wtorek, 29 listopada 2011

Incredible India... let's get it going!


Delhi, dzień 0.
Pierwsze co sobie pomyślałem jadąc w taksówce z lotniska w Delhi, to że to jest jakiś Meksyk, nic innego tylko Meksyk. Ale po kolei.
Loty Aerosvitu mogę uznać za udane, bo doleciałem, ale nie były to najprzyjemniejsze loty, a zwłaszcza lądowania (to w Kijowie przypominało rollercoaster…  gdyby jeszcze była mgła to może nawet zacząłbym wierzyć w jakieś teorie spiskowe). Z Kijowa do Delhi leciałem w towarzystwie Ukrainek udających się na jakichś kongres. Moja sąsiadka była dość rozgadana i nie dawała mi spać, nawet wtedy kiedy próbowałem wkładać słuchawki.
Kołowanie nad Delhi dało mi obraz jak ogromne jest to miasto. OGROMNE. Lotnisko też jest ogromne i ogrom ludzi, którzy tam byli po prostu przeraża. Udało mi się wyciągnąć kasę z bankomatu, naturalnie wypluł on najwyższy możliwy nominał, dlatego przezornie rozmieniłem go w kawiarni. Sprzedawca zażartował czy na pewno jest prawdziwy, podobno nikt nie chce 1000 rupiowych banknotów (ok. 60zł).
Kolejny challenge to dostanie się do miejsca, gdzie miałem nocować do poddelhijskiego Gurgaon. Zapytałem prywatnego taksiarza, ale chciał mnie skasować podwójnie niż mówili znajomi, że powinienem zapłacić. Znalazłem kasę prepaid taxi i z biletem za 360 rupii wpakowano mnie do minibusika. Kierowca najpierw zapytał ile mu zapłacę, a jak powiedziałem że bilet jest już opłacony to powiedział, że jego silnik nie działa.
- Mister, engine problem, broken.
- That’s your problem, not my problem.
- Engine broken, not going.
Dał mi do zrozumienia, że nie mam na co u niego liczyć. Wróciłem do kasy i próbowałem walczyć o swoje. Kasjer opierniczył taksówkarzy i zaraz znalazł się następny, który mnie wziął. I znów gadka o napiwku nim już ruszyliśmy. Kasjer mi powiedział że będę musiał dodatkowo zapłacić 42 rupie za autostradę, a ten mówi nagle że kosztuje 66 i chce z góry tipa. Powiedziałem gościowi, że nie mam ochoty się z nim kłócić dostanie na autostradę i tyle. Nie jestem Amerykaninem z wypchanym portfelem i przyjechałem tutaj na wolontariat (who knows?!). Ruszył.
To surrealne wrażenie nagle znaleźć się w miejscu, o którym się myślało przez parę miesięcy. Ulice jeszcze o godzinie 4.30 puste, nie ma krów, widziałem tylko dzikie psy. Sporo odrapanych domów i dzielnic nędzy. Było dość chłodno więc ludzie opatuleni w szale. Nad okolicami lotniska ni to smog, ni to mgła. Gurgaon – miasto satelitarne Delhi ma sporo wieżowców „na bogato”, ale sporo też jest under endless construction.
Taksówkarz wyraźnie się zgubił. Jeździliśmy wyraźnie w kółko i już zacząłem się przez sekundę obawiać, że wyjmie coś zza pazuchy i mnie okradnie i zostawi, kiedy znaleźliśmy się w kompletnie ślepym zaułku. Bezwładnie rozłożył ręcę i mówi – I am lost, sir. I dont know where to go… Odpowiadam: Figure it out
Pytał się każdego przechodnia i dostawał dokładnie przeciwne wskazówki, ale w końcu po dobrych 40 minutach udało się znaleźć stację metra, naprzeciwko której miał mieszkać mój host. Wjechaliśmy i przy wysiadaniu wyciąga rękę o napiwek. Prosi o 20 rupii. Miałem mu nie dawać, ale chłop w sumie dowiózł mnie na miejsce więc dałem mu te 1,20 i uścisnąłem mu rękę. A ten mówi że mało. Nie miałem ochoty już na dyskusje, odwróciłem się na pięcie i poszedłem za lokajem. Tak jestem w Indiach tutaj jest pełno sług. Po 15-minutach dobijania się do drzwi otworzył również służący… Host śpi. Zaczyna się ciekawie… Może też nie zjedzą mnie żywcem komary!
