czwartek, 28 lipca 2011

Kuala Lumpur czyli Malezja to czy Chiny, a może Indie?


Już trochę minęło odkąd wróciłem z wakacji do Surabaji, a do tej pory nie napisałem jeszcze co robiłem po Banda Aceh. Dopadło mnie jakieś choróbsko po powrocie, więc mam teraz trochę czasu, żeby nadrobić. Nie sposób opisać dzień po dniu co się działo, bo działo się dużo, ale postaram się w skrócie przekazać swoje ważniejsze refleksje.
Pobyt na wyspie Weh, był zdecydowanie najprzyjemniejszym momentem moich wakacji. Żadne opowiadania, ani zdjęcia nie są w stanie oddać atmosfery tego miejsca. To było 5 dni spędzonych w raju, z dala od zgiełku dużych miast w sielskiej, wiejskiej atmosferze nad brzegiem Oceanu. Powiedziałbym, że na 100% tam wrócę, ale takich miejsc w Indonezji jest mnóstwo… może są nawet lepsze. Nim wrócę na Sabang, pewnie warto sprawdzić inne.
Wróciłem na jedną noc do Banda Aceh, a następnego dnia miałem już samolot do Malezji. Po drodze zdążyłem zwiedzić meczet Baiturrahman – legendę Banda Aceh. Tsunami, które spustoszyło całe miasto pozostawiło go prawie nietkniętym, a wewnątrz schronienie znalazło setki ludzi. Meczet wyraźnie wyróżnia się w mieście, które rzeczywiście nie jest miejscem dla koneserów architektury miejskiej.
Na lotnisku poznałem się z Kazachami, którzy przyjechali do Sabang na wakacje. Trochę się zdziwiłem, że znali to miejsce, o którym naprawdę niewiele słyszało – okazało się, że mieszkali w jednym bloku z dyplomatą indonezyjskim, który poradził im to miejsce na spokojny wypoczynek.
Tak więc po 6 miesiącach przyszedł dzień kiedy musiałem opuścić Indonezję. Najważniejszym powodem było więc wyrobienie nowej wizy, ale przy okazji nie chciałem zmarnować okazji na zwiedzenie kawałka kraju. Pierwszy raz od pół roku za granicą, wreszcie na kontynencie. Malezja mimo, iż w moim subiektywnym odczuciu (biorąc choćby pod uwagę rozmiary kraju) ma dla turystów mniej do zaoferowania, lepiej ich tutaj ściąga. Przede wszystkim dobra reklama, zarówno w Azji jak i Europie. Tanie linie lotnicze AirAsia mają swoją bazę właśnie w Kuala Lumpur co sprawia, że tutaj swoją podróż po Azji rozpoczyna większość backpackersów. Ale przede wszystkim to brak wiz. Ot pieczątka na lotnisku starcza na 3 miesiące. A jak chcemy dłużej siedzieć w Malezji, to busem do Singapuru na jeden dzień i z powrotem dostajemy pieczątkę na 3 miesiące.
Po 6 miesiącach w Indonezji, Kuala Lumpur wydawało mi się Nowym Jorkiem. Na ulicach czysto (jak na Azję), większość ruchu stanowią samochody osobowe a nie motocykle, jest transport publiczny, pełno wieżowców i nikt się na mnie nie gapi. Z jednej strony fajnie, ale jakoś takie nie swojo. Tak czy inaczej na kilka dni zapomniałem o indonezyjskim rozgardiaszu (który bardzo lubię).
Na ulicach Kuala Lumpur Malajowie wcale nie stanowią większości. Powiedziałbym, że liczebnie przewyższają ich spokojnie zarówno Chińczycy i Hindusi. Sporo również białych, o dziwo również czarnych. Nic dziwnego, że żadnej atrakcji nie sprawiałem. Jedynie raz ktoś poprosił mnie o zdjęcie… jak się potem okazało byli to Indonezyjczycy.
Pierwsze kroki w czwartek skierowałem do ambasady i jak się też spodziewałem otrzymanie wizy było formalnością. Nie pytali nawet co na miejscu robię. Wiza do odbioru następnego dnia. Miałem więc 2 dni na zwiedzenie miasta. Wizytówką Kuala Lumpur są bliźniacze wieże Petronas Towers, które przez kilka lat od 1999 roku były najwyższymi budynkami na świecie. Przyjeżdżając do KL miałem dziwne i mylne wrażenie, że poza Petronas Towers specjalnie więcej wieżowców nie ma. Są i to wcale niebrzydkie i w ilości większej niż 90% europejskich metropolii. Oj, tak azjatyckie miasto w tej kategorii biją starą Europę na głowę. W budowie drugie tyle.
Centrum KL nie jest zbyt wielkie i do większości atrakcji turystycznych można dojść pieszo i ‘zaliczyć’ je w jeden dzień. Przyjemną odmianą w KL jest to, że na większości ulic są chodniki i można pospacerować po mieście, co w Surabaji do przyjemności nie należy, a raczej do sportów ekstremalnych. Wygodnym środkiem transportu do poruszania się po mieście (a przynajmniej po centrum) jest system kolei miejskiej.
Popołudnie spędziłem w rejonie placu niepodległości z ciekawą kolonialną architekturą. Na placu znajduje się ponoć najwyższy na świecie maszt flagowy. Biorąc pod uwagę jednak, że Malezyjczycy lubią naginać fakty na swoją korzyść o czym przekonałem się jeszcze bardziej w Muzeum Narodowym następnego dnia, nie jestem do tego w 100% przekonany. Rejon ten ma bardzo dużo architektury kolonialnej w całkiem niezłym stanie. W Indonezji niestety raczej nie dba się o to dziedzictwo i większość budynków niszczeje. Pospacerowałem też po dzielnicy hinduskiej i chińskiej. Wieczór spędziłem na gapieniu się na podświetlone Petronas Towers. Jest jakaś magia w tym budynku, który przyciąga wzrok.
W piątek odwiedziłem rejon parkowy z pomnikiem niepodległości. Chciałem też wstąpić do Meczetu Narodowego, ale mimo, że przyszedłem tam na długo przed piątkowymi modlitwami to meczet był dla turystów zamknięty. Dookoła sporo było policji, co dało mi do zrozumienia, że w mieście coś się szykuje. Istotnie dowiedziałem się, że na kolejny dzień planowane są spore demonstracje i policja postawiona jest w centrum w stan gotowości. Doradzono mi też, żebym się nie ubierał w żółte koszulki, ani w czerwone… Żółci są za rządem, czerwoni to protestanci (albo odwrotnie) tak czy siak jest szansa dostać w zęby. Dobrze, że ani na żółto ani na czerwono ubierać się nie lubię.
Trochę czasu spędziłem w Muzeum Narodowym. Mój host Gan, odradzał mi je mówiąc, że nudne, ale okazało się, że ostatnio przeszło lifting i jest bardzo nowocześnie i ciekawie urządzone, z wieloma interakcyjnymi bajerami. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, zwłaszcza dla Indonezyjczyków na przykład, że Sumatra, Jawa czy ba, nawet Bali są zamieszkiwane przez potomków Malajów. Było jeszcze sporo tego typu ciekawostek, które na wypadek odwiedzin indonezyjskiej grupy turystów mogą wywołać zamieszki nie mniejsze niż planowane na dzień kolejny.
Gan wziął mnie do typowej indyjskiej restauracji. To był moje pierwsze spotkanie z hinduską kuchnią – może poza curry i ciapatami. Dużo ryżu, curry, ostro i jemy łapskami. Ale smakowało. Jako, że było to piątek przyszło nam się w drodze przeciskać między modlącymi się Hindusami-muzułmanami, którzy rozścielali swoje dywaniki wprost na środku chodnika i byli dość oburzeni jak się koło nich przechodziło. Malezja może jest bardziej rozwiniętym od Indonezji krajem, ale muzułmański konserwatyzm bardziej tutaj się rzuca w oczy. Takiej sytuacji jeszcze nie widziałem w Indonezji, nawet w Aceh.
Po południu przyszedł czas odebrać wizę. Po drodze miałem zabawna sytuację, bo ktoś nadepnął mi na buta (chodzę tutaj praktycznie tylko w japonkach) i mi się rozleciał na dobre. Dzielnica biznesowa, sklepów raczej brak, nie mówiąc już o stoiskach z japonkami, których zwykle jest wszędzie pełno, ale oczywiście nie wtedy kiedy ich najbardziej potrzeba. Cóż… doczłapałem do ambasady, na bosaka by mnie nie wpuścili. Postarałem się jakoś zakamuflować niedoskonałość buta udając, że kuśtykam, wizę odebrałem, a buta cisnąłem do pierwszego kosza i z podniesioną głową w jednym klapku poszedłem szukać sklepu z butami. Zeszło mi prawie godzinę. Poprawiłem swoim widokiem humor paru przechodniom. Nazajutrz planowałem wyjazd do Melaki… ale nie obeszło się bez przygód.

niedziela, 3 lipca 2011

Co zostało po tsunami.

