wtorek, 30 sierpnia 2011

Herbaciane wzgórza


Przepraszam z góry za dłuższą przerwę w pisaniu. Trochę się ostatnio działo w każdym aspekcie, ale o tym później. Najpierw wrócę do przerwanej relacji z Malezji.
Po kilku godzinach w autobusie w arabskim towarzystwie dotarłem na wyżyny Cameron. Krajobraz zmienił dramatycznie z nadmorskich nizin dotarłem na porośnięte dżunglą wzgórza. Z opowiadań znajomych Cameron Highlands wydawały mi się spokojną sielankową wioską, a tymczasem dotarłem do przepełnionego turystami kurortu. Niespecjalnie ta sytuacja mnie cieszyła, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. 
Ulokowałem się w Father’s Guesthouse i jako że była już 3 po południu postanowiłem nie marnować czasu i wybrałem się w bliżej nieznanym kierunku przed siebie. Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarłem do miejsca skąd rozpościerał się wspaniały widok na plantacje herbaty. Rejon ten słynie z upraw tej rośliny, a także owoców takich jak truskawki. Położenie na wysokości około 1000 m npm sprzyja ich wegetacji. Równo przycięte, niskie krzaki herbaty między którymi wiją się labirynty ścieżek są niesamowicie malownicze. Co prawda widziałem już plantacje w tamtym roku w Chinach, ale te wywarły na mnie zdecydowanie większe wrażenie.
W drodze powrotnej do Tanah Rata (jednej z wiosek w rejonie Cameron, gdzie się zatrzymałem) udało mi się złapać stopa, chińską, dość rozmowną parę. Zatrzymaliśmy się na filiżankę w jednej z herbaciarni położonej na wzgórzach z widokiem na plantacje. Chociaż jestem zdeklarowanym kawiarzem, a nie herbaciarzem, to herbata w takim otoczeniu smakuje wyśmienicie. 
Podwieźli mnie potem do samego centrum i jako że w portfelu zrobiło się jakoś tak pusto poszedłem wyciągnąć ringgity z bankomatu. Indonezyjska karta nie chciała współpracować z malezyjskim bankomatem, natomiast polska… hmm po 7 miesiącach niekorzystania z niej zapomniałem PIN, a przynajmniej ten, który myślałem, że jest poprawny nie działał. Nie byłoby większego problemu z jego zmianą, ale w Surabaji zostawiłem polską kartę SIM potrzebną do zmiany PINu. Całe szczęście, że wcześniej kupiłem bilet na autobus do Kuala Lumpur, bo musiałbym liczyć na powrót do stolicy stopem. 
Plan na drugi dzień to wejście na jeden z otaczających wzgórza szczytów. Po drodze od niechcenia spróbowałem bez większej nadziei wyciągnąć pieniądze z innego bankomatu  i tym razem indonezyjska karta zadziałała… Tyle, że niezdarnie przy wpisywaniu kwoty podałem o jedno zero za dużo i zamiast 100, dostałem 1000 ringgitów. Cóż, lepiej mieć więcej niż mniej…
Po uprzednim sprawdzeniu na mapie wybrałem szlak numer 15. W informacji turystycznej niestety nie mieli dostępnych map na sprzedaż (komu potrzebna mapa jak idzie na trekking?) więc na czuja poszedłem przed siebie. Zero jakichkolwiek drogowskazów w którą stronę i jak. Po godzinie marszu drogą asfaltową znalazłem ścieżkę wiodącą w górę i starając się zapamiętać drogę wszedłem w las. Nie była to może sumatrzańska dżungla, ale nie były to też Planty. Z każdym metrem robiło się gęściej i ciemniej i tylko co kilkaset metrów widać było prześwity umożliwiające widok w dół doliny. Przez chwilę rozważałem wariant zostawiania za sobą jakichś śladów, żeby nie zabłądzić, ale na szczęście nie trafiłem na żadne skrzyżowania szlaków. Drzewa porośnięte były niesamowitą ilością porostów co świadczy o czystości powietrza. Oprócz pełzających czarnych wijów i motyli nie napotkałem na praktycznie żadne zwierzęta. Dość przyjemna przechadzka... na pewno lepsze to niż siedzenie z milionem turystów w miasteczku na dole. 
Do hostelu wróciłem około południa, dopakowałem się i po obiedzie czekał na mnie już bus do Kuala Lumpur. Po drodze wpadłem na młodą parę z Polski… już dawno nie wpadłem na żadnych Polaków, więc miło było pogadać.
4 dni w Kuala Lumpur spędziłem dość leniwie. Wcześniej zdążyłem zobaczyć już większość ‘must-sees’. Jednym z niewielu, którego jeszcze nie zaliczyłem były jaskinie Batu znajdujące się na północnym skraju metropolii. Dostać się tam można bardzo wygodnym pociągiem. Co ciekawe pociągi w Malezji mają specjalne wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiety, ba!... na peronie jest też wyznaczone miejsce, gdzie ten wagon się zatrzyma i oczekiwać mogą tam również jedynie kobiety. Co kraj to obyczaj…
Jaskinie Batu to kompleks hinduistycznych świątyń. Do ich wnętrza wiodą strome schody po których szaleją małpy. Zdecydowanie nie są to moje ulubione zwierzęta i one chyba też czują, że za sobą nie przepadamy i dają mi spokój. Znów nie obyło się bez straconych okularów, aparatów i butów… na szczęście nie ja byłem ofiarą. Świątyń w grotach Batu jest kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt, większe i mniejsze. Nie mam większego pojęcia na ich temat, więc nie mogę się więcej na ich temat rozpisać. Natomiast atmosfera wokół jest iście eteryczna i ciężka do porównania. Każda wizyta w hinduskim miejscu utwierdza mnie w przekonaniu, że muszę wcześniej czy później trafić do Indii. Nie straszny mi już jest azjatycki chaos, bród na ulicach i tłumy… Indonezja jest dobrym sprawdzianem.
W Kuala Lumpur czułem się bardzo dobrze i na pewno tam wrócę. Miasto jest w sam raz, ani nie za duże, a nie wioskowate, jest co robić i ciężko się nudzić. Z miastem pożegnałem się w niedzielę, spacerując przez większość dnia po centrum – Bukit Bintang, rejonie Chinatown i rejonie rządowym. Udało mi się też w końcu odwiedzić Meczet Narodowy. Z bardzo ciekawego drzewa genealogicznego 25-ciu proroków ukazanych w Koranie, dowiedziałem się, że wszyscy z nich byli muzułmanami. Problem tkwi w tym, że 24-ech spotykamy w Starym i Nowym Testamencie pod bardziej lub mniej zmienionymi imionami. Ich chronologia jest dokładnie taka sama, więc ciężko o pomyłkę… Cóż, każda religia nagina fakty na swoją korzyść. Ale jak byście nie wiedzieli to Adam i Ewa byli muzułmanami… w konsekwencji Noe, Salomon, wreszcie Jezus też… No więc nam chyba też wypada? Przynajmniej z takiej logiki można to wywnioskować…

wtorek, 2 sierpnia 2011

Melaka & Penang.