Incredible India let’s get it going!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Znów na Wschód...


Boryspol. Znów lotnisko. Znów w drodze. Tym razem wywiewa mnie do Indii. Czekam właśnie na samolot do Delhi.
Kilka tygodni spędzonych w Polsce, dobrze mi zrobiły, ale czas w drogę. Bo tutaj czuję się najlepiej. Dziękuję wszystkim, których przez ten czas spotkałem, zwłaszcza swojej rodzinie, która jest ze mną, co dla bardzo ważne. Wiecie, że chcę inaczej i chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie życie, które byście dla mnie wybrali to nie możecie za mnie decydować. Doceniam to bardzo.
Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy mnie wspierają na duchu i dopingują. Wiara we mnie, że się uda dodaje mi skrzydeł. Dziękuję też tym, którzy w głębi serca powątpiewają i czekają, że powinie mi się noga. Na pewno tak będzie, bo nie myli się ten kto nic nie robi w życiu, a ja ze swoich błędów się uczę. Jesteście dla mnie sporą motywacją.
Jutro wcześnie rano indyjskiego czasu (+4,5 godziny CET) wyląduję w Delhi. Nie będę specjalnie pisać jakie mamy plany. Część z Was wie mniej więcej, część nie i niech tak zostanie. Postaram się pisać bloga bardziej regularnie niż ostatnio. Czytajcie.
Nie byłoby zabawy gdyby mój wylot Polski obył się bez przygód. Na lotnisko wybierałem się autobusem miejskim w Warszawie. Dzięki korkom mój autobus spóźnił się i czas podróży, który miał wynosić 40 minut wydłużył się, a pech chciał, że kontroler pojawił się w autobusie akurat w 2 minuty po przekroczeniu jego ważności. Panu kontrolerowi, który był wyjątkowo niewyrozumiały (do lotniska miałem 2 przystanki) życzę udanego gestapowania.

wtorek, 1 listopada 2011

Dżakarta vol.2.



Ostatni dzień w Bandungu miałem poświęcić na robienie zakupów. Bandung słynie z taniej odzieży – w mieście i pod nim znajduje się wiele outletów odzieżowych i wiele ubrań tutaj się po prostu szyje. Jak to zwykle ze mną bywa jak nie szukam to znajduję, a jak chcę znaleźć to nie ma. I tak też było tym razem.
Popołudniu zapakowałem się do tzw. ‘travela’ – czyli busotaksówki, która przewozi ludzi z punktu A do punktu B. Moja okazała się prawie pusta, jechał ze mną tylko jeszcze jedno Chino-Indonezyjczyk i kierowca. Drogę przespałem – wygodna autostrada, na której od wjazdu do Dżakarty zaczęły się tworzyć korki.
Jeśli ktoś narzeka na korki w Krakowie czy Warszawie, to niech sobie wyobrazi miasto o populacji 20 milionów z szczątkowym systemem transportu publicznego. Korki w Dżakarcie są legendarne nie tylko w Indonezji, ale poza jej granicami. I są czasami naprawdę horrendalne. Pamiętam jak w styczniu czekałem na kolegę, który miał mnie odebrać około 5 godzin, a nie wyjechał wcale późno… były po prostu korki.
W Dżakarcie dowlokłem się z moim bagażem na miejsce spotkania z Jarem z CS. Przyszedł z Michaelem z Kansas, który robił staż dziennikarski i razem pogadaliśmy przy tradycyjnym indonezyjskim obiedzie pod chmurką.
Nie musiałem się zbytnio martwić co robić w Dżakarcie, bo Jar jako doświadczony CSer miał przygotowany plan w zanadrzu. W sobotę najpierw wybraliśmy się na siłownię (po motoryzacyjnym falstarcie), po której dołączył do nas na lunch Michael. Razem pojechaliśmy poza Dżakartę do mało znanego, aczkolwiek urokliwego miejsca z malowniczym wodospadem. Po raz kolejny byłem w miejscu, którego nie ma w przewodnikach LP a jest warte więcej od niektórych tam zamieszczonych.