Joe po raz kolejny okazał się nieocenionym przyjacielem, zebrał mnie z bliżej nieokreślonego miejsca w Medanie, gdzie kierowca busa zdecydował się zakończyć swój kurs (to też typowa indonezyjska przypadłość busiarzy, nigdy nie wiadomo gdzie dotrzemy, a o czasie można jedynie samemu spekulować). Upewniłem się raz jeszcze, że nie dam rady dojechać do Takengon tego samego dnia. Szkoda mi było zostać jeszcze jeden dzień w 2-milionowym Medanie, w którym mimo, że ciekawszy niż Surabaja to i tak nie ma specjalnie co robić, tym bardziej, że miałem w perspektywie rajskie plaże na północy Sumatry. Po drodze udało się w końcu znaleźć deficytowy towar – pocztówki, których Indonezyjczycy nie kupują dlatego ciężko je dostać, nawet w księgarni. Joe odwiózł mnie na miejsce, gdzie wcześniej kupiłem bilet do Banda Aceh. Pożegnaliśmy się po raz drugi i wsiadłem do minibusa, który odwiózł mnie na dworzec autobusowy. Naturalnie byłem jedynym białym (już się do tego przyzwyczaiłem i mówiąc szczerze, dobrze się w tej roli czuję), udającym się w tym kierunku. Mimo wszystko ludzie raczej mnie nie zaczepiali i dobrze, bo w planie miałem spać, ale nic z nich nie wyszło. Przekoczowałem więc w autobusie nocnym 12 godzin. Droga bardzo dobra, bo świeżo odbudowana. A czemu? No właśnie i tutaj się zaczyna opowieść o Aceh…
Od kiedy zdecydowałem się przyjechać na Sumatrę, postanowiłem nie jechać na południe, gdzie większość turystów do Padang czy na wyspę Nias, tylko na północ do Aceh, gdzie do tej pory funkcjonuje surowe prawo Szariatu, a jeszcze do niedawna cudzoziemcy byli zobowiązani otrzymać od władz specjalne pozwolenie na wjazd. Powoli Aceh stara się inwestować w turystykę, bo predyspozycje ma wielkie, ale jest ich mimo wszystko dalej niewiele.
Pewnie sporo z nas pamięta jak w 2. dzień Świąt Bożego Narodzenia 2004 roku jedno z największych tsunami w ostatnich latach nawiedziło rejon Azji Południowo-Wschodniej. Wszyscy słyszeli o tym, że ucierpiała Tajlandia i jej kurorty jak na przykład Phuket, gdzie odpoczywa tysiące Europejczyków i Amerykanów. Tam były kamery i o tym dowiedział się świat. Jednak tak naprawdę tsunami uderzyło najpierw w Indonezję, północny czubek Sumatry – prowincję Aceh, jedną z biedniejszych w kraju. Szacuje się, że w całej prowincji zginęło około 200 tysięcy ludzi, a w samym mieście Banda Aceh około 70 tysięcy. 
Dotarłem do miasta około 8. nad ranem, z dworca odebrał mnie Ollie, kolejny CSer. Przejechaliśmy przez miasto, które wygląda poza kilkoma ulicami w centrum jak duża wioska. Drogi w najlepszym stanie jakie spotkałem na Sumatrze, a może nawet w Indonezji (chyba, że poza Bali), nic dziwnego – odbudowę po tsunami zaczęto od infrastruktury, dróg, sieci, szkół i szpitali. Joe z Medanu, sporo mi o tym opowiadał, bo przez 4 lat pracował w Aceh dla Caritas, które starało się odbudować szkolnictwo w rejonie. Zniszczeń w mieście widać, jeszcze bardzo dużo. Widać ruiny porzuconych budynków, sterczące pręty z murów po zbrojeniach, sporo gruzów. Pełno jest osiedli jednakowych, jednorodzinnych domków, które zostały wybudowane dla rodzin, które straciły swoje domy w tsunami.
Nic dziwnego, że miasto zostało dosłownie zmyte z powierzchni ziemi. Leży ono nad brzegiem Oceanu Indyjskiego na płaskim jak talerz terenie, może nawet depresyjnym. Na południu miasto okalają majestatyczne wzgórza. Niektóre z nich mają liczne osuwiska, które wydają się być świadectwem starcia z niszczącą falą tsunami. Pojechaliśmy z Ollim najpierw do podnóża wzgórz, gdzie znajduje się malutkie jeziorko o szmaragdowej barwie, a następnie na plażę położoną za wzgórzem nieopodal kurortu (kurort jak na Aceh, bo są tam jacykolwiek turyści) Lampu’uk o której mało kto wie. Mając taką plażę jak ta jedynie dla siebie nie chce się już niczego więcej. Kolor wody lazurowy, dookoła wzgórza porośnięte tropikalnym lasem, palmami kokosowymi, w wodzie pełno ryb. Do pełni szczęścia potrzebowałbym tylko, żeby ocean był trochę spokojniejszy, bo fale dość wysokie a niedaleko od brzegu sporo skał, dlatego z pływaniem kiepsko. Po wizycie na plaży jak ta chyba na dobre wybiłem sobie Bali z głowy, a podobno są jeszcze lepsze miejsca w Aceh.
W Banda Aceh spędziłem kilka dni na właściwie nic nie robieniu, oprócz wizyty na tzw. secret beach nieopodal Lampu’uk i zwiedzaniu ważniejszych atrakcji miasta. Odwiedziłem miejsce, gdzie fala tsunami zniosła sporo łódź na dach domu. Byłem też w bardzo ciekawym muzeum tsunami, otwartym w tym roku. Architektura budynku przypomina kształtem wielką łódź, powiedziałbym Arkę Noego, ale to przecież muzułmanie. Wewnątrz ściana pamięci, z nazwiskami ludzi, którzy zginęli podczas tsunami, sporo eksponatów i film dokumentujący wydarzenia z 24.12.2004. Niestety pomimo bardzo nowoczesnej formy prezentacji, nie zadbano żeby ekspozycja była w języku angielskim.
Po 3 dniach w Banda Aceh, miałem już trochę dosyć miasta i zdecydowałem jechać wcześniej niż planowałem i na dłużej na wyspę Weh. Jest to najbardziej na północ wysunięty punkt Indonezji. Na wyspę dostałem się promem z Banda Aceh, przejazd trwa jakieś 2 godziny, a potem mototaxi jeszcze 30 minut nim dotarłem do Iboih, gdzie właśnie jestem.
Nie będę zbyt wiele pisał o tym miejscu, bo będziecie za bardzo zazdrościć. Siedzę sobie właśnie w hamaku patrzę na lazurową lagunę Oceanu Indyjskiego w której są tysiące kolorowych ryb. Można spotkać żółwie, ośmiornice i inne ciekawe morskie stworzenia. Raj. Dobrze, że jeszcze będę tutaj parę dni.

środa, 29 czerwca 2011

Skarb Sumatry w krainie Bataków.