Wycieczka do Melaki rozpoczęła się falstartem, za który sam po części sobie jestem winny, bo wyszedłem z domu za późno. Wsiadłem w monorail, a potem musiałem się przesiąść do kolejki miejskiej. A tu zonk. Stacja zamknięta, policja nikogo do środka nie wpuszcza. Powodem – demonstracje w mieście, a raczej utrudnienie demonstrantom dotarcia do centrum. Zablokowano też większość ulic w centrum, nie kursowały autobusy. Pociągi niby chodziły, ale zamknięto stacje transferowe. Pytam się policjanta, jak w takim razie mam dotrzeć na terminal autobusowy. Gość mi odpowiada, że mogę np. wziąć taxi. Biorąc pod uwagę, że ulica na której staliśmy była zablokowana, zapytałem czy ma telefon na taxi helikopterowe, bo obawiam się, że zwykłe mnie stąd nie zabierze. Obruszył się, że to nie jego wina, na co mu odpowiedziałem, że moja tym bardziej, a on reprezentuje władze, które są odpowiedzialne za blokadę centrum i proszę o konkretną informację jak mam dojechać na terminal. Poza taksówką, która nie była żadną alternatywą nie znał innej opcji.
Z desperacji ruszyłem z 15-kg plecakiem w bliżej nieznanym kierunku, przed siebie byleby nie stać w miejscu. Dotarłem do kolejnego miejsca, gdzie byli policjanci i tym razem Ci okazali się bardziej pomocni tym bardziej, że zacząłem mówić w bahasa. Malezyjski i indonezyjski są bardzo podobne. Przez pierwsze dni pobytu w Kuala Lumpur łapałem się na tym, że nonstop pytałem o drogę w bahasa, na co ludzie się uśmiechali i odpowiadali po angielsku. To kolejna nowość w KL po Indonezji, angielski zdecydowanie wystarcza do komunikacji z każdym.  Policjant powiedział mi, że kolejna stacja jest czynna i jak pójdę w tą stronę to za jakieś 20 minut tam dojdę.
I doszedłem. Szybko dojechałem na terminal, duży, nowoczesny, świeżo otwarty, przypominający prawie lotnisko. Podobne terminale widziałem rok temu w Chinach. Autobus też bardzo komfortowy. Do Melaki zaledwie 2 godziny po autostradzie. Ulokowałem się w hostelu w Chinatown poleconym przez Gana. Dość przyjemny, rozmowni właściciele i sympatyczni goście. Nie marnowałem długo czasu, bo dotarłem znacznie później niż planowałem i poszedłem w miasto.
Melaka, od którego to portu wzięła się nazwa cieśniny między Półwyspem Malajskim a Sumatrą, była swego czasu głównym portem rejonu, o kontrolę nad którym walczyło kilka mocarstw. Przechodziła z rąk do rąk. Od miejscowych Malajów, do Portugalczyków, Holendrów, Anglików… Miasto od zawsze z racji swojego położenia na szlaku z Oceanu Indyjskiego na wschód w kierunku Wysp Korzennych i dalej Pacyfiku było mieszanką kultur. I tak zostało do dziś. 
Stare Miasto wygląda jak śmieszna hybryda -  połączenie miasteczka śródziemnomorskiego z holenderskim i chińskim. W centrum jest kilka charakterystycznym kościołów, które świadczą o silnych wypływach kolonialnych. Wiele budynków w centrum ma czerwony tynk. Nad miastem góruje kilka wzgórz – na jednym z nich forteca (a raczej pozostałości) św. Jana, na innym kościół św. Piotra (też ruina). W mieście pełno różnorakich muzeów – zauważyłem, że w Malezji na każdym kroku jest muzeum, często bez specjalnego powodu. Po mieście jeżdżą śmieszne riksze ozdobione kwiatami, a z megafonów płynie muzyka do wyboru, ale dość ograniczonego do wszelkiej maści kiczu. 
Wieczorem na centralnej ulicy Chinatown był targ, na którym można było kupić mydło i powidło. Ludzi masakrycznie dużo. Wydaje mi się, że całe Kuala Lumpur właśnie tutaj przyjechało, chcąc uciec od demonstracji w mieści, bo rano na ulicach rzeczywiście nikogo tam nie było. Jedzenie w Melace jest pyszne – oczywiście nie zdążyłem spróbować wszystkiego, ale spróbowałem słynnych klusek z krewetek. Kuchnia miejscowa to tzw. Baba-Nyonya – fuzja kuchni chińskiej, malajskiej, indyjskiej, portugalskiej i ogólnie rzecz ujmując europejskiej.
Drugiego dnia wybrałem się na spacer dość wcześnie rano. Było świeżo po deszczu, dlatego na ulicach pusto. Postanowiłem się wybrać na wyspę, która według planu była blisko centrum. Plan jednak okazał się mało adekwatny do rzeczywistości i wyspa była dobrą godzinę marszu, a okolica średnio ciekawa. Zabudowa wyspy była dopiero w czasie konstrukcji. Wybrałem się na nią, żeby zobaczyć zbudowany parę lat temu „Pływający Meczet”. Ale jak dureń ubrałem się w krótkie spodenki, więc nawet nie próbowałem wejść do środka. Z zewnątrz dość ciekawie się prezentuje, chociaż to też kwestia upodobań - dla niektórych nowoczesne meczety to szczyt kiczu. Posiedziałem trochę nad brzegiem cieśniny Melaka wypatrując na próżno Sumatry (to najwęższe miejsce cieśniny), ale zaczęły się zbierać chmury, więc w porę zebrałem się przed deszczem.
Po ulewie wybrałem się z powrotem na stare miasto, spacerując wokół kanałów, które trochę przypominają Amsterdam, tyle, że w Holandii raczej w wodzie nie spotkamy waranów. Dotarłem też na wzgórze na którym znajduje się chiński cmentarz. Chińskie grobowce są dość obszerne, bo muszą pomieścić sporą część majątku zmarłego. Po dniu spędzonym w Melace miałem wrażenie, że znam centrum na wylot. Mimo, że niewielkie to jednak bardzo przyjemne i chętnie bym tutaj wrócił.
Do kolejnego punktu – Penang, wybrałem się nocnym autobusem. Na miejsce dotarłem wcześnie rano – około 5. zanim zaczęły jeszcze kursować autobusy miejskie (tak, nie tylko w KL są autobusy miejskie, inne miasta też mają). Moja sąsiadka z autobusu była bardzo zaniepokojona o mój los, biednego chłopca z plecakiem samego w obcym mieście, co też on pocznie i chciała mi zamówić taksówkę, ale podziękowałem jak dowiedziałem się, że do Georgetown, starego centrum wyspy Penang jest dość daleko i kurs będzie drogi. Wolałem poczekać na autobus.
W Penang zatrzymałem się znów na CS. Przygarnął mnie Cheeleong, którego postawiłem na nogi dość wcześnie rano, ale albo naprawdę nie miał nic przeciwko albo po azjatycku nie pokazywał po sobie niezadowolenia. Mieszkałem w samym centrum starego Georgetown na ulicy Armeńskiej – ponoć dawno zamieszkałej, właśnie przez tą narodowość – w artystycznym mieszkaniu, które zdawało się być jak dla mnie wydarte gdzieś z krakowskiego Kazimierza. Cheeleong marzy o otwarciu kafejki i gromadzi antyki, które ktoś inny wyrzuca. Część jego mieszkania jest dość starannie zaaranżowana, a część to magazyn rupieci, na które jeszcze nie znalazł pomysłu. Było to pierwsze tego typu mieszkanie w Azji jakie spotkałem i byłem w nim zakochany. 
Miałem cały jeden dzień na Penang, więc o 8. wybrałem się na miasto, w którym dużo bardziej niż Melace przeważają Chińczycy. Na śniadanie chciałem zjeść coś lokalnego więc poszedłem w rejon ulicznego żarcia, ale niestety z angielskim było ciężko, a mój chiński z tamtego roku gdzieś się rozmył. Tak czy inaczej Chińczycy w Malezji po mandaryńsku za wiele nie mówią, choć owszem go rozumieją – zwykle jednak mówią w lokalnym dialekcie Hokkien, który jest rozpowszechniony w Azji Południowo-Wschodniej. Menu było tylko w znaczkach bez obrazków więc wybrałem coś tam za rozsądną cenę i po 10 minutach dostałem miskę makaronu krewetkowego. Wybór nie najgorszy.
Cheeleong dał mi mapkę centrum z zaznaczonym najważniejszymi budynkami (w większości świątyniami chińskimi), które zdążyłem zaliczyć w 2 godziny, łącznie z przykładami pobrytyjskiej architektury kolonialnej i resztkami fortu. Na mapce wyspy znalazłem park narodowy i postanowiłem uciec od miasta w zielone. Wsiadam do autobusu, a tam kierowca nie chce wydać mi reszty.  W Penang mają dziwny system, że za przejazd trzeba wrzucić odliczoną kwotę do pudełka, a kierowca wydaje bilet, którego nie można kupić nigdzie indziej. Miałem całe 10 ringgitów i kazał mi wysiąść, ale ja spróbowałem popytać o zmianę u współpasażerów. Niestety nikt nie chciał mieć drobnych. Przejechałem parę przystanków, po czym kierowca ostentacyjnie zatrzymał się na środku drogi i kazał mi wysiąść i rozmienić pieniądze. Co kraj to inny obyczaj… autobusowy.
Do parku dotarłem następnym autobusem. Przede mną kilka godzin przez nadbrzeżną dżunglę. Trekking był po Sumatrze średnio challenging, czasami jakaś lina czasami liana do podciągnięcia. Stoczyłem kilka walk na uśmiechy z małpami – gdy pokaże im się zęby zwykle uciekają, chociaż co odważniejsze trzymają pozycję i próbują atakować zwłaszcza jak czują, że mają przewagę liczebną. Plaże w Penang owszem bardzo ładne, ale woda dość brudna i pełno meduz, więc o pływaniu nie było mowy. Dotarłem do północno-wschodniego cypla wyspy na którym znajduje się latarnia. Po drodze wylałem z siebie hektolitry potu.
Na plażach było sporo rodzin arabskich. Standardowo wygląda to tak – tatuś w szortach ze sporą ilością wszelkiej biżuterii i w średnio gustownym ubraniu, ale ważne, że zachodniej marki; mamusia – ubrana na czarno od stóp do głów z zakrytą twarzą, a na nosie często okulary z Prady, D&G czy temu podobnych zakrywające resztę twarzy i zgraja dzieciaków płci obojga robiących dokładnie cokolwiek im się podoba.
Wieczorem wróciłem do centrum i nim Cheeleong wrócił z pracy miałem jeszcze do załatwienia kupno adaptera, który jest Malezji niezbędny do wtyczek. Obowiązuje tutaj brytyjski system kontaktów i nasze wtyczki wymagają specjalnego adaptera, który nie znajduje się w posiadaniu większości miejscowych, dlatego trzeba się w takowy zaopatrzyć. Potem wyszliśmy z Cheeleong na chińskie żarcie i tym razem już nie musiałem się martwić, że dostanę niechcianą niespodziankę, tym bardziej, że poszliśmy na tzw. gorący kociołek, który w Pekinie mi nie przypadł do gustu, ale tu jak najbardziej.
Z Penangu nie chciało mi się tak szybko wyjeżdżać, bo znaleźliśmy z Chee sporo wspólnych tematów do rozmów, a jeden wieczór to zdecydowanie za mało do omówienia wszystkiego. Ale wcześniej kupiłem już bilet na wzgórza Cameron, więc trzeba było ruszać w drogę. Autobus był podstawiony pod agencję w centrum, gdzie kupiłem bilety. Oprócz mnie pasażerami było kilka rodzin arabskich wyglądających właśnie tak jak opisałem wyżej. Jeden z nich był wyjątkowo drażniący, bo wypytywał się właścicielkę agencji o różne pierdoły jak np. rodzaj opon autobusu i temperaturę klimatyzacji. Gdy autobus spóźnił się o kilka minut (przyjechał ostatecznie może 10 minut później) zaczął panikować, a gdy dojechał zajął ze swoją świtą nie te miejsca, które powinien, ale naturalnie nie miał ochoty się z nich ruszyć, gdy dosiedli się klienci z właściwymi biletami. Generalnie rzecz biorąc nie są to ludzie, z którymi ma się ochotę spędzać wakacje… Niestety był to szczyt arabskiego sezonu.