Po raz ostatni widziałem krajobraz jawajskiej wsi i powoli zaczynałem sobie uświadamiać, że zostały mi już zaledwie 2 dni w tym raju. Starałem się więc chłonąć prawie na zapas wszystko dookoła. Miałem też szczęście uczestniczyć w kolejnym (pogubiłem się już w rachubie) jawajskim weselu w Bogorze.
Po powrocie do Dżakarty jako, że wg indonezyjskich znajomych było jeszcze wcześnie (okolice północy!) poszliśmy na hangout do supermarketu 7/11. Razem z Michaelem mieliśmy sceptyczne podejście co do wyboru miejsca hangoutu, ale cóż… zgodnie z zasadą when you’re in Rome do as the Romans do, posiedzieliśmy przy kawie i zaczęliśmy grać w karty. Gra w karty wybitnie mi nie szła, chociaż partnerzy gry dawali mi wszelakie szanse na odegranie się, ale widocznie nie jestem do hazardu – nawet takiego bez stawek – stworzony. Złapała nas za to dość mocna głupawka i wypłoszyliśmy klientelę sklepu…  A może po prostu wyszli, bo było już późno. Chcę też wyjaśnić, że nie siedzieliśmy bezpośrednio w supermarkecie tylko w wydzielonej jego części na piętrze, gdzie można było skonsumować zakupione w nim produkty. Ciekawy pomysł.
W niedzielę wybraliśmy się z Jarem do centrum miasta. Przejechaliśmy przez reprezentacyjną aleję Sudirman, z daleka zobaczyłem znów Monas i meczet Istiqlal. Chciałem tego dnia zobaczyć ostatni raz morze, więc wybraliśmy się do parku przy porcie. Zwiedziliśmy też oceanarium, które zrobiło na mnie fantastyczne wrażenie. Bardzo dobrze przygotowane ekspozycje wszelkich morskich stworzeń od rekinów i płaszczek przez żółwie i ośmiornice po krowy morskie. Wszystko w porównaniu do zoo w Surabaji, bardzo schludnie utrzymane i bardzo ciekawie zaprezentowane. Jako że była to niedziela, naturalnie było masę ludzi. Wieczór spędziliśmy w porcie oglądając zachód słońca a do mnie powoli dochodziły myśli, że to… no właśnie nie chcę pisać koniec, ale coś ewidentnie się kończyło. Przynajmniej jakiś etap.
Ostatniego dnia chciałem sobie pochodzić trochę po centrum Dżakarty, pojechałem więc razem z Jarem taksówką w stronę jego biura i połaziłem wśród wieżowców. Warszawa blado wypada na tle Dżakarty, a Dżakarta bardzo blado w porównaniu z Szanghajem czy nawet Kuala Lumpur. Oczywiście nie obyło się bez zaczepiania przez rikszarzy, ojekarzy, tuktukarzy i taksówkarzy. Nie przesadzali mi wcale, wiedziałem że następnego dnia już tego nie będę mieć. Ani nasi goreng, ani żadnego innego taniego i pysznego żarcia na ulicy. U nas tego po prostu nie ma i wiedziałem, że będę za tym tęsknić. I tęsknię. Sentymentalne myśli starałem się jednak tłumić, bo chciałem mieć dobre wspomnienia z tego dnia.
