, że tutaj swoją podróż po Azji rozpoczyna większość backpackersów. Ale przede wszystkim to brak wiz. Ot pieczątka na lotnisku starcza na 3 miesiące. A jak chcemy dłużej siedzieć w Malezji, to busem do Singapuru na jeden dzień i z powrotem dostajemy pieczątkę na 3 miesiące.
Po 6 miesiącach w Indonezji, Kuala Lumpur wydawało mi się Nowym Jorkiem. Na ulicach czysto (jak na Azję), większość ruchu stanowią samochody osobowe a nie motocykle, jest transport publiczny, pełno wieżowców i nikt się na mnie nie gapi. Z jednej strony fajnie, ale jakoś takie nie swojo. Tak czy inaczej na kilka dni zapomniałem o indonezyjskim rozgardiaszu (który bardzo lubię).
Na ulicach Kuala Lumpur Malajowie wcale nie stanowią większości. Powiedziałbym, że liczebnie przewyższają ich spokojnie zarówno Chińczycy i Hindusi. Sporo również białych, o dziwo również czarnych. Nic dziwnego, że żadnej atrakcji nie sprawiałem. Jedynie raz ktoś poprosił mnie o zdjęcie… jak się potem okazało byli to Indonezyjczycy.
Pierwsze kroki w czwartek skierowałem do ambasady i jak się też spodziewałem otrzymanie wizy było formalnością. Nie pytali nawet co na miejscu robię. Wiza do odbioru następnego dnia. Miałem więc 2 dni na zwiedzenie miasta. Wizytówką Kuala Lumpur są bliźniacze wieże Petronas Towers, które przez kilka lat od 1999 roku były najwyższymi budynkami na świecie. Przyjeżdżając do KL miałem dziwne i mylne wrażenie, że poza Petronas Towers specjalnie więcej wieżowców nie ma. Są i to wcale niebrzydkie i w ilości większej niż 90% europejskich metropolii. Oj, tak azjatyckie miasto w tej kategorii biją starą Europę na głowę. W budowie drugie tyle.
Centrum KL nie jest zbyt wielkie i do większości atrakcji turystycznych można dojść pieszo i ‘zaliczyć’ je w jeden dzień. Przyjemną odmianą w KL jest to, że na większości ulic są chodniki i można pospacerować po mieście, co w Surabaji do przyjemności nie należy, a raczej do sportów ekstremalnych. Wygodnym środkiem transportu do poruszania się po mieście (a przynajmniej po centrum) jest system kolei miejskiej.
Popołudnie spędziłem w rejonie placu niepodległości z ciekawą kolonialną architekturą. Na placu znajduje się ponoć najwyższy na świecie maszt flagowy. Biorąc pod uwagę jednak, że Malezyjczycy lubią naginać fakty na swoją korzyść o czym przekonałem się jeszcze bardziej w Muzeum Narodowym następnego dnia, nie jestem do tego w 100% przekonany. Rejon ten ma bardzo dużo architektury kolonialnej w całkiem niezłym stanie. W Indonezji niestety raczej nie dba się o to dziedzictwo i większość budynków niszczeje. Pospacerowałem też po dzielnicy hinduskiej i chińskiej. Wieczór spędziłem na gapieniu się na podświetlone Petronas Towers. Jest jakaś magia w tym budynku, który przyciąga wzrok.
W piątek odwiedziłem rejon parkowy z pomnikiem niepodległości. Chciałem też wstąpić do Meczetu Narodowego, ale mimo, że przyszedłem tam na długo przed piątkowymi modlitwami to meczet był dla turystów zamknięty. Dookoła sporo było policji, co dało mi do zrozumienia, że w mieście coś się szykuje. Istotnie dowiedziałem się, że na kolejny dzień planowane są spore demonstracje i policja postawiona jest w centrum w stan gotowości. Doradzono mi też, żebym się nie ubierał w żółte koszulki, ani w czerwone… Żółci są za rządem, czerwoni to protestanci (albo odwrotnie) tak czy siak jest szansa dostać w zęby. Dobrze, że ani na żółto ani na czerwono ubierać się nie lubię.
Trochę czasu spędziłem w Muzeum Narodowym. Mój host Gan, odradzał mi je mówiąc, że nudne, ale okazało się, że ostatnio przeszło lifting i jest bardzo nowocześnie i ciekawie urządzone, z wieloma interakcyjnymi bajerami. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, zwłaszcza dla Indonezyjczyków na przykład, że Sumatra, Jawa czy ba, nawet Bali są zamieszkiwane przez potomków Malajów. Było jeszcze sporo tego typu ciekawostek, które na wypadek odwiedzin indonezyjskiej grupy turystów mogą wywołać zamieszki nie mniejsze niż planowane na dzień kolejny.
Gan wziął mnie do typowej indyjskiej restauracji. To był moje pierwsze spotkanie z hinduską kuchnią – może poza curry i ciapatami. Dużo ryżu, curry, ostro i jemy łapskami. Ale smakowało. Jako, że było to piątek przyszło nam się w drodze przeciskać między modlącymi się Hindusami-muzułmanami, którzy rozścielali swoje dywaniki wprost na środku chodnika i byli dość oburzeni jak się koło nich przechodziło. Malezja może jest bardziej rozwiniętym od Indonezji krajem, ale muzułmański konserwatyzm bardziej tutaj się rzuca w oczy. Takiej sytuacji jeszcze nie widziałem w Indonezji, nawet w Aceh.
Po południu przyszedł czas odebrać wizę. Po drodze miałem zabawna sytuację, bo ktoś nadepnął mi na buta (chodzę tutaj praktycznie tylko w japonkach) i mi się rozleciał na dobre. Dzielnica biznesowa, sklepów raczej brak, nie mówiąc już o stoiskach z japonkami, których zwykle jest wszędzie pełno, ale oczywiście nie wtedy kiedy ich najbardziej potrzeba. Cóż… doczłapałem do ambasady, na bosaka by mnie nie wpuścili. Postarałem się jakoś zakamuflować niedoskonałość buta udając, że kuśtykam, wizę odebrałem, a buta cisnąłem do pierwszego kosza i z podniesioną głową w jednym klapku poszedłem szukać sklepu z butami. Zeszło mi prawie godzinę. Poprawiłem swoim widokiem humor paru przechodniom. Nazajutrz planowałem wyjazd do Melaki… ale nie obeszło się bez przygód.