czwartek, 28 lipca 2011

Kuala Lumpur czyli Malezja to czy Chiny, a może Indie?


Już trochę minęło odkąd wróciłem z wakacji do Surabaji, a do tej pory nie napisałem jeszcze co robiłem po Banda Aceh. Dopadło mnie jakieś choróbsko po powrocie, więc mam teraz trochę czasu, żeby nadrobić. Nie sposób opisać dzień po dniu co się działo, bo działo się dużo, ale postaram się w skrócie przekazać swoje ważniejsze refleksje.
Pobyt na wyspie Weh, był zdecydowanie najprzyjemniejszym momentem moich wakacji. Żadne opowiadania, ani zdjęcia nie są w stanie oddać atmosfery tego miejsca. To było 5 dni spędzonych w raju, z dala od zgiełku dużych miast w sielskiej, wiejskiej atmosferze nad brzegiem Oceanu. Powiedziałbym, że na 100% tam wrócę, ale takich miejsc w Indonezji jest mnóstwo… może są nawet lepsze. Nim wrócę na Sabang, pewnie warto sprawdzić inne.
Wróciłem na jedną noc do Banda Aceh, a następnego dnia miałem już samolot do Malezji. Po drodze zdążyłem zwiedzić meczet Baiturrahman – legendę Banda Aceh. Tsunami, które spustoszyło całe miasto pozostawiło go prawie nietkniętym, a wewnątrz schronienie znalazło setki ludzi. Meczet wyraźnie wyróżnia się w mieście, które rzeczywiście nie jest miejscem dla koneserów architektury miejskiej.
Na lotnisku poznałem się z Kazachami, którzy przyjechali do Sabang na wakacje. Trochę się zdziwiłem, że znali to miejsce, o którym naprawdę niewiele słyszało – okazało się, że mieszkali w jednym bloku z dyplomatą indonezyjskim, który poradził im to miejsce na spokojny wypoczynek.
Tak więc po 6 miesiącach przyszedł dzień kiedy musiałem opuścić Indonezję. Najważniejszym powodem było więc wyrobienie nowej wizy, ale przy okazji nie chciałem zmarnować okazji na zwiedzenie kawałka kraju. Pierwszy raz od pół roku za granicą, wreszcie na kontynencie. Malezja mimo, iż w moim subiektywnym odczuciu (biorąc choćby pod uwagę rozmiary kraju) ma dla turystów mniej do zaoferowania, lepiej ich tutaj ściąga. Przede wszystkim dobra reklama, zarówno w Azji jak i Europie. Tanie linie lotnicze AirAsia mają swoją bazę właśnie w Kuala Lumpur co sprawia, że tutaj swoją podróż po Azji rozpoczyna większość backpackersów. Ale przede wszystkim to brak wiz. Ot pieczątka na lotnisku starcza na 3 miesiące. A jak chcemy dłużej siedzieć w Malezji, to busem do Singapuru na jeden dzień i z powrotem dostajemy pieczątkę na 3 miesiące.
Po 6 miesiącach w Indonezji, Kuala Lumpur wydawało mi się Nowym Jorkiem. Na ulicach czysto (jak na Azję), większość ruchu stanowią samochody osobowe a nie motocykle, jest transport publiczny, pełno wieżowców i nikt się na mnie nie gapi. Z jednej strony fajnie, ale jakoś takie nie swojo. Tak czy inaczej na kilka dni zapomniałem o indonezyjskim rozgardiaszu (który bardzo lubię).
Na ulicach Kuala Lumpur Malajowie wcale nie stanowią większości. Powiedziałbym, że liczebnie przewyższają ich spokojnie zarówno Chińczycy i Hindusi. Sporo również białych, o dziwo również czarnych. Nic dziwnego, że żadnej atrakcji nie sprawiałem. Jedynie raz ktoś poprosił mnie o zdjęcie… jak się potem okazało byli to Indonezyjczycy.
Pierwsze kroki w czwartek skierowałem do ambasady i jak się też spodziewałem otrzymanie wizy było formalnością. Nie pytali nawet co na miejscu robię. Wiza do odbioru następnego dnia. Miałem więc 2 dni na zwiedzenie miasta. Wizytówką Kuala Lumpur są bliźniacze wieże Petronas Towers, które przez kilka lat od 1999 roku były najwyższymi budynkami na świecie. Przyjeżdżając do KL miałem dziwne i mylne wrażenie, że poza Petronas Towers specjalnie więcej wieżowców nie ma. Są i to wcale niebrzydkie i w ilości większej niż 90% europejskich metropolii. Oj, tak azjatyckie miasto w tej kategorii biją starą Europę na głowę. W budowie drugie tyle.
Centrum KL nie jest zbyt wielkie i do większości atrakcji turystycznych można dojść pieszo i ‘zaliczyć’ je w jeden dzień. Przyjemną odmianą w KL jest to, że na większości ulic są chodniki i można pospacerować po mieście, co w Surabaji do przyjemności nie należy, a raczej do sportów ekstremalnych. Wygodnym środkiem transportu do poruszania się po mieście (a przynajmniej po centrum) jest system kolei miejskiej.
Popołudnie spędziłem w rejonie placu niepodległości z ciekawą kolonialną architekturą. Na placu znajduje się ponoć najwyższy na świecie maszt flagowy. Biorąc pod uwagę jednak, że Malezyjczycy lubią naginać fakty na swoją korzyść o czym przekonałem się jeszcze bardziej w Muzeum Narodowym następnego dnia, nie jestem do tego w 100% przekonany. Rejon ten ma bardzo dużo architektury kolonialnej w całkiem niezłym stanie. W Indonezji niestety raczej nie dba się o to dziedzictwo i większość budynków niszczeje. Pospacerowałem też po dzielnicy hinduskiej i chińskiej. Wieczór spędziłem na gapieniu się na podświetlone Petronas Towers. Jest jakaś magia w tym budynku, który przyciąga wzrok.
W piątek odwiedziłem rejon parkowy z pomnikiem niepodległości. Chciałem też wstąpić do Meczetu Narodowego, ale mimo, że przyszedłem tam na długo przed piątkowymi modlitwami to meczet był dla turystów zamknięty. Dookoła sporo było policji, co dało mi do zrozumienia, że w mieście coś się szykuje. Istotnie dowiedziałem się, że na kolejny dzień planowane są spore demonstracje i policja postawiona jest w centrum w stan gotowości. Doradzono mi też, żebym się nie ubierał w żółte koszulki, ani w czerwone… Żółci są za rządem, czerwoni to protestanci (albo odwrotnie) tak czy siak jest szansa dostać w zęby. Dobrze, że ani na żółto ani na czerwono ubierać się nie lubię.
Trochę czasu spędziłem w Muzeum Narodowym. Mój host Gan, odradzał mi je mówiąc, że nudne, ale okazało się, że ostatnio przeszło lifting i jest bardzo nowocześnie i ciekawie urządzone, z wieloma interakcyjnymi bajerami. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, zwłaszcza dla Indonezyjczyków na przykład, że Sumatra, Jawa czy ba, nawet Bali są zamieszkiwane przez potomków Malajów. Było jeszcze sporo tego typu ciekawostek, które na wypadek odwiedzin indonezyjskiej grupy turystów mogą wywołać zamieszki nie mniejsze niż planowane na dzień kolejny.
Gan wziął mnie do typowej indyjskiej restauracji. To był moje pierwsze spotkanie z hinduską kuchnią – może poza curry i ciapatami. Dużo ryżu, curry, ostro i jemy łapskami. Ale smakowało. Jako, że było to piątek przyszło nam się w drodze przeciskać między modlącymi się Hindusami-muzułmanami, którzy rozścielali swoje dywaniki wprost na środku chodnika i byli dość oburzeni jak się koło nich przechodziło. Malezja może jest bardziej rozwiniętym od Indonezji krajem, ale muzułmański konserwatyzm bardziej tutaj się rzuca w oczy. Takiej sytuacji jeszcze nie widziałem w Indonezji, nawet w Aceh.
Po południu przyszedł czas odebrać wizę. Po drodze miałem zabawna sytuację, bo ktoś nadepnął mi na buta (chodzę tutaj praktycznie tylko w japonkach) i mi się rozleciał na dobre. Dzielnica biznesowa, sklepów raczej brak, nie mówiąc już o stoiskach z japonkami, których zwykle jest wszędzie pełno, ale oczywiście nie wtedy kiedy ich najbardziej potrzeba. Cóż… doczłapałem do ambasady, na bosaka by mnie nie wpuścili. Postarałem się jakoś zakamuflować niedoskonałość buta udając, że kuśtykam, wizę odebrałem, a buta cisnąłem do pierwszego kosza i z podniesioną głową w jednym klapku poszedłem szukać sklepu z butami. Zeszło mi prawie godzinę. Poprawiłem swoim widokiem humor paru przechodniom. Nazajutrz planowałem wyjazd do Melaki… ale nie obeszło się bez przygód.