Z ciekawych miejsc udało mi się znaleźć szkołę do której uczęszczał jako dzieciak Barack Obama. Jego matka wyszła za Indonezyjczyka i młody przyszły prezydent USA chodził w Dżakarcie do podstawówki. Przed szkołą stoi pomnik młodego Obamy z napisem „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w siłę swoich marzeń”…
Zostało mi tylko zrobić zakupy, przeznaczyłem na to całe popołudnie, a o mało nie zabrakłoby mi czasu. Jar przyjechał wesprzeć mnie nieco wcześniej i razem pojechaliśmy w kierunku domu. W planach na wieczór była jeszcze kolacja z siostrzeńcem, który miał urodziny. Kolacja miała być około 20., ale dzięki korkom dotarliśmy dopiero do domu na 20.40… musiałem się jeszcze dopakować, a na około 21. zaplanowałem wyjazd na lotnisko. Jar wcześniej zaproponował, że mnie podwiezie. W takiej sytuacji czasowej zaproponowałem, że wezmę taksówkę, ale nie mogłem się wycofać z propozycji kolacji, bo byłoby to potraktowane pewnie jako afront. Poza tym czas w Indonezji jest przecież zrobiony z gumy… Jam karet.
Na kolację przyjechaliśmy około 21.15 i jako że zamówiliśmy pizzę, trochę trwało aż pojawiła się na stole. Podejrzewam, że większość ludzi w tym momencie zaczęłaby panikować. Ja rok temu pewnie też. Delikatnie tylko spoglądałem na zegarek, którego wskazówki z gumy nie były…  Jar mnie uspokajał, że na pewno zdążymy. Do domu dotarliśmy na 22.10. 5 minut zajęło mi załadowanie 40kg dobytku z 8 miesięcy w Indonezji do samochodu i w drogę.
Na lotnisko normalnie jedzie się około 50 minut przy normalnym ruchu (nie normalnych korkach dla Dżakarty korkach, ale swobodnych ulicach). Mój samolot do Dubaju wylatywał o 0.40. Bramki check-in zamykane o 23.20. Nie trzeba dużo wyliczać, że zapasu czasowego było niewiele.
Na szczęście ruchu na ulicach już względnie nie było. Byliśmy już dobrze na autostradzie wiodącej na lotnisko i opowiedziałem Jarowi, jak to rok temu koleżanka w Moskwie w dobrej wierze zaoferowała nam podwózkę do metra w drodze na dworzec, a tu bach! był wypadek, korek na całego i na pociąg spóźniliśmy się dosłownie 2 minut. Nie minęło 10 minut od mojej historii i o godzinie 23.55 złapaliśmy gumę!
Jar spokojnie powiedział tylko, że zdążymy i że muszę łapać jakiś samochód, który nam pomoże zmienić koło szybciej, bo ekspertami w sprawach motoryzacyjnych raczej nie jesteśmy. Może zmienilibyśmy koło, ale nie w 10 minut! Udało mi się zatrzymać taksówkarza, który bez nachalnej próby przechwycenia mnie do taksówki pomógł nam zmienić koło. Nie miałem stopera ale zajęło nam nie więcej niż 7 minut.
O 22.05 ruszyliśmy, ale było już blisko. Trzeba było tylko strategicznie ustalić jak szturmować lotnisko i z czym, zabrałem tylko bagaż do nadania a Jarowi zostawiłem podręczny, który musiał zaparkować gdzieś samochód i obiecał, że mi go doniesie. O mało nie zapomniałem jednak biletu lotniczego z plecaka. Na odprawę dotarłem o 23.15… na minuty przed ich zamknięciem. Ufff!
Security przy bramkach było wyjątkowo mało wyrozumiałe i nie chciało wypuścić mnie z powrotem po moje rzeczy, ani Jara wpuścić (bo nie miał biletu), ale udało się odebrać rzeczy i pożegnać bocznym przejściem.
Charakter ostatnich godzin sprawił, że nie miałem możliwości ckliwej kontemplacji nad tym co zostawiam. I może dobrze. Jednakże, kiedy przeszedłem ostatnią odprawę oczy trochę się spociły…
Każde żegnaj oznacza jednak jakieś witaj… Jeszcze kilkadziesiąt godzin i byłem w domu.


środa, 26 października 2011

Jawa Barat


Chwilę minęło już od momentu kiedy opuściłem Indonezję, a nie udało mi się jeszcze do końca opowiedzieć o zachodniojawajskich przygodach przed powrotem do Polski. Trzeba nadrobić zaległości – zwłaszcza, że już niedługo, jeśli wszystko się szczęśliwie ułoży będę mógł opisywać przygody z nowej części świata.