Po powrocie do Medanu z Bukit Lawang, którą tą znowu pokonałem lokalnym busem wzbudzając niemniejsze zainteresowanie niż w drodze do, spotkał mnie znów Joe i wziął do domu wujka. Wieczór spędziłem na praniu swoim rzeczy przesiąkniętych potem po trekkingu i rozmowach o życiu. Następnego dnia miałem się wybrać nad jezioro Toba na kilka dni. Zapytałem kurtuazyjnie Joe’go czy się ze mną nie wybierze, oczekując odpowiedzi negatywnej, bo był tam pewnie kilkaset razy, ale powiedział, że w sumie jest weekend i sam nie ma co robić.
Tak więc wybraliśmy się razem. Znów lokalnym autobusem, ale tym razem już większym, z miejscem dla 60 pasażerów. Teoretycznie. Bo praktycznie było ich chyba koło 100, plus wszelkiego rodzaju dobytek, kury, ryby, owoce, telewizory, a na każdym przystanku wchodzili sprzedawcy przeciskając się przez korytarz oferując  napoje, jedzenie czy papierosy. No właśnie, papierosy. Na Sumatrze chyba nie ma ludzi niepalających. Co prawda kobiety raczej nie palą, ale często kobiety z wiosek żują betel, a potem mają piękne czerwone uśmiechy. Mężczyźni palą wszyscy co do jednego, łącznie z chłopcami od wieku, powiedzmy, lat 12-13. Dużo i wszędzie, w busie też. Myślę, że na Sumatrze wypalam dziennie pasywnie 2 paczki co najmniej. Nie ma co zwracać uwagi, bo podobno można naprawdę wywołać niezłą awanturę.
Ludzie zamieszkujący teren na południe od Medanu i wokół jeziora Toba to Batakowie. W większości to chrześcijanie, przeważnie protestanci. Mówią swoim językiem, zupełnie niepodobnym do indonezyjskiego. Pozdrawiają się zwrotem ‘Horas’ a dziękuję w ich języku to ‘Mauliate’. Tyle zdążyłem się nauczyć. Joe sam jest Batakiem, ale w domu mówili raczej po indonezyjsku, więc jego znajomość języka jest dość pasywna. Ludzie jednak próbowali z nim rozmawiać w języku miejscowym, a gdy się mylił to się obruszali, że nie jest prawdziwym Batakiem. Ogólnie ludzie na Sumatrze, nie tylko Batakowie są raczej mniej uprzejmi niż Jawajczycy. Częściej podnoszą głos, częściej używają niecenzuralnych wyrażeń, jednak raczej nie obrażają się na siebie i negatywnych emocji jest mimo wszystko mniej niż u nas. Do życia podchodzą z humorem o zabarwieniu lekko kłótliwym.
Około 4. wieczorem dotarliśmy na wzgórza z których rozciągał się widok na jezioro Toba i powoli zaczęliśmy serpentynami zjeżdżać w dół. Jezioro Toba to największe jezioro nie tylko w Indonezji, ale całej Azji Południowo-Wschodniej. Powstało w wyniku gigantycznej erupcji, która miała miejsce około 70 tyś lat temu. Był to największy wybuch wulkanu w historii względnie ujmując rodzaju ludzkiego. To co zostało z wulkanu, który z pewnością był jednym z największych jakie znajdowały się na globie to wyspa Samosir znajdująca się na środku jeziora. Toba bez wątpienia przypominało mi Bajkał, nad którym byłem niemal równo rok temu (jak czas leci!). Zbocza porośnięte w większości sosnami schodzą stromo w dół aż do jeziora. Gdyby nie to, że niżej są też palmy i bananowce, to można by śmiało pomylić te jeziora. Oczywiście Bajkał jest jednak zdecydowanie większy i głębszy, chociaż głębiny Toba też sięgają kilkuset metrów. Przed godziną 5. wsiedliśmy na prom w Parapat i z workiem mango, zakupionych po drodze do portu odpłynęliśmy do Tuk Tuk, gdzie mieliśmy upatrzony nocleg. Nad portem ukazał się ciekawy widok aż 4 tęcze po obydwu stronach. Hostel okazał się być bardzo miło ulokowany w ogrodzie, a domki w których mieszkaliśmy były zbudowane w stylu miejscowym, z charakterystycznymi dachami piętrzącymi się w górę.
Sobotę spędziliśmy na wycieczce po wyspie. Po kąpieli w jeziorze, wynajęliśmy motor i pojechaliśmy najpierw na północ. Dla Joe’go co ciekawe to też była nowość, bo wcześniej był tylko w Tuk Tuk i sąsiednim Tomok na wyspie. Mieliśmy w planie znalezienie jego wioski, z której pochodzą jego przodkowie o tym samym nazwisku, o którym wspominali mu rodzice, jednak nigdy tam nie byli. Batakowie podobnie jak my w Europie, jednak inaczej niż większość Indonezyjczyków, mają swoje nazwiska i przy zapoznawaniu się to właśnie z nazwiska się przedstawia a nie z imienia.
Dotarliśmy do Ambarita, miejsca gdzie rezydował miejscowy ‘raja’ czyli król wioski. Każda wioska miała swojego króla w przeszłości, jednak ten z Ambarita zdawał się mieć szczególną władzę na wyspie. Batakowie przed przybyciem misjonarzy wyznawali animistyczne religie, i właściwie do dzisiejszego dnia jest trochę ludzi, które je praktykuje, a nie brakuje również chrześcijan, którzy zabarwiają swoje wyznanie rytualnymi praktykami (a czym są nasze wianki czy dziady?) Co ciekawe Batakowie byli również niegdyś kanibalami. Nie zjadali się ot tak jednak nawzajem. Byłem w miejscu gdzie do tej pory znajduje się tron króla, miejsca dla sądu i przestępcy. W zależności od kalibru zbrodni był on bądź solidnie torturowany bądź torturowany, zabijany, ćwiartowany i nadjadany. Zjadano ponoć jego wątrobę, serce, mięśnie rąk i twarzy, resztę wyrzucano do jeziora, ale potem przez 7 dni nie można było w nim się kąpać, prać czy łowić ryb.
Ciekawy jest też obrządek pochówku. Groby Bataków Toba nie znajdują się na cmentarzach, ale rodziny mają swoje własne grobowce na wzgórzach, które wyglądają jak małe domki. Pogrzeb to wielka okazja w wiosce, ale zależy w jakim wieku się danemu człekowi zmarło. Jeśli przedwcześnie i zostawił nieżonate lub niemężate dzieci, to znaczy, że nie wypełnił misji na świecie i pogrzeb był na smutno, prosząc by odszedł w spokoju i nie dawał złego przykładu. Jednak gdy zmarł ktoś, kto wypełnił rodzinne obowiązki to była to okazja do świętowania i proszenia o powtórzenie wzorca dla potomnych. Pogrzeby co prawda nie są tak uroczyste jak u słynnych Toradźów z Sulawesi, do których też muszę się wybrać, ale są wielką fetą. Co ciekawe zwykle ma się więcej niż jeden pogrzeb. Początkowo trumnę z całym ciałem grzebie się nisko, ale po kilku latach można ją odkopać i szczątki przenieść poziom wyżej. Wszystko zależy od majętności rodu – im bogatsza tym większy grób i wyżej położony.