niedziela, 3 lipca 2011

Co zostało po tsunami.

Joe po raz kolejny okazał się nieocenionym przyjacielem, zebrał mnie z bliżej nieokreślonego miejsca w Medanie, gdzie kierowca busa zdecydował się zakończyć swój kurs (to też typowa indonezyjska przypadłość busiarzy, nigdy nie wiadomo gdzie dotrzemy, a o czasie można jedynie samemu spekulować). Upewniłem się raz jeszcze, że nie dam rady dojechać do Takengon tego samego dnia. Szkoda mi było zostać jeszcze jeden dzień w 2-milionowym Medanie, w którym mimo, że ciekawszy niż Surabaja to i tak nie ma specjalnie co robić, tym bardziej, że miałem w perspektywie rajskie plaże na północy Sumatry. Po drodze udało się w końcu znaleźć deficytowy towar – pocztówki, których Indonezyjczycy nie kupują dlatego ciężko je dostać, nawet w księgarni. Joe odwiózł mnie na miejsce, gdzie wcześniej kupiłem bilet do Banda Aceh. Pożegnaliśmy się po raz drugi i wsiadłem do minibusa, który odwiózł mnie na dworzec autobusowy. Naturalnie byłem jedynym białym (już się do tego przyzwyczaiłem i mówiąc szczerze, dobrze się w tej roli czuję), udającym się w tym kierunku. Mimo wszystko ludzie raczej mnie nie zaczepiali i dobrze, bo w planie miałem spać, ale nic z nich nie wyszło. Przekoczowałem więc w autobusie nocnym 12 godzin. Droga bardzo dobra, bo świeżo odbudowana. A czemu? No właśnie i tutaj się zaczyna opowieść o Aceh…
Od kiedy zdecydowałem się przyjechać na Sumatrę, postanowiłem nie jechać na południe, gdzie większość turystów do Padang czy na wyspę Nias, tylko na północ do Aceh, gdzie do tej pory funkcjonuje surowe prawo Szariatu, a jeszcze do niedawna cudzoziemcy byli zobowiązani otrzymać od władz specjalne pozwolenie na wjazd. Powoli Aceh stara się inwestować w turystykę, bo predyspozycje ma wielkie, ale jest ich mimo wszystko dalej niewiele.
Pewnie sporo z nas pamięta jak w 2. dzień Świąt Bożego Narodzenia 2004 roku jedno z największych tsunami w ostatnich latach nawiedziło rejon Azji Południowo-Wschodniej. Wszyscy słyszeli o tym, że ucierpiała Tajlandia i jej kurorty jak na przykład Phuket, gdzie odpoczywa tysiące Europejczyków i Amerykanów. Tam były kamery i o tym dowiedział się świat. Jednak tak naprawdę tsunami uderzyło najpierw w Indonezję, północny czubek Sumatry – prowincję Aceh, jedną z biedniejszych w kraju. Szacuje się, że w całej prowincji zginęło około 200 tysięcy ludzi, a w samym mieście Banda Aceh około 70 tysięcy. 
Dotarłem do miasta około 8. nad ranem, z dworca odebrał mnie Ollie, kolejny CSer. Przejechaliśmy przez miasto, które wygląda poza kilkoma ulicami w centrum jak duża wioska. Drogi w najlepszym stanie jakie spotkałem na Sumatrze, a może nawet w Indonezji (chyba, że poza Bali), nic dziwnego – odbudowę po tsunami zaczęto od infrastruktury, dróg, sieci, szkół i szpitali. Joe z Medanu, sporo mi o tym opowiadał, bo przez 4 lat pracował w Aceh dla Caritas, które starało się odbudować szkolnictwo w rejonie. Zniszczeń w mieście widać, jeszcze bardzo dużo. Widać ruiny porzuconych budynków, sterczące pręty z murów po zbrojeniach, sporo gruzów. Pełno jest osiedli jednakowych, jednorodzinnych domków, które zostały wybudowane dla rodzin, które straciły swoje domy w tsunami.
Nic dziwnego, że miasto zostało dosłownie zmyte z powierzchni ziemi. Leży ono nad brzegiem Oceanu Indyjskiego na płaskim jak talerz terenie, może nawet depresyjnym. Na południu miasto okalają majestatyczne wzgórza. Niektóre z nich mają liczne osuwiska, które wydają się być świadectwem starcia z niszczącą falą tsunami. Pojechaliśmy z Ollim najpierw do podnóża wzgórz, gdzie znajduje się malutkie jeziorko o szmaragdowej barwie, a następnie na plażę położoną za wzgórzem nieopodal kurortu (kurort jak na Aceh, bo są tam jacykolwiek turyści) Lampu’uk o której mało kto wie. Mając taką plażę jak ta jedynie dla siebie nie chce się już niczego więcej. Kolor wody lazurowy, dookoła wzgórza porośnięte tropikalnym lasem, palmami kokosowymi, w wodzie pełno ryb. Do pełni szczęścia potrzebowałbym tylko, żeby ocean był trochę spokojniejszy, bo fale dość wysokie a niedaleko od brzegu sporo skał, dlatego z pływaniem kiepsko. Po wizycie na plaży jak ta chyba na dobre wybiłem sobie Bali z głowy, a podobno są jeszcze lepsze miejsca w Aceh.
W Banda Aceh spędziłem kilka dni na właściwie nic nie robieniu, oprócz wizyty na tzw. secret beach nieopodal Lampu’uk i zwiedzaniu ważniejszych atrakcji miasta. Odwiedziłem miejsce, gdzie fala tsunami zniosła sporo łódź na dach domu. Byłem też w bardzo ciekawym muzeum tsunami, otwartym w tym roku. Architektura budynku przypomina kształtem wielką łódź, powiedziałbym Arkę Noego, ale to przecież muzułmanie. Wewnątrz ściana pamięci, z nazwiskami ludzi, którzy zginęli podczas tsunami, sporo eksponatów i film dokumentujący wydarzenia z 24.12.2004. Niestety pomimo bardzo nowoczesnej formy prezentacji, nie zadbano żeby ekspozycja była w języku angielskim.
Po 3 dniach w Banda Aceh, miałem już trochę dosyć miasta i zdecydowałem jechać wcześniej niż planowałem i na dłużej na wyspę Weh. Jest to najbardziej na północ wysunięty punkt Indonezji. Na wyspę dostałem się promem z Banda Aceh, przejazd trwa jakieś 2 godziny, a potem mototaxi jeszcze 30 minut nim dotarłem do Iboih, gdzie właśnie jestem.
Nie będę zbyt wiele pisał o tym miejscu, bo będziecie za bardzo zazdrościć. Siedzę sobie właśnie w hamaku patrzę na lazurową lagunę Oceanu Indyjskiego w której są tysiące kolorowych ryb. Można spotkać żółwie, ośmiornice i inne ciekawe morskie stworzenia. Raj. Dobrze, że jeszcze będę tutaj parę dni.

środa, 29 czerwca 2011

Skarb Sumatry w krainie Bataków.