W Semarang wsiadłem do pociągu po raz pierwszy raz w Indonezji. Ani nie był specjalnie zatłoczony dworzec, pociąg też w porządku… a nasłuchałem się, że podróżowanie pociągami w Indonezji to koszmar. Inna sprawa, że nie był to pociąg klasy ekonomicznej tylko ‘bisnis’, za który zapłaciłem jak na Indonezję horrendalną cenę 45 zł za 8 godzin jazdy. Ale z miejscówką i perspektywą pięknych widoków Jawy Centralnej i Zachodniej.
Rzeczywiście widoki były piękne. Pociąg przejeżdżał chwilami tuż nad samym brzegiem Morza Jawajskiego a z drugiej strony mijaliśmy malownicze pola ryżowe, a w głębi łańcuchy wulkanów. Najpiękniejsze widoki można było podziwiać dopiero po wjechaniu do prowincji Jawa Zachodnia. Pociąg zaczął się wspinać w górę serpentynami, wulkaniczne szczyty były coraz bliżej, a płaskie pola ryżowe przemieniły się w bajeczne terasy. Zauważyłem na szyldach z nazwą danej stacji kolejowej dziwne numerki… na początku niskie. Gdy wjechaliśmy wyżej zorientowałem się, że to wysokość npm.
Do Bandunga – stolicy Jawy Zachodniej dojechałem koło godziny 16. Na dworzec przyjechał po mnie Opi, z którym kontakt utrzymywałem już od jakiegoś czasu i który z indonezyjską namolnością zapraszał mnie w odwiedziny od lutego. Miasto położone jest na wysokości ponad 700 mnpm na wzgórzach, żeby nie powiedzieć na zboczach wulkanów. Opi mieszkał ‘nad’ centrum i dojazd na motorze z moim 25kg plecakiem wymagał trochę gimnastyki.
O Bandungu mówi się, że to najprzyjemniejsze z dużych miast Indonezji. Rzeczywiście w porównaniu do Dżakarty i Surabaji, jest mniej tłoczno – chociaż miasto ma prawie 4 miliony mieszkańców – i klimat dzięki położeniu w górach chłodniejszy. Jest też parę ciekawych miejsc. Opi pozwolił mi korzystać ze swojego motoru na czas kiedy był w biurze, więc mogłem dogodnie dojechać wcześniej. Na początek wybrałem się w kierunku głównej arterii miasta – Jalan Asia-Afrika. Stoi tam budynek nazwany Budynkiem Wolności. Zorganizowano tam w 1955 konferencję, na której kraje jak Indonezja, które co dopiero uzyskały niepodległość wspierały kraje, które tego jarzma się nie wyzbyły. Mówi się, że to pierwsza konferencja ludów kolorowych w historii ludzkości.
W mieście sporo jest ciekawej kolonialnej architektury, majestatyczny meczet ‘Masjid Raya’, budynki władz miejskich i prowincjonalnych (w tym tzw. Budynek Szaszłyk, od kształtu jego iglicy), słowem można kilka godzin na jego zwiedzaniu spędzić. Ruch też do zniesienia na ulicy, chociaż jak to w dużych miastach Indonezji bywa, większość ulic jest jednokierunkowa i często krąży się dłuższy czas w kółko nim dotrze się do celu.
Koło południa zdecydowałem, że wybiorę się za miasto na pierwszy ze znanych pobliskich wulkanów. Koniec języka za przewodnika i w drogę na północ. Trochę się bałem, że automatyczny motor bez biegów nie da rady, ale bezpodstawnie. Po 40 minutach jazdy ostro pod górę, podziwiając widoki miasta podobne do widoków Krakowa z okolic w których mieszkam, dotarłem do bramy parku, gdzie trzeba było wykupić bilety wstępu. Ani rozmowa po indonezyjsku, ani żarty, ani prośby nie uchroniły mnie przed koniecznością wykupienia droższego biletu dla cudzoziemca. Trafiłem na niewłaściwego strażnika.