Znaleźliśmy wioskę Joe’go - Simarmata, który był wyraźnie poruszony widząc swoje nazwisko wyryte na charakterystycznym pomniku z wizerunkiem swoich przodków. Napis w języku Bataków głosił, że potomkowie mają obowiązek zachowania ich w pamięci. Dalej ruszyliśmy w stronę stałego lądu przejeżdżając przez most na drugą stronę. Tak właściwie to wyspa Samosir była kiedyś półwyspem, ale kilkaset lat temu dla ułatwienia żeglugi Holendrzy przekopali kanał. Dotarliśmy do gorących źródeł u stóp wzgórza z którego wydobywały się opary siarki przypominając, że jest to teren wulkaniczny. Wróciliśmy na wyspę starając się odszukać skryte w środku wyspy jezioro. To ciekawe że na wyspie Sumatra znajduje się jezioro Toba, na którym jest wyspa Samosir, na której jest jezioro Sidihoni. Jest jeszcze podobne miejsce na świecie? Wyprawa w głąb wyspy była wyzwaniem dla kierowcy i motoru i cieszyłem się, że Joe pojechał ze mną nad jezioro Toba, bo inaczej wiele bym nie zobaczył. W centrum wyspy ludzie i wioski zdecydowanie biedniejsze, wyraźnie dominuje prymitywne rolnictwo. Dużo charakterystycznych bawołów, drobiu, świń. Uprawiają wszystko od warzyw przez kawę po drzewa owocowe – zwłaszcza pełno mango, na które był właśnie sezon i którego zjadaliśmy kilogramy codziennie do momentu kiedy ręce tak nam się kleiły od soku, że trzeba było je jak najszybciej umyć. Po odnalezieniu jeziora, które okazało się skromnym stawem, postanowiliśmy zjechać na brzeg jeziora ze wzgórz, co okazało się sporym wyzwaniem (fizycznie i logistycznie). Ale co tam to dla nas. Przy okazji znaleźliśmy się w lesie eukaliptusowo-sosnowo-palmowo-bananowym (chyba jedyne takie miejsce na świecie) i mogliśmy podziwiać jezioro z majestatycznych wzgórz. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Tomok, kulturalnym centrum wyspy, żeby obejrzeć grób jednego z królów ludu Batak-Toba i stare oryginalne domy Bataków (których tak naprawdę widziałem już pod dostatkiem). Wieczorem byliśmy padnięci, ale po krótkiej drzemce wybraliśmy się do hotelu obok, gdzie zorganizowano koncert pieśni i tańców ludowych Bataków. Ciekawe stroje i pieśni, równie oryginalne tańce. Szczerze mówiąc Batakowie i rejon jeziora Toba przypominają mi trochę Boliwię, w której jeszcze nie byłem, ale jakieś tam zdjęcia widziałem.
W niedzielę zebraliśmy się rano, żeby zwiedzić inne okolice jeziora. Nie mieliśmy odwagi, żeby wykąpać się w jeziorze jak mieliśmy w zwyczaju w dni powszednie, bo noc była dość chłodna. Pogoda za to dopisywała, bo dnia poprzedniego było pod chmurą. W słoneczny dzień jezioro wygląda zdecydowanie mniej jak Bajkał, a bardziej tropikalnie. Po przeprawie promem udaliśmy się w kierunku autobusu do Pematangsiantar, po drodze zatrzymując się na śniadanie w warungu. Sąsiadka stoiska, handlarka mango usiłowała nam wcisnąć owoce, dając nam ich spróbować. Rzeczywiście były słodkie i kupiliśmy kilogram. Później w busie okazało się, że połowa była zepsuta…
W autobusie tym razem miejsc już siedzących nie było, więc tym razem przyszło nam stać w ścisku na jednej nodze z bagażami, ale przynajmniej tylko godzinę, potem zmieniliśmy środek transportu na minibus, który zawiózł nas do celu. A raczej prawie. Do wodospadu Sipiso-Piso, trzeba było podejść jakieś 30 minut. Na miejscu dość przypadkowo spotkaliśmy inną CSerkę Novę z rodzeństwem i razem poszliśmy w stronę wodospadu. Sipiso-Piso spada pionową około 200-metrową ścianą wody z północnych wzgórz okalających jezioro Toba. Jego nazwa w miejscowym języku znaczy ‘jak ostrze noża’. Postanowiliśmy zejść stromymi schodami w dół do samego miejsca gdzie woda tworzy jeziorko i daje początek strumieniowi. Droga dość karkołomna zwłaszcza, że było świeżo po deszczu. Już z daleka wodospad wytwarza własny deszcz, który zmoczył nas niemal do suchej nitki.
Drogę do Berastagi, kolejnego celu podróży pokonaliśmy najpierw na becak – czyli rikszy, która na Sumatrze jest wyłącznie motocyklowa. Wsiedliśmy w piątkę do jednej budząc konsternację prowadzącego. Resztę drogi pokonaliśmy dwoma busami. Do Berastagi, miasteczka będącego centrum Bataków-Karo, mówiących swoim odrębnym językiem i posiadającym odrębne zwyczaje, dotarliśmy już po zmroku. Nova z bratem i siostrą wracali już do Medanu i Joe postanowił wrócić razem z nimi. Odprowadziłem ich do busa, na którego trzeba była trochę czekać i po pożegnaniu, zabrałem się za planowanie co tu zrobić na Sumatrze dalej.
Nazajutrz zostawiłem plecak w hostelu i wybrałem się w kierunku wulkanu Sibayak dominującego nad miasteczkiem. Tak właściwie to jednak tego dnia to nad Berastagi dominowały jedynie chmury. Po rozmowie dnia poprzedniego z sąsiadami z hostelu, którzy wybrali się na pobliski wulkan i przemokli do suchej nitki, przez deszcz, który ich złapał po drodze, odechciało mi się wspinaczki. Właściciel hostelu też odradzał samotne wejście, pokazując listę osób, którzy w ten sposób zginęli. Mimo wszystko postanowiłem się wybrać przynajmniej do miejsca w którym kończy się las i zaczyna wspinaczka. Po drodze spotkałem sporo miejscowych, którzy byli dość serdecznie nastawieni do spotkania z białasem, który już się trochę opalił i już taki wcale biały nie jest. Zatrzymałem się kilka razy na chwilę rozmowy. Ciekawi są co to za kraj Polska, coś tam słyszeli, ale niewiele, zwykle o Wałęsie, chrześcijanie także o papieżu i że byliśmy kiedyś w ZSRR… no cóż, wypada ich w takim wypadku jedynie sprostować. Nie wiem czy wszyscy napotkani na ulicy ludzie wiedzieliby którego kraju kolonią była niegdyś Indonezja. No właśnie którego? Kto pierwszy wyśle na mojego maila poprawną odpowiedź dostanie pocztówkę z Sumatry.
Droga przez dżunglę wiodła asfaltową szosą, jednak widoki niemal jak w Bukit Lawang. Słychać odgłosy gibbonów i innych małp, miejscowi powiedzieli mi, że głęboko w lesie można też spotkać orangutany. Sporo ptactwa, wydającego niesamowite dźwięki, ciekawa roślinność, zwłaszcza porosty na drzewach i paprocie wielkości średniego drzewa oraz motyle wielkości sporego ptaka. Jak dla mnie raj. Doszedłem do momentu, gdzie kończyła się droga bita i zaczynało się podejście na wulkan, którego szczyt na chwilę wyłonił się z chmur. Z dala słychać jednak było nadchodzącą burzę i dałem sobie chyba słusznie spokój i zszedłem inną ścieżką, w stronę gorących źródeł, które są chyba przy każdym wulkanie.
W drodze powrotnej do Berastagi postanowiłem spróbować po raz kolejny w Indonezji stopa i rzeczywiście, długo nie musiałem czekać. Już drugi kierowca zatrzymał się i zabrał mnie do środka. Minivanem jechała cała rodzina pochodzenia arabskiego, nie mówili prawie wcale po angielsku, więc przyszła pora się wykazać, zwłaszcza, że Joe w poprzednie dni mnie sporo podszkolił. Naturalnie ciekawi byli wszystkiego co i jak i po co i dlaczego. Nie tylko zabrali mnie do centrum miasteczka, ale zaoferowali pokazanie kilku lokalnych miejsc, których nie ma w przewodnikach, między innymi buddyjską świątynię, która nieco przypomina miniaturę złotej pagody w Rangunie, a także miejscową zabudowę wiejską. Dachy ludu Batak-Karo kompletnie się różnią od Batak-Toba. Są bardziej wieżyczkowate i przypominają nieco architekturę wikingów, albo Rohanu z Władcy Pierścieni. Rodzina zostawiła mnie przy miejscowym targu owocowym. Oczy zjadły by wszystko. Są owoce, o których istnieniu wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Kupiłem po kilogramie mango i mangis i po ustaleniu, że nie dam rady jak planowałem wcześniej dostać się bezpośrednio nad jezioro Takengon tego wieczoru, postanowiłem udać się z powrotem do Medanu.