Po powrocie do Medanu z Bukit Lawang, którą tą znowu pokonałem lokalnym busem wzbudzając niemniejsze zainteresowanie niż w drodze do, spotkał mnie znów Joe i wziął do domu wujka. Wieczór spędziłem na praniu swoim rzeczy przesiąkniętych potem po trekkingu i rozmowach o życiu. Następnego dnia miałem się wybrać nad jezioro Toba na kilka dni. Zapytałem kurtuazyjnie Joe’go czy się ze mną nie wybierze, oczekując odpowiedzi negatywnej, bo był tam pewnie kilkaset razy, ale powiedział, że w sumie jest weekend i sam nie ma co robić.
Tak więc wybraliśmy się razem. Znów lokalnym autobusem, ale tym razem już większym, z miejscem dla 60 pasażerów. Teoretycznie. Bo praktycznie było ich chyba koło 100, plus wszelkiego rodzaju dobytek, kury, ryby, owoce, telewizory, a na każdym przystanku wchodzili sprzedawcy przeciskając się przez korytarz oferując  napoje, jedzenie czy papierosy. No właśnie, papierosy. Na Sumatrze chyba nie ma ludzi niepalających. Co prawda kobiety raczej nie palą, ale często kobiety z wiosek żują betel, a potem mają piękne czerwone uśmiechy. Mężczyźni palą wszyscy co do jednego, łącznie z chłopcami od wieku, powiedzmy, lat 12-13. Dużo i wszędzie, w busie też. Myślę, że na Sumatrze wypalam dziennie pasywnie 2 paczki co najmniej. Nie ma co zwracać uwagi, bo podobno można naprawdę wywołać niezłą awanturę.
Ludzie zamieszkujący teren na południe od Medanu i wokół jeziora Toba to Batakowie. W większości to chrześcijanie, przeważnie protestanci. Mówią swoim językiem, zupełnie niepodobnym do indonezyjskiego. Pozdrawiają się zwrotem ‘Horas’ a dziękuję w ich języku to ‘Mauliate’. Tyle zdążyłem się nauczyć. Joe sam jest Batakiem, ale w domu mówili raczej po indonezyjsku, więc jego znajomość języka jest dość pasywna. Ludzie jednak próbowali z nim rozmawiać w języku miejscowym, a gdy się mylił to się obruszali, że nie jest prawdziwym Batakiem. Ogólnie ludzie na Sumatrze, nie tylko Batakowie są raczej mniej uprzejmi niż Jawajczycy. Częściej podnoszą głos, częściej używają niecenzuralnych wyrażeń, jednak raczej nie obrażają się na siebie i negatywnych emocji jest mimo wszystko mniej niż u nas. Do życia podchodzą z humorem o zabarwieniu lekko kłótliwym.
Około 4. wieczorem dotarliśmy na wzgórza z których rozciągał się widok na jezioro Toba i powoli zaczęliśmy serpentynami zjeżdżać w dół. Jezioro Toba to największe jezioro nie tylko w Indonezji, ale całej Azji Południowo-Wschodniej. Powstało w wyniku gigantycznej erupcji, która miała miejsce około 70 tyś lat temu. Był to największy wybuch wulkanu w historii względnie ujmując rodzaju ludzkiego. To co zostało z wulkanu, który z pewnością był jednym z największych jakie znajdowały się na globie to wyspa Samosir znajdująca się na środku jeziora. Toba bez wątpienia przypominało mi Bajkał, nad którym byłem niemal równo rok temu (jak czas leci!). Zbocza porośnięte w większości sosnami schodzą stromo w dół aż do jeziora. Gdyby nie to, że niżej są też palmy i bananowce, to można by śmiało pomylić te jeziora. Oczywiście Bajkał jest jednak zdecydowanie większy i głębszy, chociaż głębiny Toba też sięgają kilkuset metrów. Przed godziną 5. wsiedliśmy na prom w Parapat i z workiem mango, zakupionych po drodze do portu odpłynęliśmy do Tuk Tuk, gdzie mieliśmy upatrzony nocleg. Nad portem ukazał się ciekawy widok aż 4 tęcze po obydwu stronach. Hostel okazał się być bardzo miło ulokowany w ogrodzie, a domki w których mieszkaliśmy były zbudowane w stylu miejscowym, z charakterystycznymi dachami piętrzącymi się w górę.
Sobotę spędziliśmy na wycieczce po wyspie. Po kąpieli w jeziorze, wynajęliśmy motor i pojechaliśmy najpierw na północ. Dla Joe’go co ciekawe to też była nowość, bo wcześniej był tylko w Tuk Tuk i sąsiednim Tomok na wyspie. Mieliśmy w planie znalezienie jego wioski, z której pochodzą jego przodkowie o tym samym nazwisku, o którym wspominali mu rodzice, jednak nigdy tam nie byli. Batakowie podobnie jak my w Europie, jednak inaczej niż większość Indonezyjczyków, mają swoje nazwiska i przy zapoznawaniu się to właśnie z nazwiska się przedstawia a nie z imienia.
Dotarliśmy do Ambarita, miejsca gdzie rezydował miejscowy ‘raja’ czyli król wioski. Każda wioska miała swojego króla w przeszłości, jednak ten z Ambarita zdawał się mieć szczególną władzę na wyspie. Batakowie przed przybyciem misjonarzy wyznawali animistyczne religie, i właściwie do dzisiejszego dnia jest trochę ludzi, które je praktykuje, a nie brakuje również chrześcijan, którzy zabarwiają swoje wyznanie rytualnymi praktykami (a czym są nasze wianki czy dziady?) Co ciekawe Batakowie byli również niegdyś kanibalami. Nie zjadali się ot tak jednak nawzajem. Byłem w miejscu gdzie do tej pory znajduje się tron króla, miejsca dla sądu i przestępcy. W zależności od kalibru zbrodni był on bądź solidnie torturowany bądź torturowany, zabijany, ćwiartowany i nadjadany. Zjadano ponoć jego wątrobę, serce, mięśnie rąk i twarzy, resztę wyrzucano do jeziora, ale potem przez 7 dni nie można było w nim się kąpać, prać czy łowić ryb.
Ciekawy jest też obrządek pochówku. Groby Bataków Toba nie znajdują się na cmentarzach, ale rodziny mają swoje własne grobowce na wzgórzach, które wyglądają jak małe domki. Pogrzeb to wielka okazja w wiosce, ale zależy w jakim wieku się danemu człekowi zmarło. Jeśli przedwcześnie i zostawił nieżonate lub niemężate dzieci, to znaczy, że nie wypełnił misji na świecie i pogrzeb był na smutno, prosząc by odszedł w spokoju i nie dawał złego przykładu. Jednak gdy zmarł ktoś, kto wypełnił rodzinne obowiązki to była to okazja do świętowania i proszenia o powtórzenie wzorca dla potomnych. Pogrzeby co prawda nie są tak uroczyste jak u słynnych Toradźów z Sulawesi, do których też muszę się wybrać, ale są wielką fetą. Co ciekawe zwykle ma się więcej niż jeden pogrzeb. Początkowo trumnę z całym ciałem grzebie się nisko, ale po kilku latach można ją odkopać i szczątki przenieść poziom wyżej. Wszystko zależy od majętności rodu – im bogatsza tym większy grób i wyżej położony.