Tangkuban Parahu to nazwa wulkanu wznoszącego się ponad 2000 mnpm. Właściwie to resztki ogromnego wulkanu Sunda, który wybuchł wieki temu i teraz dogorywa. Turystów ściągają malownicze kratery, z których wydobywają się nieznośnie śmierdzące opary siarki. Ludzi rzeczywiście było mnóstwo i ciężko było znaleźć miejsce, żeby nacieszyć się widokiem w spokoju. Dotarłem też do drugiego krateru, mniej uczęszczanego, na dnie którego z wielkich głazów ludzie układali napisy typu ‘Tu byłem”… widać to nie tylko polski zwyczaj.
Następnego dnia wybrałem się zobaczyć inny wulkan również na dwóch kółkach. Wydostanie z miasta we właściwym południowym kierunku zajęło mi całkiem sporo czasu. Siatka szerokich, ale jednokierunkowych ulic Bandunga, których połowa była w remoncie w związku z czym porobiono objazdy, przypominała labirynt nie do wybrnięcia. Na właściwą wylotówkę dostałem się po prawie godzinie krążenia po mieście. Pogoda dopisywała (poprzedni dzień był nieco pod chmurą). Po drodze zatrzymałem się na jeden z lepszych nasi kuning jaki jadłem (żółty ryż, specjalność regionu Sunda).
Krajobraz w drodze do Kawah Putih był niemniej malowniczy od tego, który widziałem dnia poprzedniego. Muszę przyznać że Jawa Zachodnia jest naprawdę piękna i żałowałem trochę, że miałem na nią zaledwie parę dni. Inaczej niż dnia poprzedniego przy wjeździe na teren parku nie było problemu z przekonaniem, że jestem naturalizowanym Indonezyjczykiem i dostałem bilecik za grosze, ale nic za darmo – musiałem pozować do zdjęć.
W tłumaczeniu na polski Kawah Putih to biały krater. Na jego dnie znajduje się jezioro zabarwione przez roztwory siarki na bladobłękitny kolor. U brzegów jeziora siarczane błoto, w którym niektórzy brodzili – ponoć ma właściwości lecznicze dla skóry, ale należy uważać żeby nie przyschnęło, bo może poparzyć. Krajobraz iście księżycowy. Słyszałem, że sceneria była wykorzystywana do kręcenia filmów science-fiction. Wcale się nie dziwię takich miejsc w Indonezji jest pełno.
 Słońce tego dnia wyjątkowo mocno operowało i wręcz nie dało się patrzyć na taflę wody. Gdy wróciłem na parking, na chwilę usiadłem i dosiadł się do mnie miejscowy strażnik parku. Wcale nie wciskał mi nic nachalnie, zapytał jak się podobało i czy widziałem drugi krater. Oczywiście, że nie widziałem, bo nie było na ten temat żadnej informacji. Pokazał mi ścieżkę w lesie i powiedział, że to jakaś godzina drogi na szczyt, z którego widać jezioro i drugi krater.
Miałem spory zapas czasowy, wiec zacząłem się wspinać. Ścieżka była dość stroma i od razu przypomniał mi się trekking w Bukit Lawang, jednak roślinność trochę inna, bo teren znacznie wyżej npm. Widok na szczycie przesłaniały drzewa, ale wędrówka dobra dla zdrowia i utrzymania kondycji.
Po powrocie przyszła pora myśleć o rozstaniu z Bandungiem. Kolejnego dnia chciałem dostać się do Dżakarty…

poniedziałek, 19 września 2011

Między Jawą a Borneo.


Po wyjeździe z SAIMS zostały mi prawie 2 tygodnie w Indonezji. Wystarczająco żeby zwiedzić jeszcze parę miejsc na Jawie. Pierwszym celem podróży był archipelag Karimunjawa położony na Morzu Jawajskim między Jawą a Borneo. 