niedziela, 26 czerwca 2011

Spotkanie z orangutanami w sumatrzańskiej dżungli


Po prawie 6 miesiącach znów jestem w Polsce… ale tej sumatrzańskiej. Lotnisko w Medanie – największym mieście Sumatry, stolicy prowincji Sumatra Północna – nosi nazwę Polonia. Wzięła się ona od Polaka, który był właścicielem plantacji na miejscu, której zbudowano później port lotniczy. Na lotnisku czekał już na mnie Joe, znajomy z CS. Wsiedliśmy na motor i pojechaliśmy do centrum, gdzie ma stoisko gastronomiczne w centrum handlowym. Medan – a przynajmniej jego centrum – szczerze mówiąc przypadł mi do gustu bardziej niż Surabaja. Jest trochę architektury kolonialnej, są też budynki w tradycyjnym sumatrzańskim stylu. Ogólnie nie jest to najbrzydsze miasto, chociaż miasta indonezyjskie nie powalają na kolana. Przekonałem Joe’go, że warto czasami zsiąść z motoru i zrobiliśmy rundkę po mieście, spacerując po centrum. Dotarliśmy do największych atrakcji miasta – meczetu Raya i pałacu sułtana. Turystów dość niewiele, chociaż więcej niż w Surabaji. Ludzie na ulicy z wyglądu trochę różnią się od Jawajczyków. Zdecydowanie mniej jest muzułman. Owszem jest ich dość sporo, ale nie 90% jak na Jawie. Właściwie ludność Batak, która jest rdzennie z tych okolic to chrześcijanie (protestanci). Jest też sporo Hindusów i Malajów, których w Surabaji prawie nie ma. Noc spędziłem w domu za kościołem metodystów, gdzie Joe tymczasowo mieszka z rodziną wujka, który jest pastorem.
Moim pierwszym celem po Medanie, była wizyta w Bukit Lawang. Wioska położona o 2,5h drogi z Medanu na północ, u stóp łańcucha górskiego, porośniętego przez las deszczowy, który jest schronieniem dla ostatnich na Ziemi tygrysów i nosorożców sumatrzańskich, które jednak są praktycznie nie do wypatrzenia. Co ściąga turystów to populacja orangutanów, które można tam spotkać. Do Bukit Lawang chciałem dostać się lokalnym busem. Joe podrzucił mnie na stację, ale na miejscu przekonywali mnie, że mimo iż była ledwie 10. rano to wszystkie busy już ‘habis’ – czyli na dziś skończone. Wystarczyło odejść trochę dalej i miejscowi powiedzieli mi, że muszę podejść trochę dalej do sygnalizacji świetlnej i stamtąd odjeżdżają mikrobusy do Bukit Lawang. Tak też i było. Bus załadowany do ostatniego miejsca. Byłem jedynym białym, więc wzbudzałem trochę sensacji. A biały mieszkający w Indonezji i mówiący po indonezyjsku to już w ogóle cyrk z małpami. Więc pierwszą godzinę spędziłem na udzielaniu wywiadów. Na jednej ze stacji wsiadł facet w moim wieku bądź delikatnie starszy. Oczywiście zaciekawiony moją egzystencją zapytał co robię łamaną angielszczyzną. Odpowiedziałem po indonezyjsku i nawiązaliśmy rozmowę o wszystkim i niczym przez większość drogi. Przed samym wyjściem zapytałem go co właściwie robi w Bukit Lawang. Okazało się, że jest przewodnikiem po dżungli. Chcąc wejść do Parku Narodowego Gunung Leuser trzeba iść z przewodnikiem. Zapytałem więc o cenę i wynegocjowałem sporą zniżkę, ale Jansen poprosił, że w razie gdy ktoś mnie zapyta ile zapłaciłem mam podać cenę standardową. Zgodziłem się na jego usługi, chociaż do dyspozycji w Bukit Lawang jest ponad 150 przewodników, a ja wybrałem pierwszego, który się nawinął. To czym mnie przekonał to to, że nie był nachalny i wcale nie oferował się mi od samego początku jako przewodnik – właściwie ja sam go zapytałem.
Po ulokowaniu się w dość spokojnym hostelu, pospacerowałem po okolicy. Wioska jest położona nad brzegiem wartkiego górskiego strumienia. Na przeciwnym brzegu piętrzą się wzgórza, które porasta las deszczowy, który zdaje się wprost zwalać na wioskę. Kilkusetmetrowa ściana lasu deszczowego, pełna różnorakich odgłosów budzi wyobraźnię. Przez rzekę przerzucone są 2 mosty linowe – jeden dość solidny, drugi to po prostu połączone deski zawieszone na drucie przerzuconym ponad rzeką. Wiele turystów nie decyduje się na wejście do dżungli, które wymaga trochę kondycji i żeby zobaczyć orangutany udaje się do miejsca, gdzie 2 razy dziennie są one dokarmiane przez strażników parku. Zastanawiałem się czy się tam nie wybrać, jednak Jansen powiedział, że to strata pieniędzy, bo jest szansa, że zobaczymy je z bliska w dżungli (w co mówiąc szczerze początkowo nie chciało mi się do końca wierzyć), a ostatnio orangutany przestały przychodzić na darmowe posiłki, bo jest sezon na owoce i mają ich pod dostatkiem. Z drugiej strony uprzedzał mnie, że nic nie gwarantuje, to jest dżungla i może być różnie, możemy nic nie zobaczyć, jeśli nie będziemy mieć szczęścia i to się zdarza.
Trekking miał się zacząć w środę rano. Obudziłem się dość wcześnie i zrobiłem sobie spacer w górę rzeki. Wioska budziła się dość powoli do życia, na brzegu rzeki po jednej stronie ludzie robili poranną toaletę, bo drugiej stronie makaki. Koło 9. zadzwonił do mnie Jansen, żebym się spakował i zaraz wychodzimy. W mojej grupie był Szkot i Holenderka w podobnym wieku. Pierwszym przystankiem była plantacja kauczukowca. To co rzuca się w oczy na Sumatrze, to wielkie plantacje – droga z Medanu do Bukit Lawang to jedna wielka plantacja palmy oleistej. W Bukit Lawang u podnóża wzgórz przed parkiem narodowym uprawia się kauczukowiec, z którego mamy gumę. Sumatra to ponoć jedna wielka plantacja, większość towarów eksportowych Indonezji pochodzi właśnie z tej wyspy. Sporo jest też kakao. Po drodze był też lokalny tytoń, cynamon, goździki, gałka muszkato
łowa. Po drodze napotkaliśmy langury – małpy endemity, występujące tylko tutaj – były w dość dużej grupie, ciekawie ubarwione z irokezem na głowie. Po 30 minutach marszu weszliśmy do dżungli. Powietrze stało się cięższe i wilgotniejsze, ale temperatura nie była aż tak wysoka. Szybko można się zorientować, że to nie spacer po Plantach, tylko niezły wysiłek, a mimo wszystko jest to najłatwiejsze miejsce dla turystów, którzy chcą ‘skosztować dżungli’.  Nie minęła godzina a udało się zobaczyć pierwsze orangutany, jednak wysoko na drzewach matka z kilkuletnim dzieckiem, które było już całkiem samodzielne. Program ochrony orangutanów sumatrzańskich rozpoczęto w 1971 roku i od tego momentu ich populacja niemal się podwoiła. Już wtedy wydawało mi się, że został wykonany plan minimum, widziałem prawdziwego orangutana na wolności. Niedługo później udało się wypatrzyć, a najpierw usłyszeć gibony charakterystycznie nawołujące się w dżungli. Śmigały w koronach drzew przenosząc się z niezwykłą gracją z drzewa na drzewo. Były jednak dość wysoko. Około południa mieliśmy przerwę na owocowy lunch – mango, banany i markizy. Połączyliśmy się z innymi przewodnikami w jedną większą grupę, w której zostaliśmy do następnego dnia (tak, nocowaliśmy też w dżungli). Jeden z przewodników zauważył następnego orangutana. Tym razem jednak samotna samica zeszła z drzewa nisko jakby na nasze żądanie. Była niemal na wyciągnięcie ręki. To niesamowite spotkanie, uczucie, które ciężko opisać, kiedy ta człekokształtna małpa patrzy prosto w oczy starając się odczytać nasze myśli, imitując ludzkie ekspresje. Mimo tego, że starają się czasem dotknąć nas, przewodnicy nie pozwalają na kontakt. W ten sposób można im przekazać nasze choroby, na które orangutany są nieodporne, a podobno ich system odpornościowy nie jest najlepszy. Udało się spotkać jeszcze jedną samicę, która zeszła równie blisko i została z nami na niemal godzinę, okrążając nas ze wszystkich stron. Mówiąc szczerze ciężko opisać emocje, które towarzyszą takiemu spotkaniu, ale jest to przeżycie, które nie da się porównać z niczym innym i na pewno tego nigdy nie zapomnę.
Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc. Obozowisko było położone nad strumieniem. Dookoła sporo małp, które czyhały na kąski po kolacji, a przy rzece spacerowały spokojnie 2-metrowe warany, które zachowywały spokojny dystans od nas a my od nich. Po wyczerpującym trekkingu przyjemnie było wskoczyć do krystalicznie czystej górskiej wody. Przewodnicy przygotowały skromną, ale jak na dżunglowe warunki dobrą kolacje, poopowiadali trochę o sobie i dżungli i poszliśmy spać.
Obudziłem się wcześnie przed 6. Ledwie świtało – na drzewach makaki już czekały na śniadanie. Z dżungli dochodziły jeszcze odgłosy nocne, które działały na wyobraźnię pod namiotem wcześniej, ale słychać już też było odgłosy poranku, szczególnie charakterystyczne nawoływania gibbonów. Co ciekawe w dżungli nie było sporo komarów, za to sporo świetlików. Po śniadaniu czas wybrać się z powrotem do dżungli – plan na dzisiaj to wejście na najwyższe wzgórze w okolicy i potem zejście do rzeki, po której mieliśmy spłynąć z powrotem do wioski. Wejście na górę było dość wyczerpujące. Wysoka wilgotność i temperatura dawały się we znaki i wszyscy wylewali hektolitry potu – oprócz przewodników, dla których to był chleb powszedni. Zrobiliśmy sobie przerwę na złapanie oddechu na kilkanaście minut. Dzień wcześniej przewodnicy opowiadali nam o orangutanie o imieniu Mina, legendzie dżungli. Była pierwszym orangutanem wypuszczonym z centrum rehabilitacji na wolność, jednak jest dość agresywna w stosunku do ludzi. Wielu miało z nią fizycznie do czynienia. Podobno kilka miesięcy temu niemiecki turysta wszedł do dżungli bez przewodnika i napotkał Minę, wrócił do Bukit Lawang ze złamanym ramieniem. Terytorium za rzeką, na którym się znajdowaliśmy należało właśnie do Miny. W czasie postoju zauważyłem kątem oka, że ktoś się do nas zbliża, ale myślałem, że to jeden z przewodników. Rzut oka i okazało się, że to właśnie Mina. Szła do nas powoli, ale pewnie z dzieckiem na grzbiecie. Przewodnicy krzyknęli, żebyśmy bez paniki odeszli na parę kroków do tyłu i spróbowali ją obejść. Orangutanica usiadła na konarze na którym wcześniej siedzieliśmy i domagała się jedzenia. Normalnie orangutanów nie wolno karmić w dżungli, ale Mina jest wyjątkiem. Kiedy nie dostanie jedzenia, nie odpuści i może być agresywna, dlatego idąc do lasu przewodnicy muszą mieć przy sobie trochę owoców i marchewek, które lubi. To było niesamowite spotkanie, jej bardzo ekspresywna twarz wzbudzała naprawdę strach. Przewodnicy pozwolili nam ją poobserwować z dystansu, ale po kilku minutach kazali nam iść w górę, a sami zostali z nią, żeby się upewnić, że nie będzie nas śledziła. Mieliśmy sporo szczęścia, że ją spotkaliśmy podczas postoju, a nie w czasie wspinaczki, bo mogło być bardziej niebezpiecznie.
Ze szczytu wzgórza roztaczał się widok na dżunglę otaczającą nas ze wszech stron. Potem ścieżka wiodła już tylko w dół. Trekking w dżungli to dość wymagająca fizycznie rozrywka, jednak to niesamowite jak dżungla umożliwia w miarę swobodne poruszanie się. Wzgórza porośnięte drzewami są pełne niby schodów z korzeni, dookoła liany po których czasami trzeba było się podciągnąć bądź zsunąć na poziom niżej. Małpi gaj.
Na dole czekała nagroda kąpiel w chłodnej górskiej wodzie i obiad, po którym czekał nas rafting w dół rzeki. Nasze rzeczy zostały spakowane w szczelne worki, a sami w bieliźnie wsiedliśmy na opony, po których spłynęliśmy w stronę Bukit Lawang, co trwało mniej więcej godzinę. Były to dwa dni, które na długo zostaną w mojej pamięci.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Pół roku w Azji...