Znaleźliśmy wioskę Joe’go - Simarmata, który był wyraźnie poruszony widząc swoje nazwisko wyryte na charakterystycznym pomniku z wizerunkiem swoich przodków. Napis w języku Bataków głosił, że potomkowie mają obowiązek zachowania ich w pamięci. Dalej ruszyliśmy w stronę stałego lądu przejeżdżając przez most na drugą stronę. Tak właściwie to wyspa Samosir była kiedyś półwyspem, ale kilkaset lat temu dla ułatwienia żeglugi Holendrzy przekopali kanał. Dotarliśmy do gorących źródeł u stóp wzgórza z którego wydobywały się opary siarki przypominając, że jest to teren wulkaniczny. Wróciliśmy na wyspę starając się odszukać skryte w środku wyspy jezioro. To ciekawe że na wyspie Sumatra znajduje się jezioro Toba, na którym jest wyspa Samosir, na której jest jezioro Sidihoni. Jest jeszcze podobne miejsce na świecie? Wyprawa w głąb wyspy była wyzwaniem dla kierowcy i motoru i cieszyłem się, że Joe pojechał ze mną nad jezioro Toba, bo inaczej wiele bym nie zobaczył. W centrum wyspy ludzie i wioski zdecydowanie biedniejsze, wyraźnie dominuje prymitywne rolnictwo. Dużo charakterystycznych bawołów, drobiu, świń. Uprawiają wszystko od warzyw przez kawę po drzewa owocowe – zwłaszcza pełno mango, na które był właśnie sezon i którego zjadaliśmy kilogramy codziennie do momentu kiedy ręce tak nam się kleiły od soku, że trzeba było je jak najszybciej umyć. Po odnalezieniu jeziora, które okazało się skromnym stawem, postanowiliśmy zjechać na brzeg jeziora ze wzgórz, co okazało się sporym wyzwaniem (fizycznie i logistycznie). Ale co tam to dla nas. Przy okazji znaleźliśmy się w lesie eukaliptusowo-sosnowo-palmowo-bananowym (chyba jedyne takie miejsce na świecie) i mogliśmy podziwiać jezioro z majestatycznych wzgórz. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Tomok, kulturalnym centrum wyspy, żeby obejrzeć grób jednego z królów ludu Batak-Toba i stare oryginalne domy Bataków (których tak naprawdę widziałem już pod dostatkiem). Wieczorem byliśmy padnięci, ale po krótkiej drzemce wybraliśmy się do hotelu obok, gdzie zorganizowano koncert pieśni i tańców ludowych Bataków. Ciekawe stroje i pieśni, równie oryginalne tańce. Szczerze mówiąc Batakowie i rejon jeziora Toba przypominają mi trochę Boliwię, w której jeszcze nie byłem, ale jakieś tam zdjęcia widziałem.
W niedzielę zebraliśmy się rano, żeby zwiedzić inne okolice jeziora. Nie mieliśmy odwagi, żeby wykąpać się w jeziorze jak mieliśmy w zwyczaju w dni powszednie, bo noc była dość chłodna. Pogoda za to dopisywała, bo dnia poprzedniego było pod chmurą. W słoneczny dzień jezioro wygląda zdecydowanie mniej jak Bajkał, a bardziej tropikalnie. Po przeprawie promem udaliśmy się w kierunku autobusu do Pematangsiantar, po drodze zatrzymując się na śniadanie w warungu. Sąsiadka stoiska, handlarka mango usiłowała nam wcisnąć owoce, dając nam ich spróbować. Rzeczywiście były słodkie i kupiliśmy kilogram. Później w busie okazało się, że połowa była zepsuta…
W autobusie tym razem miejsc już siedzących nie było, więc tym razem przyszło nam stać w ścisku na jednej nodze z bagażami, ale przynajmniej tylko godzinę, potem zmieniliśmy środek transportu na minibus, który zawiózł nas do celu. A raczej prawie. Do wodospadu Sipiso-Piso, trzeba było podejść jakieś 30 minut. Na miejscu dość przypadkowo spotkaliśmy inną CSerkę Novę z rodzeństwem i razem poszliśmy w stronę wodospadu. Sipiso-Piso spada pionową około 200-metrową ścianą wody z północnych wzgórz okalających jezioro Toba. Jego nazwa w miejscowym języku znaczy ‘jak ostrze noża’. Postanowiliśmy zejść stromymi schodami w dół do samego miejsca gdzie woda tworzy jeziorko i daje początek strumieniowi. Droga dość karkołomna zwłaszcza, że było świeżo po deszczu. Już z daleka wodospad wytwarza własny deszcz, który zmoczył nas niemal do suchej nitki.
Drogę do Berastagi, kolejnego celu podróży pokonaliśmy najpierw na becak – czyli rikszy, która na Sumatrze jest wyłącznie motocyklowa. Wsiedliśmy w piątkę do jednej budząc konsternację prowadzącego. Resztę drogi pokonaliśmy dwoma busami. Do Berastagi, miasteczka będącego centrum Bataków-Karo, mówiących swoim odrębnym językiem i posiadającym odrębne zwyczaje, dotarliśmy już po zmroku. Nova z bratem i siostrą wracali już do Medanu i Joe postanowił wrócić razem z nimi. Odprowadziłem ich do busa, na którego trzeba była trochę czekać i po pożegnaniu, zabrałem się za planowanie co tu zrobić na Sumatrze dalej.
Nazajutrz zostawiłem plecak w hostelu i wybrałem się w kierunku wulkanu Sibayak dominującego nad miasteczkiem. Tak właściwie to jednak tego dnia to nad Berastagi dominowały jedynie chmury. Po rozmowie dnia poprzedniego z sąsiadami z hostelu, którzy wybrali się na pobliski wulkan i przemokli do suchej nitki, przez deszcz, który ich złapał po drodze, odechciało mi się wspinaczki. Właściciel hostelu też odradzał samotne wejście, pokazując listę osób, którzy w ten sposób zginęli. Mimo wszystko postanowiłem się wybrać przynajmniej do miejsca w którym kończy się las i zaczyna wspinaczka. Po drodze spotkałem sporo miejscowych, którzy byli dość serdecznie nastawieni do spotkania z białasem, który już się trochę opalił i już taki wcale biały nie jest. Zatrzymałem się kilka razy na chwilę rozmowy. Ciekawi są co to za kraj Polska, coś tam słyszeli, ale niewiele, zwykle o Wałęsie, chrześcijanie także o papieżu i że byliśmy kiedyś w ZSRR… no cóż, wypada ich w takim wypadku jedynie sprostować. Nie wiem czy wszyscy napotkani na ulicy ludzie wiedzieliby którego kraju kolonią była niegdyś Indonezja. No właśnie którego? Kto pierwszy wyśle na mojego maila poprawną odpowiedź dostanie pocztówkę z Sumatry.
Droga przez dżunglę wiodła asfaltową szosą, jednak widoki niemal jak w Bukit Lawang. Słychać odgłosy gibbonów i innych małp, miejscowi powiedzieli mi, że głęboko w lesie można też spotkać orangutany. Sporo ptactwa, wydającego niesamowite dźwięki, ciekawa roślinność, zwłaszcza porosty na drzewach i paprocie wielkości średniego drzewa oraz motyle wielkości sporego ptaka. Jak dla mnie raj. Doszedłem do momentu, gdzie kończyła się droga bita i zaczynało się podejście na wulkan, którego szczyt na chwilę wyłonił się z chmur. Z dala słychać jednak było nadchodzącą burzę i dałem sobie chyba słusznie spokój i zszedłem inną ścieżką, w stronę gorących źródeł, które są chyba przy każdym wulkanie.
W drodze powrotnej do Berastagi postanowiłem spróbować po raz kolejny w Indonezji stopa i rzeczywiście, długo nie musiałem czekać. Już drugi kierowca zatrzymał się i zabrał mnie do środka. Minivanem jechała cała rodzina pochodzenia arabskiego, nie mówili prawie wcale po angielsku, więc przyszła pora się wykazać, zwłaszcza, że Joe w poprzednie dni mnie sporo podszkolił. Naturalnie ciekawi byli wszystkiego co i jak i po co i dlaczego. Nie tylko zabrali mnie do centrum miasteczka, ale zaoferowali pokazanie kilku lokalnych miejsc, których nie ma w przewodnikach, między innymi buddyjską świątynię, która nieco przypomina miniaturę złotej pagody w Rangunie, a także miejscową zabudowę wiejską. Dachy ludu Batak-Karo kompletnie się różnią od Batak-Toba. Są bardziej wieżyczkowate i przypominają nieco architekturę wikingów, albo Rohanu z Władcy Pierścieni. Rodzina zostawiła mnie przy miejscowym targu owocowym. Oczy zjadły by wszystko. Są owoce, o których istnieniu wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Kupiłem po kilogramie mango i mangis i po ustaleniu, że nie dam rady jak planowałem wcześniej dostać się bezpośrednio nad jezioro Takengon tego wieczoru, postanowiłem udać się z powrotem do Medanu.