Nocnym busem wybrałem się z Surabaji do Jepary, skąd miał odpływać prom na wyspy. Do Jepary dotarłem dość wcześnie – już o 2. w nocy, a prom odpłynąć miał dopiero o 9. Terminal okazał się jednak spory kawałek od portu, musiałem z całym dobytkiem przejść pół miasta na butach. W porcie już około 3. było trochę ludzi. Jako że to środek wakacji z okazji Idul Fitri spodziewałem się, że chętnych na wakacje na wyspach będzie sporo. I miałem rację, z godziny na godzinę przyjeżdżało więcej samochodów - głównie Chińczyków z Dżakarty. Przed 6. wybrałem się sprawdzić czy można już wejść na prom. Strażnik powiedział mi, że nie kupię jednak biletu bezpośrednio przy wejściu na prom i muszę się wrócić do kasy, której nie zauważyłem. Nie miałem ochoty nieść swoich trzydziestu paru kilogramów tam i z powrotem dlatego po prostu zostawiłem je przy drodze, będąc (jak się okazało słusznie) pewien, że nikt tego nie ruszy. 
Kolejka do kas była straszna i każdy kupował kilkanaście biletów. Zaczynałem się denerwować, że nie uda mi się ich dostać. Z zachowaniem porządku w kolejce też było ciężko, co chwilę się ktoś wpychał. Jak byłem bliżej kasy, kilka razy nie wytrzymałem i otworzyłem usta używając dosadnych stwierdzeń, które jednak poskutkowały. Bilet też udało się zdobyć.
Kiedy wszedłem na prom ze swoim dobytkiem, statek był już niemal pełny. Udało mi się ulokować z bagażem na schodach, które okazały się dość dobrym miejscem. Prom odpłynął już o 7.30 zostawiając chyba trochę klientów w porcie, bo był już pełen. Ludzi było na pewno więcej niż może zabrać. Przynajmniej na Zachodzie taki stan by nie przeszedł. Na promie było wesoło. Co rusz ktoś zwracał śniadanie w bardzo emfatycznym stylu. Zepsuły mi się słuchawki, a byłyby nieocenione w tym środowisku… 
Do Karimunjawy dotarliśmy około 13.30 po 6 godzinach. Kolejną kwestią był nocleg, którego nie miałem zarezerwowanego. W porcie powiedzieli mi, że będzie ciężko, bo większość kwater jest zajętych i muszę sam szukać po ludziach. Rzeczywiście początkowo wszystko było zajęte, ale po jakimś czasie natknąłem się na dziadka, który zaprowadził mnie do miejsca, gdzie były jeszcze wolne pokoje w rozsądnej cenie (która i tak była zawyżona – jak wszystko – ze względu na wakacje).
Do domku wprowadzili się jeszcze studenci z Jogjakarty, para Indonezyjczyków i Australijczyk. Towarzystwo się na pewno udało, zwłaszcza, że przyjechali tutaj na motorach i można było wszędzie szybko dotrzeć. Mieli też namiary na kogoś miejscowego, kto organizuje wycieczki łodzią po archipelagu. Tak więc byłem trochę na doczepkę.
Szczerze mówiąc trochę inaczej sobie to miejsce wyobrażałem zwłaszcza po opowiadaniach znajomych. Myślałem, że będzie tak dobrze jak w Sabang, jednak nie było. Morze przy brzegu w wiosce nie nadawało się do pływania. Na szczęście kolejne 2 dni spędziliśmy w większości na łodzi. Najpierw w 4, a potem w 6 – z poznanymi w trakcie dziewczynami z Chile i Anglii. Widoki owszem urocze, lazurowe morze, biały piasek, palmy kokosowe – wszystko jak z folderu dla turystów wybierających się na Malediwy. Mnie jednak najbardziej interesowało to co było pod wodą i tutaj nie było zbyt ciekawie. Owszem korale całkiem w dobrym stanie (w porównaniu do Sabang) i bardzo różnorodne, natomiast ryb było bardzo mało. Żadnych żółwi, ośmiornic, rzadszych okazów ryb. Kiepsko… byłem trochę zawiedziony.
Najciekawszym punktem pierwszego dnia była wizyta w miejscu, gdzie można było popływać z rekinami. Nie były to naturalnie rekiny żarłacze błękitne, ale mimo wszystko miały zęby, chociaż ich nie używały w spotkaniu z ludźmi i raczej unikały kontaktu. Skóra rekina w dotyku jest bardzo specyficzna, głaszcząc "pod włos" jest bardzo szorstka, wręcz ostra, a "z włosem" gładka jak aksamit. Szkoda jednak, że nie można ich było zauważyć w otwartym morzu.