Minęło już prawie pół roku odkąd jestem w Azji. Właściwie powinienem opisać co robiłem w maju, jakie nowe miejsca zobaczyłem, ale będzie jeszcze chyba pora żeby napisać o Yogyakarcie, stolicy centralnej Jawy, a o Bali już pisałem.
Chyba pora na trochę wolnych przemyśleń, jakie przychodzą po kilku miesiącach w oceanie jakim jest Azja. Bo Azja to nie jest zwykłe miejsce, tu się tak po prostu nie da tylko przyjechać na trochę. W Azji człowiek się topi, ale z przyjemnością. To niesamowity ocean kultur, kolorów, zapachów, smaków, ludzi, przyrody.
Nie można też mieć chyba jednoznacznej opinii o tak niesamowicie zróżnicowanym kontynencie. Zresztą tak naprawdę to niewiele jeszcze widziałem i każde nowe miejsce, które odwiedzam otwiera mi oczy jeszcze szerzej. Rzeczy których kocham w Azji i Azjatach jest wiele, szczerze mówiąc jest też sporo, których nie lubię, ale do wszystkiego w życiu można, a czasem nie ma wyjścia i trzeba się przyzwyczaić.
Co takiego tutaj lubię. Różnorodność. To nie mieszanka kultur Europy Zachodniej złożonych z imigrantów, którzy przybyli za chlebem w ostatnim wieku, a czasem w ostatnich dekadach. Ta mieszanka ludzi jest tutaj od wieków. Azja, a nawet sama Indonezja, która jest chyba dobrym odzwierciedleniem tego kontynentu to wielkie pole do popisu dla antropologów i etnografów.
Otwartość ludzi. Ludzie są niezwykle przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem, do obcych i ogólnie do życia. Chyba gdzieś to zgubiliśmy w Europie, nie wiem czy uda nam się to znaleźć. Mnie samemu też ciężko przychodzi przestawienie się na takie lekko frywolnie optymistyczne podejście do życia, ale pewnie po powrocie zderzę się z powagą zachodniej kultury, więc nie wiem czy jest sens.
Grzeczność i uprzejmość. Indonezja to nie Japonia, ale Jawajczycy zdają się być najuprzejmiejszym narodem z jakim miałem do czynienia. Nie chodzi tylko o czystą ludzką życzliwość, ale sposób w jaki się do siebie zwracają. Rzadko ludzie zwracają się do siebie po imieniu – zwykle imię poprzedza tytuł w zależności od pozycji czy wieku. Dla mężczyzn/chłopców – bapak/mas, dla kobiet/dziewcząt – ibu/mbak. Na początku mojego pobytu dziwiłem się, że wszyscy mówią do mnie per ‘mister’ i poprawiałem, żeby zwracali się do mnie po imieniu, że nie trzeba mówić do mnie per pan. Po kilku miesiącach widzę, że tutaj po prostu inaczej się nie da. Starsi cieszą się dużym szacunkiem u młodszego pokolenia. Nie można od tak uścisnąć ręki kogoś starszego. Dzieci w szkole na przykład na znak szacunku przykładają dłoń nauczyciela do policzka, bądź czoła a czasem całują. Ludzie podając sobie ręce po uścisku przykładają swoją prawą dłoń do klatki piersiowej.
Oprócz tego ludzie są niesamowicie taktowni w swoim zachowaniu. Gdy ktoś przechodzi obok osoby starszej bądź siedzącej należy powiedzieć ‘permisi’ – przepraszam. Jeśli chce się rozpocząć posiłek czy też opuścić pomieszczenie, bądź wrócić do domu należy o tym oznajmić i poczekać na pozwolenie. Gdy usłyszymy – silakan bądź jawajską wersję monggo – możemy robić co zaplanowaliśmy.
Piękno przyrody. Nie da się ani słowami, ani zdjęciami opisać jak niektóre miejsca są piękne. Sporo ludzi tutaj nie zdaje sobie sprawy w jakim raju przyszło im żyć i go niszczą.
Nie da się pominąć rzeczy, które w Azji mogą nas drażnić. O braku punktualności już pisałem kilka razy – prawie wcale mnie już nie rusza oczekiwanie na kogoś ponad godzinę. Ludzie tutaj są bardzo pomocni jeśli zajdzie potrzeba i w większości przypadków bezinteresowni (oprócz miejsc typowo turystycznych, gdzie ludzie żyją z turystów). Mimo wszystko jednak warto polegać na sobie, niż czekać na to, że ktoś dotrzyma tutaj słowa – skleroza jest tutaj bardzo powszechna w każdym wieku.
Niedawno miałem pierwszą sytuację, w której naprawdę się na kogoś wściekłem, a poszło o rzecz o którą nie mogłoby chyba pójść w Europie. To, że świadomość historyczna jest tutaj na znacznie dalszym planie niż jest to u nas zdążyłem zauważyć i zaakceptować jednak, nie mogę zaakceptować jeśli ktoś otwarcie przyznaje się do bycia zwolennikiem treści nazistowskich i jawnie ogłasza Hitlera za swojego idola, mimo wcześniejszego wytłumaczenia, że w ten sposób obraża mnie, mój kraj i moją rodzinę. Machnąłbym mimo wszystko na to ręką, gdyby nie fakt, że osoba ta jest nauczycielem historii. Dalszy komentarz jest zbędny, jak i interakcja z nim.
Muszę powiedzieć, że nie przypadło mi do gustu również miejscowe poczucie humoru, dość powierzchowne. Sam jestem osobą o bardzo sarkastycznym humorze i często odbijam się z nim jak o ścianę, bo nikt go tutaj nie rozumie. A żarty na poziomie zerówki mnie niestety nie bawią…

Mimo wszystko jednak myślę, że dobrze się tutaj odnalazłem i szczerze mówiąc wyobrażam sobie zostać tutaj dłużej. Szkoła chce, żebym został tutaj na kolejny rok, a ja nie wiem jeszcze jaką podejmę decyzję. 4 tygodnie w podróży, które zaczynam właśnie teraz czekając na lotnisku na samolot na Sumatrę mam nadzieję będzie wystarczającym czasem na przemyślenie swojej sytuacji i podjęcie decyzji co dalej. A jeśli nie Indonezja to co… a raczej gdzie?

poniedziałek, 2 maja 2011

Lombok - wyspa szczęścia.