niedziela, 26 czerwca 2011

Spotkanie z orangutanami w sumatrzańskiej dżungli


Po prawie 6 miesiącach znów jestem w Polsce… ale tej sumatrzańskiej. Lotnisko w Medanie – największym mieście Sumatry, stolicy prowincji Sumatra Północna – nosi nazwę Polonia. Wzięła się ona od Polaka, który był właścicielem plantacji na miejscu, której zbudowano później port lotniczy. Na lotnisku czekał już na mnie Joe, znajomy z CS. Wsiedliśmy na motor i pojechaliśmy do centrum, gdzie ma stoisko gastronomiczne w centrum handlowym. Medan – a przynajmniej jego centrum – szczerze mówiąc przypadł mi do gustu bardziej niż Surabaja. Jest trochę architektury kolonialnej, są też budynki w tradycyjnym sumatrzańskim stylu. Ogólnie nie jest to najbrzydsze miasto, chociaż miasta indonezyjskie nie powalają na kolana. Przekonałem Joe’go, że warto czasami zsiąść z motoru i zrobiliśmy rundkę po mieście, spacerując po centrum. Dotarliśmy do największych atrakcji miasta – meczetu Raya i pałacu sułtana. Turystów dość niewiele, chociaż więcej niż w Surabaji. Ludzie na ulicy z wyglądu trochę różnią się od Jawajczyków. Zdecydowanie mniej jest muzułman. Owszem jest ich dość sporo, ale nie 90% jak na Jawie. Właściwie ludność Batak, która jest rdzennie z tych okolic to chrześcijanie (protestanci). Jest też sporo Hindusów i Malajów, których w Surabaji prawie nie ma. Noc spędziłem w domu za kościołem metodystów, gdzie Joe tymczasowo mieszka z rodziną wujka, który jest pastorem.
Moim pierwszym celem po Medanie, była wizyta w Bukit Lawang. Wioska położona o 2,5h drogi z Medanu na północ, u stóp łańcucha górskiego, porośniętego przez las deszczowy, który jest schronieniem dla ostatnich na Ziemi tygrysów i nosorożców sumatrzańskich, które jednak są praktycznie nie do wypatrzenia. Co ściąga turystów to populacja orangutanów, które można tam spotkać. Do Bukit Lawang chciałem dostać się lokalnym busem. Joe podrzucił mnie na stację, ale na miejscu przekonywali mnie, że mimo iż była ledwie 10. rano to wszystkie busy już ‘habis’ – czyli na dziś skończone. Wystarczyło odejść trochę dalej i miejscowi powiedzieli mi, że muszę podejść trochę dalej do sygnalizacji świetlnej i stamtąd odjeżdżają mikrobusy do Bukit Lawang. Tak też i było. Bus załadowany do ostatniego miejsca. Byłem jedynym białym, więc wzbudzałem trochę sensacji. A biały mieszkający w Indonezji i mówiący po indonezyjsku to już w ogóle cyrk z małpami. Więc pierwszą godzinę spędziłem na udzielaniu wywiadów. Na jednej ze stacji wsiadł facet w moim wieku bądź delikatnie starszy. Oczywiście zaciekawiony moją egzystencją zapytał co robię łamaną angielszczyzną. Odpowiedziałem po indonezyjsku i nawiązaliśmy rozmowę o wszystkim i niczym przez większość drogi. Przed samym wyjściem zapytałem go co właściwie robi w Bukit Lawang. Okazało się, że jest przewodnikiem po dżungli. Chcąc wejść do Parku Narodowego Gunung Leuser trzeba iść z przewodnikiem. Zapytałem więc o cenę i wynegocjowałem sporą zniżkę, ale Jansen poprosił, że w razie gdy ktoś mnie zapyta ile zapłaciłem mam podać cenę standardową. Zgodziłem się na jego usługi, chociaż do dyspozycji w Bukit Lawang jest ponad 150 przewodników, a ja wybrałem pierwszego, który się nawinął. To czym mnie przekonał to to, że nie był nachalny i wcale nie oferował się mi od samego początku jako przewodnik – właściwie ja sam go zapytałem.
Po ulokowaniu się w dość spokojnym hostelu, pospacerowałem po okolicy. Wioska jest położona nad brzegiem wartkiego górskiego strumienia. Na przeciwnym brzegu piętrzą się wzgórza, które porasta las deszczowy, który zdaje się wprost zwalać na wioskę. Kilkusetmetrowa ściana lasu deszczowego, pełna różnorakich odgłosów budzi wyobraźnię. Przez rzekę przerzucone są 2 mosty linowe – jeden dość solidny, drugi to po prostu połączone deski zawieszone na drucie przerzuconym ponad rzeką. Wiele turystów nie decyduje się na wejście do dżungli, które wymaga trochę kondycji i żeby zobaczyć orangutany udaje się do miejsca, gdzie 2 razy dziennie są one dokarmiane przez strażników parku. Zastanawiałem się czy się tam nie wybrać, jednak Jansen powiedział, że to strata pieniędzy, bo jest szansa, że zobaczymy je z bliska w dżungli (w co mówiąc szczerze początkowo nie chciało mi się do końca wierzyć), a ostatnio orangutany przestały przychodzić na darmowe posiłki, bo jest sezon na owoce i mają ich pod dostatkiem. Z drugiej strony uprzedzał mnie, że nic nie gwarantuje, to jest dżungla i może być różnie, możemy nic nie zobaczyć, jeśli nie będziemy mieć szczęścia i to się zdarza.
Trekking miał się zacząć w środę rano. Obudziłem się dość wcześnie i zrobiłem sobie spacer w górę rzeki. Wioska budziła się dość powoli do życia, na brzegu rzeki po jednej stronie ludzie robili poranną toaletę, bo drugiej stronie makaki. Koło 9. zadzwonił do mnie Jansen, żebym się spakował i zaraz wychodzimy. W mojej grupie był Szkot i Holenderka w podobnym wieku. Pierwszym przystankiem była plantacja kauczukowca. To co rzuca się w oczy na Sumatrze, to wielkie plantacje – droga z Medanu do Bukit Lawang to jedna wielka plantacja palmy oleistej. W Bukit Lawang u podnóża wzgórz przed parkiem narodowym uprawia się kauczukowiec, z którego mamy gumę. Sumatra to ponoć jedna wielka plantacja, większość towarów eksportowych Indonezji pochodzi właśnie z tej wyspy. Sporo jest też kakao. Po drodze był też lokalny tytoń, cynamon, goździki, gałka muszkato
łowa. Po drodze napotkaliśmy langury – małpy endemity, występujące tylko tutaj – były w dość dużej grupie, ciekawie ubarwione z irokezem na głowie. Po 30 minutach marszu weszliśmy do dżungli. Powietrze stało się cięższe i wilgotniejsze, ale temperatura nie była aż tak wysoka. Szybko można się zorientować, że to nie spacer po Plantach, tylko niezły wysiłek, a mimo wszystko jest to najłatwiejsze miejsce dla turystów, którzy chcą ‘skosztować dżungli’.  Nie minęła godzina a udało się zobaczyć pierwsze orangutany, jednak wysoko na drzewach matka z kilkuletnim dzieckiem, które było już całkiem samodzielne. Program ochrony orangutanów sumatrzańskich rozpoczęto w 1971 roku i od tego momentu ich populacja niemal się podwoiła. Już wtedy wydawało mi się, że został wykonany plan minimum, widziałem prawdziwego orangutana na wolności. Niedługo później udało się wypatrzyć, a najpierw usłyszeć gibony charakterystycznie nawołujące się w dżungli. Śmigały w koronach drzew przenosząc się z niezwykłą gracją z drzewa na drzewo. Były jednak dość wysoko. Około południa mieliśmy przerwę na owocowy lunch – mango, banany i markizy. Połączyliśmy się z innymi przewodnikami w jedną większą grupę, w której zostaliśmy do następnego dnia (tak, nocowaliśmy też w dżungli). Jeden z przewodników zauważył następnego orangutana. Tym razem jednak samotna samica zeszła z drzewa nisko jakby na nasze żądanie. Była niemal na wyciągnięcie ręki. To niesamowite spotkanie, uczucie, które ciężko opisać, kiedy ta człekokształtna małpa patrzy prosto w oczy starając się odczytać nasze myśli, imitując ludzkie ekspresje. Mimo tego, że starają się czasem dotknąć nas, przewodnicy nie pozwalają na kontakt. W ten sposób można im przekazać nasze choroby, na które orangutany są nieodporne, a podobno ich system odpornościowy nie jest najlepszy. Udało się spotkać jeszcze jedną samicę, która zeszła równie blisko i została z nami na niemal godzinę, okrążając nas ze wszystkich stron. Mówiąc szczerze ciężko opisać emocje, które towarzyszą takiemu spotkaniu, ale jest to przeżycie, które nie da się porównać z niczym innym i na pewno tego nigdy nie zapomnę.
Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc. Obozowisko było położone nad strumieniem. Dookoła sporo małp, które czyhały na kąski po kolacji, a przy rzece spacerowały spokojnie 2-metrowe warany, które zachowywały spokojny dystans od nas a my od nich. Po wyczerpującym trekkingu przyjemnie było wskoczyć do krystalicznie czystej górskiej wody. Przewodnicy przygotowały skromną, ale jak na dżunglowe warunki dobrą kolacje, poopowiadali trochę o sobie i dżungli i poszliśmy spać.
Obudziłem się wcześnie przed 6. Ledwie świtało – na drzewach makaki już czekały na śniadanie. Z dżungli dochodziły jeszcze odgłosy nocne, które działały na wyobraźnię pod namiotem wcześniej, ale słychać już też było odgłosy poranku, szczególnie charakterystyczne nawoływania gibbonów. Co ciekawe w dżungli nie było sporo komarów, za to sporo świetlików. Po śniadaniu czas wybrać się z powrotem do dżungli – plan na dzisiaj to wejście na najwyższe wzgórze w okolicy i potem zejście do rzeki, po której mieliśmy spłynąć z powrotem do wioski. Wejście na górę było dość wyczerpujące. Wysoka wilgotność i temperatura dawały się we znaki i wszyscy wylewali hektolitry potu – oprócz przewodników, dla których to był chleb powszedni. Zrobiliśmy sobie przerwę na złapanie oddechu na kilkanaście minut. Dzień wcześniej przewodnicy opowiadali nam o orangutanie o imieniu Mina, legendzie dżungli. Była pierwszym orangutanem wypuszczonym z centrum rehabilitacji na wolność, jednak jest dość agresywna w stosunku do ludzi. Wielu miało z nią fizycznie do czynienia. Podobno kilka miesięcy temu niemiecki turysta wszedł do dżungli bez przewodnika i napotkał Minę, wrócił do Bukit Lawang ze złamanym ramieniem. Terytorium za rzeką, na którym się znajdowaliśmy należało właśnie do Miny. W czasie postoju zauważyłem kątem oka, że ktoś się do nas zbliża, ale myślałem, że to jeden z przewodników. Rzut oka i okazało się, że to właśnie Mina. Szła do nas powoli, ale pewnie z dzieckiem na grzbiecie. Przewodnicy krzyknęli, żebyśmy bez paniki odeszli na parę kroków do tyłu i spróbowali ją obejść. Orangutanica usiadła na konarze na którym wcześniej siedzieliśmy i domagała się jedzenia. Normalnie orangutanów nie wolno karmić w dżungli, ale Mina jest wyjątkiem. Kiedy nie dostanie jedzenia, nie odpuści i może być agresywna, dlatego idąc do lasu przewodnicy muszą mieć przy sobie trochę owoców i marchewek, które lubi. To było niesamowite spotkanie, jej bardzo ekspresywna twarz wzbudzała naprawdę strach. Przewodnicy pozwolili nam ją poobserwować z dystansu, ale po kilku minutach kazali nam iść w górę, a sami zostali z nią, żeby się upewnić, że nie będzie nas śledziła. Mieliśmy sporo szczęścia, że ją spotkaliśmy podczas postoju, a nie w czasie wspinaczki, bo mogło być bardziej niebezpiecznie.
Ze szczytu wzgórza roztaczał się widok na dżunglę otaczającą nas ze wszech stron. Potem ścieżka wiodła już tylko w dół. Trekking w dżungli to dość wymagająca fizycznie rozrywka, jednak to niesamowite jak dżungla umożliwia w miarę swobodne poruszanie się. Wzgórza porośnięte drzewami są pełne niby schodów z korzeni, dookoła liany po których czasami trzeba było się podciągnąć bądź zsunąć na poziom niżej. Małpi gaj.
Na dole czekała nagroda kąpiel w chłodnej górskiej wodzie i obiad, po którym czekał nas rafting w dół rzeki. Nasze rzeczy zostały spakowane w szczelne worki, a sami w bieliźnie wsiedliśmy na opony, po których spłynęliśmy w stronę Bukit Lawang, co trwało mniej więcej godzinę. Były to dwa dni, które na długo zostaną w mojej pamięci.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Pół roku w Azji...


Minęło już prawie pół roku odkąd jestem w Azji. Właściwie powinienem opisać co robiłem w maju, jakie nowe miejsca zobaczyłem, ale będzie jeszcze chyba pora żeby napisać o Yogyakarcie, stolicy centralnej Jawy, a o Bali już pisałem.
Chyba pora na trochę wolnych przemyśleń, jakie przychodzą po kilku miesiącach w oceanie jakim jest Azja. Bo Azja to nie jest zwykłe miejsce, tu się tak po prostu nie da tylko przyjechać na trochę. W Azji człowiek się topi, ale z przyjemnością. To niesamowity ocean kultur, kolorów, zapachów, smaków, ludzi, przyrody.
Nie można też mieć chyba jednoznacznej opinii o tak niesamowicie zróżnicowanym kontynencie. Zresztą tak naprawdę to niewiele jeszcze widziałem i każde nowe miejsce, które odwiedzam otwiera mi oczy jeszcze szerzej. Rzeczy których kocham w Azji i Azjatach jest wiele, szczerze mówiąc jest też sporo, których nie lubię, ale do wszystkiego w życiu można, a czasem nie ma wyjścia i trzeba się przyzwyczaić.
Co takiego tutaj lubię. Różnorodność. To nie mieszanka kultur Europy Zachodniej złożonych z imigrantów, którzy przybyli za chlebem w ostatnim wieku, a czasem w ostatnich dekadach. Ta mieszanka ludzi jest tutaj od wieków. Azja, a nawet sama Indonezja, która jest chyba dobrym odzwierciedleniem tego kontynentu to wielkie pole do popisu dla antropologów i etnografów.
Otwartość ludzi. Ludzie są niezwykle przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem, do obcych i ogólnie do życia. Chyba gdzieś to zgubiliśmy w Europie, nie wiem czy uda nam się to znaleźć. Mnie samemu też ciężko przychodzi przestawienie się na takie lekko frywolnie optymistyczne podejście do życia, ale pewnie po powrocie zderzę się z powagą zachodniej kultury, więc nie wiem czy jest sens.
Grzeczność i uprzejmość. Indonezja to nie Japonia, ale Jawajczycy zdają się być najuprzejmiejszym narodem z jakim miałem do czynienia. Nie chodzi tylko o czystą ludzką życzliwość, ale sposób w jaki się do siebie zwracają. Rzadko ludzie zwracają się do siebie po imieniu – zwykle imię poprzedza tytuł w zależności od pozycji czy wieku. Dla mężczyzn/chłopców – bapak/mas, dla kobiet/dziewcząt – ibu/mbak. Na początku mojego pobytu dziwiłem się, że wszyscy mówią do mnie per ‘mister’ i poprawiałem, żeby zwracali się do mnie po imieniu, że nie trzeba mówić do mnie per pan. Po kilku miesiącach widzę, że tutaj po prostu inaczej się nie da. Starsi cieszą się dużym szacunkiem u młodszego pokolenia. Nie można od tak uścisnąć ręki kogoś starszego. Dzieci w szkole na przykład na znak szacunku przykładają dłoń nauczyciela do policzka, bądź czoła a czasem całują. Ludzie podając sobie ręce po uścisku przykładają swoją prawą dłoń do klatki piersiowej.
Oprócz tego ludzie są niesamowicie taktowni w swoim zachowaniu. Gdy ktoś przechodzi obok osoby starszej bądź siedzącej należy powiedzieć ‘permisi’ – przepraszam. Jeśli chce się rozpocząć posiłek czy też opuścić pomieszczenie, bądź wrócić do domu należy o tym oznajmić i poczekać na pozwolenie. Gdy usłyszymy – silakan bądź jawajską wersję monggo – możemy robić co zaplanowaliśmy.
Piękno przyrody. Nie da się ani słowami, ani zdjęciami opisać jak niektóre miejsca są piękne. Sporo ludzi tutaj nie zdaje sobie sprawy w jakim raju przyszło im żyć i go niszczą.
Nie da się pominąć rzeczy, które w Azji mogą nas drażnić. O braku punktualności już pisałem kilka razy – prawie wcale mnie już nie rusza oczekiwanie na kogoś ponad godzinę. Ludzie tutaj są bardzo pomocni jeśli zajdzie potrzeba i w większości przypadków bezinteresowni (oprócz miejsc typowo turystycznych, gdzie ludzie żyją z turystów). Mimo wszystko jednak warto polegać na sobie, niż czekać na to, że ktoś dotrzyma tutaj słowa – skleroza jest tutaj bardzo powszechna w każdym wieku.
Niedawno miałem pierwszą sytuację, w której naprawdę się na kogoś wściekłem, a poszło o rzecz o którą nie mogłoby chyba pójść w Europie. To, że świadomość historyczna jest tutaj na znacznie dalszym planie niż jest to u nas zdążyłem zauważyć i zaakceptować jednak, nie mogę zaakceptować jeśli ktoś otwarcie przyznaje się do bycia zwolennikiem treści nazistowskich i jawnie ogłasza Hitlera za swojego idola, mimo wcześniejszego wytłumaczenia, że w ten sposób obraża mnie, mój kraj i moją rodzinę. Machnąłbym mimo wszystko na to ręką, gdyby nie fakt, że osoba ta jest nauczycielem historii. Dalszy komentarz jest zbędny, jak i interakcja z nim.
Muszę powiedzieć, że nie przypadło mi do gustu również miejscowe poczucie humoru, dość powierzchowne. Sam jestem osobą o bardzo sarkastycznym humorze i często odbijam się z nim jak o ścianę, bo nikt go tutaj nie rozumie. A żarty na poziomie zerówki mnie niestety nie bawią…

Mimo wszystko jednak myślę, że dobrze się tutaj odnalazłem i szczerze mówiąc wyobrażam sobie zostać tutaj dłużej. Szkoła chce, żebym został tutaj na kolejny rok, a ja nie wiem jeszcze jaką podejmę decyzję. 4 tygodnie w podróży, które zaczynam właśnie teraz czekając na lotnisku na samolot na Sumatrę mam nadzieję będzie wystarczającym czasem na przemyślenie swojej sytuacji i podjęcie decyzji co dalej. A jeśli nie Indonezja to co… a raczej gdzie?