góra Agung na Bali
Czasami decyzja o miejscu podróży podjęta w ostatnim momencie okazuje się strzałem w dziesiątkę. Spotyka się czasem ludzi, którzy są dla nas początkowo obcy, lecz gdy się z nimi rozstajemy są dla nas prawie jak rodzina. Tak było tym razem...
Po powrocie z Celebesu, nie bardzo wiedziałem w którą stronę jechać, bo wcześniejsze plany z różnych powodów nie mogły być zrealizowane. Zmarnowanie tygodniowych wakacji w Surabaji nie wchodziło w rachubę. Przypomniałem sobie, że koleżanka kiedyś wspomniała, że ma rodzinę na wyspie Lombok i w razie potrzeby mogą mi pomóc. Krótka wymiana SMSów i okazało się, że da rady. Nie przepakowałem nawet plecaka tylko ruszyłem na dworzec autobusowy w stronę Bali. 
10 godzin w autobusie jakoś minęło dość szybko, następnie bemo (miejscowy minibus) do portu Padang Bay i prom na wyspę Lombok. Prom stary. Po napisach domyśliłem się, że z Korei... pewnie tam nadawał się na złom, ale tutaj jeszcze się nadaje do użytku. Dystans około 70 km pokonał w niespełna 4 godziny. Po drodze można podziwiać majestatyczną górę Agung - najwyższy szczyt Bali 3142 mnpm, a jak ma się szczęście statkowi towarzyszą delfiny. Mnie udało się jednak tylko zobaczyć drobniutkie latające rybki, które wyskakują ponad powierzchnię wody i przez kilkadziesiąt sekund machając przerośniętymi płetwami piersiowymi są w stanie unieść się nad wodą. 
Z portu Lembar na Lombok odebrał mnie Vian ze swoją żoną i przywiózł do domu rodziców. Mimo, że nasza SMS-owa komunikacja była po indonezyjsku, to jednak okazało się, że całkiem nieźle Vian radzi sobie z angielskim, podobnie jego mama. O gościnności indonezyjskiej już pisałem, ale za każdym razem jestem niesamowicie zaskoczony jak bardzo otwarci są tutaj ludzie. Czasami ich gościnność jest aż krepująca, ale taka jest ich natura. Robią po prostu wszystko by goście byli zadowoleni, a gościowi pozostaje tylko korzystać.
Okolice Senggigi
Duży dom był zamieszkany przez matkę z ojcem oraz sporą menażerię, kota, żółwia i sporo papug. Ojciec okazał się być jednym z redaktorów lokalnej gazety Lombok Post. Już pierwszego dnia zwiedziłem biuro i drukarnie gazety. Vian z żoną mieszkali kilka kilometrów dalej we własnym małym domku razem z prawie 2-letnią córką Azrą, która zdecydowanie była głównym decydentem w całej rodzinie.
Nie dość, że miałem zapewnione królewskie warunki, to nie musiałem się martwić co robić z czasem, bo przed moim przyjazdem ułożyli już plan na cały tydzień co i kiedy będziemy zwiedzać. Na drugi dzień więc odwiedziłem kilka szkół, w których dziennikarze mieli cykl warsztatów dla uczniów szkół średnich na temat dziennikarstwa, przy okazji pokazując im trochę Polski.
W małpim lesie
Następnie wybraliśmy się w okolicę słynnej plaży Senggigi. Jest naturalnie piaszczysta i jak do tej pory jest moim numerem 1 jeśli chodzi o plaże w Indonezji. Dookoła porośnięta lasami z palm kokosowych, spokojna (sezon póki co jeszcze niski), z pobliskich wzgórz roztacza się wspaniały widok na plażę i strome zbocza, w oddali widać szczyt góry Agung na Bali. Wracając przejechaliśmy przez małpi las Pusuk, zatrzymując się na sesję z małpami, które na szczęście były mniej agresywne niż na Bali.
Lombok to niesłychanie piękna wyspa i w porównaniu z Bali wypada bardzo na korzyść. Mniej turystów, spokojniej na ulicach, bardziej zielono i mniej śmieci. Na wyspie sporo jest lasów palm kokosowych, które nadają jej bardzo tropikalny wygląd. Większość ludzi na wyspie to muzułmanie, jednak jest też sporo hindusów. Miejscowa ulica na swój „lombocki” charakter, który jest jakby połączeniem Bali z Jawą. Mówi sie, że na Lombok można znaleźć Jawę i Bali, ale próżno szukać Lomboku na Bali czy Jawie. Ludność Lombok to oprócz miejscowych, którzy mówią w języku sasak, sporo Jawajczyków i Balijczyków. Są też ludzie z Sumbawy, która jest kolejną wyspą w archipelagu Nusa Tenggara albo jak kto woli Małych Wysp Sundajskich.
W środę wybraliśmy się z połową redakcji na raj dla plażowiczów, imprezowiczów i snorklowiczów – wyspy Gili, a konkretnie na największą z nich Gili Trawangan. W miejscowym języku Gili to mała wysepka, których dokoła jest setki, ale trzy małe wysepki, które tworzą mały łańcuszek na morzu na północny zachód od Lombok są ulubionym miejscem wycieczek. Podróż małą łódką z portu Bangsal na Trawangan, trwa jakieś 30 minut.
Gili Trawangan
Wysepka byłaby rajem, gdyby nie trzeba było się nią dzielić ze sporą ilością białych turystów. Chyba za bardzo dostosowałem się do jawajskich klimatów, bo jak znajdę się w miejscu gdzie nie jestem jedynym białasem, to zaczynam się czuć dziwnie. Nikt się na mnie nie gapi, nikt nie zaczepia… co jest? Mniej więcej 20 lat temu wysepki Gili zostały odkryte przez backpackersów i od tego czasu to oni na nich rządzą. Na Gili jedynym środkiem transportu są własne nogi, ewentualnie bryczka czy rower (w sumie przecież napędzany też nogami).
W wiosce Sade
Znaleźliśmy dobrą miejscówkę na plaży w cieniu, wypożyczyliśmy sprzęt i do wody. Rafa u wybrzeży Gili jest dość zniszczona, ale mimo wszystko można pooglądać sporo ładnych rybek. Po Bunaken jednak nie robi wielkiego wrażenia. Prądy są dość silne, więc chcąc wypłynąć kawałek w morze, trzeba uważać żeby nie zniosło zbyt daleko.
W czwartek w podobnym dziennikarskim składzie wybraliśmy się na południe wyspy, mijając po drodze nowobudowane lotnisko na Lombok. Póki co jednak na pasie startowym zamiast Jumbo Jetów królują krowy i kozy. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Sade, żeby zwiedzić tradycyjną wioskę. Podobno wieś ma jakieś 700 lat, a jej ludność kultywuje tradycyjne budownictwo, rzemieślnictwo i rękodzieło. Domy mają charakterystyczne kształty z zaokrąglonym dachem. Ten motyw stał się typowym dla Lomboku i przewija się w architekturze i detalach. Pod owymi charakterystycznymi dachami mieszczą się magazyny na ryż – tzw. lumpung. Kobiety głównie przędą w tradycyjny sposób. Niektóre z nich mają słynny czerwony uśmiech – zęby koloru ciemnoczerwonego od żucia tytoniu.
Kuta Lombok
Po wizycie w wiosce pojechaliśmy nad Ocean. Lombok podobnie jak Bali ma swoją plaże Kuta, jednak ta na Lombok jest nieporównywalnie piękniejsza. Mniejsze i większe zatoczki, wzgórza nad brzegiem, spore fale idealne dla surferów, których nie brakuje. Chcąc się wspiąć na pobliski pagórek nad brzegiem morza musieliśmy zapłacić małe myto miejscowym chłopakom, którzy widząc, że mamy trochę wałówki dodatkowo zażądali butelki coli. Na pagórku dopadły nas miejscowe handlarki pamiątkami, których niestety nie zignorowaliśmy zbyt szybko i nie dały nam spokoju.
Piątek chciałem trochę samodzielnie pozwiedzać Mataram – stolice wyspy. Nadarzyła się okazja, bo koledzy dziennikarze mieli czas dopiero po południowych modlitwach w meczecie. Vian zostawił mnie w okolicy centrum handlowego i postanowiłem znaleźć księgarnię, żeby dostać jakąś mapę wyspy, albo chociaż miasta. Znalazłem kilka księgarni i to sporych rozmiarów, ale map miejscowych nie ma. Owszem można było dostać plan Dżakarty, mapę Sulawesi a nawet Moluków, ale ani mapy Lomboku ani Nusa Tenggara nie znalazłem.
Mini Segara Anak w Narmadzie
Cóż, postanowiłem zastosować swoją ulubioną technikę iść przed siebie i jeśli się zgubię to się znajdę. Chyba wszystkie miasta w Indonezji mają jedną cechę wspólną – zdecydowanie NIE nadają się do spacerów. Mimo wszystko ciekawe jest wejść w mniejsze „osiedlowe” uliczki, przespacerować się w okolicy targu. Jednak zbyt długo nie pospacerowałem, bo często byłem zaczepiany przez miejscowych, ciekawych co bule robi na ich terenie. Ciekawość Indonezyjczyków jak do tej pory mnie nie drażni, czego nie mogłem powiedzieć o ciekawości chińskiej w zeszłym roku. Większość ludzi uśmiecha się, jeśli jest w stanie choć trochę to rozmawia po angielsku, a jak powie się parę słów po indonezyjsku jest się już swoim. I tak za którąś zaczepką, zostałem zaproszony do domu. Ludzie choć skromni, to bardzo taktowni, grzeczni i gościnni. Byłem pierwszym bule w ich domu i naturalnie pierwszym Polakiem jakiego poznali, ale słyszeli o Wałęsie, papieżu czy Jerzym Dudku. Zapraszali do swoich rodzinnych terenów na północy wyspy, gdzie turyści raczej nie docierają. Jeśli wrócę to pewnie skorzystam.
Po obiedzie z dziennikarską ekipą wybraliśmy się do parku Narmada, którego główną część stanowi kompleks pałacu królewskiego. Król Bali Anak Agung Gede Ngurah Karang Asem w 1727 postanowił zbudować tutaj swoją siedzibę, która miała odzwierciedlać dominującą nad całą wyspą górę Rinjani. Rinjani to ogromny masyw wulkaniczny, drugi co do wielkości w Indonezji po górze Kerinci na Sumatrze (najwyższy szczyt Indonezji Puncak Jaya nie jest wulkanem). W jego kraterze znajduje się jezioro Anak Segara „Dziecko morza”. Na mierzący 3726 mnpm można wejść w około 2-3 dni i jest to dość popularny, choć wymagający cel wycieczek na Lombok. Przez chwilę nawet zastanawiałem czy by się tam nie wybrać, ale znajomi doradzili, że lepiej poczekać na porę suchą. Jest więc kolejny powrót by wrócić na Lombok.
Narmada to świete miejsce dla hindusów. Znajduje się tutaj źródło, po obmyciu w którego wodzie zyskuje się wieczną młodość. To już kolejne tego typu miejsce w mojej karierze. Martwię się, że jednak zbyt wiele różnych źródeł może dać odwrotny efekt. :( Kulminacyjny punktem dnia była zabawa na flying foxie rozpostartym nad jeziorem, które ma imitować Anak Segara. Początkowo ja i reszta chłopaków się odważyła, ale w końcu i dziewczyny się dały namówić. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym małpim lesie Suronadi.
Porównując Bali z Lombok, mogę tylko stwierdzić, że jeśli miałbym wybierać to nigdy więcej nie zastanawiałbym się długo nad wyborem i byłby to zawsze Lombok.   Ciężko było stamtąd wyjeżdżać. Tak jak pisałem na wstępie, przyjechałem jako ktoś kompletnie obcy, a wyjeżdżałem w poczuciu, że byłem jednym ze „swoich”. Jak do tej pory każda z moich podróży po tym kraju przynosi jedynie pozytywne chwile i utwierdza mnie w przekonaniu, że na świecie więcej jest dobrych ludzi. Nie można się bać wyjść z domu nawet jeśli do końca się nie wie gdzie się jedzie.
Terima kasih teman-teman!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Wielkanoc na Celebesie

Święta Wielkanocne A.D. 2011 spędziłem zrządzeniem losu spędziłem daleko od rodziny i polskich tradycji, jednak mimo wszystko miały one dla mnie dość rodzinny przebieg. Ale po kolei…
Widoki z samolotu
Czy komuś coś mówią nazwy Bunaken albo Manado? Pewnie w Polsce niewiele o nich słyszało, ale na świecie wśród amatorów nurkowania wyspa Bunaken jest powszechnie znana. Jak tylko przyjechałem do Indonezji, miejsce to było wysoko na liście moich podróżniczych planów, ale z przyczyn czasowo-organizacyjno-finansowych było odkładane na nie wiadomo kiedy w przyszłości.
Tak się jednak stało, że zupełnie niespodziewanie jakieś 2 tygodnie temu, dostałem SMS czy nie chciałbym pojechać z rodziną dwóch moich uczniów w odwiedziny do ich ojca, który jest oficerem w bazie morskiej w Manado. To nie było trudne pytanie do odpowiedzi.
Na lotnisku okazało się, że jedzie nas cała rodzina – mama z trójką dzieci, dziadek z babcią i my, dwójka nauczycieli. Dziadek, który okazał się moim późniejszym współlokatorem w hotelu, był duszą towarzystwa i niemożliwym było się przy nim nudzić. Sam służył w marynarce, a później wykładał w Akademii Morskiej. W latach ’60 studiował w Odessie i Władywostoku, więc było o czym rozmawiać.
Nasz lot do Manado miał międzylądowanie w największym mieście wyspy Celebes – Makassar bądź jak kto woli Ujung Pandang. Po drodze z samolotu widać było wulkany wschodniej Jawy, których jedynie czubki wystawały znad chmur, wysepki Morza Jawajskiego, później charakterystyczne kształty wyspy Celebes.

Miasto ozdobione w Wielki Piatek
Na lotnisku w Manado zostaliśmy przywitani jak prawdziwi VIP i odeskortowani przez marynarzy w oznaczonych samochodach do hotelu. Wieczorem wybraliśmy się na nadmorską promenadę i pojeździłem z dzieciakami na charakterystycznych rowerach.
Parę słów o samej wyspie – to 3. co do wielkości wyspa Indonezji po Borneo i Sumatrze, jest jednak dość słabo zaludniona. Na południu przeważa islam, jednak na północy gdzie znajduje się Manado wyraźnie dominuje chrześcijaństwo – są zarówno katolicy, protestanci jak i wszelkiego rodzaju inne wyznania. Dominujące wyznanie w danym miejscu jest o tyle ważne, że wyznacza ono klimat, wygląd miasta oraz zachowanie ludzi. Zupełnie inaczej wygląda Bali w porównaniu do muzułmańskiej Jawy, a jeszcze inaczej chrześcijańska północ Celebesu. Samo miasto leży tuż nad Równikiem, klimat bardzo wilgotny, jednak nie aż tak gorący jak w Surabaji. Codziennie padają zenitalne deszcze po południu.
Ziele na kraterze
5 świątyn w jednym miejscu
Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w rejon Tomohon. Słynie on z tego, że jego mieszkańcy mają niecodzienne gusta kulinarne. Można więc zjeść tutaj psa, kota czy nietoperza. Był to jednak Wielki Piątek, więc o mięsie raczej nie było mowy. Na ulicach wszędzie można było zobaczyć krzyż we fioletowym bądź czerwonym kolorze, a w kilku miejscach natrafiliśmy na odgrywaną drogę krzyżową. Ludzie poprzebierani byli w stroje żołnierzy, kapłanów i apostołów, oraz oczywiście Chrystusa niosącego krzyż. Religia w Indonezji jest czymś z czego jest się naprawdę dumnym i bardzo podkreśla się swoją przynależność religijną. Do tej pory jest pod wielkim wrażeniem w jakiej jednak harmonii wszyscy potrafią tutaj żyć. Dowodem tego jest wzgórze Doa, które odwiedziliśmy. U jego podnóża znajduje się wulkan błotny, a wokół pełno potwornie śmiedzącej siarki. Na szczycie wzgórza znajduje się wielki krzyż widzialny z samego miasta. Tuż obok znajdują się świątynie 5 uznawanych oficjalnie w Indonezji religii – katolicka, protestancka, muzułmańska, buddyjska i hinduistyczna. Niżej natomiast ma miejsce obelisk z modlitwami w tychże pięciu religiach. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć czy widziałem coś podobnego w Europie…
Jezioro Tondano
Następnie wybraliśmy się nad jezioro Tondano. Jest ono położone malowniczo wśród wzgórz północnego Celebesu i ciagnie się na linii północ-południe. Jego brzegi porasta miejscowa odmiana lilii wodnych, wzdłuż których rybacy mają swoje domki. Delikatny deszcz i mgiełka nadawały temu miejscu niepowtarzalny mistyczny charakter.
W sobotę przyszedł czas na deser, a właściwie całą ucztę. Krótko mówiąc – nurkowanie na Bunaken. Rodzina wynajęła łódkę w porcie i wypłynęliśmy w morze. Wyspa znaduje się w odległości kilkunastu kilometrów od portu Manado. Tuż na zachód od niej znajduje się wyspa Manadotua z charakterystyczna sylwetką wulkanu. Po drodze przez przeszklone dno statku mogliśmy mieć namiastkę co można będzie oglądać później.
U wybrzezy Bunaken
Sama wyspa Bunaken to zarośla namorzynowe i stanowiska z usługami dla turystów od jedzenia po sprzęt do nurkowania. Odziani w pianki do nurkowania (którą początkowo założyłem na lewą stronę) ruszyliśmy z powrotem w morze. Rafa zaczyna się już kilkadziesiąt metrów od brzegu. Trzeba założyć płetwy, bo niektóre korale potrafią być naprawdę ostre.
Pływając w Nusa Dua miałem namiastkę jak piękne są tropikalne ryby, jednak rafa koralowa to coś zupełnie nie z tej ziemi. Nawet filmy przyrodnicze nie oddają widoku, który się odsłania po zanurzeniu. Nie ma takiego miejsca na powierzchni, w którym można napotkać na taką feerię barw i niesamowitych kształtów. Najwięcej z nich i najciekawsze można obserwować w miejscu gdzie rafa stromą ścianą opada kilkadziesiąt metrów w dół. Niestety z rurką da się jedynie zanurkować kilka metrów.
Rybki można karmić krakersami i wtedy kłębią się tuż przed oczami. Oprócz krakersów próbowały też kosztować samego mnie jako że otworzyły mi się rany po wypadku w zeszły weekend. Z wody było żal wychodzić i żal też było wyjeżdżać z Manado.
Ready to dive!
W niedzielę rano wybrałem się na wielkanocną mszę do katedry. Msza nie była zbyt uroczysta. Spodziewałem się procesji rezurekcyjnej, ale ta jest tutaj odbywana w sobotę. Wieczorem poprzedniego dnia w kilku miejscach w mieście widziałem jednak ludzi poprzywiązywanych do krzyża. Nie była to jednak wersja z Filipin, gdzie ludzie przybijają się do krzyża gwoździami. Po mszy odwiedziłem rodzinę naszego kierowcy, który przez cały wyjazd przyprawiał mnie o ból brzucha swym histerycznym śmiechem. Nie mówił prawie nic po angielsku, ale był bardzo towarzyski przez co zmuszał mnie do rozmawiania po indonezyjsku.
Droga Krzyzowa
Wyjazd ten jeszcze bardziej umocnił mnie w moim przekonaniu, że Indonezyjczycy to najbardziej gościnny naród na świecie. Wszystko dla ludzi jest tutaj wspólne, a jeśli ktoś coś ma to nie można się z tego cieszyć w pojedynkę, jedynie z rodziną, przyjaciółmi, ale też z obcymi. Była to prawdziwa podróż za jeden uśmiech i w życiu nie spodziewałem się, że 12 tysięcy kilometrów od rodzinnego domu w Wielkanoc mogę poczuć się chociaż trochę jak w rodzinie. Terima kasih… I will never forget what you’ve done to me.

W te Swieta odszedl ktos bardzo wazny dla mnie, bez kogo nie bylbym na pewno kim jestem. Ciociu, bedziesz na zawsze w moim sercu i w mojej pamieci...