Drugi dzień spędziliśmy podobnie tyle że na innych wyspach archipelagu. Niestety organizatorzy wycieczek mieli bardzo kiepski pomysł zabierając wszystkich w to samo miejsce to tej samej porze. Rajskie plaże w ten sposób były bardzo zatłoczone i ciężko było o prawdziwy odpoczynek w spokoju. Nie uniknęliśmy z dziewczynami próśb o zdjęcia. Prosiliśmy naszych „kapitanów” żeby wzięli nas w miejsca, gdzie nie będzie ludzi, ale rozkładali ręce, że to nie oni decydują tylko zarząd parku. 
Początkowo planowałem, że zostanę na wyspach nawet tydzień, ale szybko z tego planu zrezygnowałem. Jednym z powodów było to, że nie miałem przy sobie wystarczającej gotówki, a bankomaty na Karimunjawę jeszcze nie dotarły. Kartą też nigdzie nie da się jeszcze płacić. Gwoździem do decyzji był fakt, że pod wodą nie było aż tak ciekawie jak się spodziewałem.
Ostatni dzień spędziliśmy na motorach zwiedzając wyspę. Wybraliśmy się na wschód słońca na plażę Nirwana, jednak chmury pokrzyżowały nasze plany. Studenci byli wyposażeni w harcerski zestaw do gotowania i zjedliśmy na plaży skromne śniadanie – ryż, tempe i kawa.
Po drodze dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia prawie 200 osób przymusowo zostało na dzień dłużej na wyspie, bo zabrakło biletów na prom. Jeden z nas wybrał się wcześniej do portu stanąć w kolejce po bilety. Ja zostałem na kwaterze trochę dłużej. Kiedy przyszedłem na 2 godziny przed planowym otwarciem kas, okazało się, że jesteśmy 157. na liście i każdy przed nami chcę po kilka-kilkanaście biletów. Szansę na wypłynięcie marne. Nastroje bardzo nerwowe, bo każdy chce na prom, bo musi do pracy, szkoły czy po prostu musi jechać na Jawę po większe zakupy (wersja dla miejscowych). Największym problemem było, że znajomi studenci byli na motorach. W pewnym momencie powiedziano, że miejsc na motory na pewno już nie ma. Co chwilę pojawiał się ktoś, kto rozprowadzał bilety dla konkretnych ludzi, ale kasy były cały czas zamknięte. 
Doszedłem do wniosku, że czekanie nie ma większego sensu i spróbowałem innego wariantu. Podszedłem do miejsca, gdzie wpuszczali na prom ludzi z biletami i powiedziałem oficerowi, że jutro mam samolot i kończy mi się wiza – muszę wejść na prom. Miałem przygotowaną 2-krotną cenę biletu (wcześniej chcieliśmy kupić bilety za dwukrotną cenę, ale nikt nie chciał odsprzedać – były bezcenne) ale o dziwo wpuszczono mnie za darmo. Czasami wystarczy grzecznie poprosić… 
Prom wcale nie był taki pełny jak w drodze do. Nie rozumiem czemu nie sprzedawano biletów jak należy… Znów prom odpłynął prawie 2 godziny przed czasem. Dopłynęliśmy godzinę po czasie – może wiatr wiał ze złej strony? Nie miało to większej różnicy, bo i tak było bardzo wcześnie. Postanowiłem po drodze na zachód Jawy, zrobić przystanek w stolicy prowincji Jawa Centralna – Semarang. 
Znajomy z Surabaji polecił mi kogoś kto mógł mnie przenocować. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to nie-Indonezyjczyk. Meda pochodzi z Libii, jest na finiszu swoich studiów inżynieryjnych. Okazało się, że w mieście jest kilku Libijczyków, również studentów. Ciekawie było z nimi porozmawiać o sytuacji w ich kraju, o tym jak im ciężko ze świadomością co dzieje się w ojczyźnie.
Meda, podobnie jak ja przywykł na tyle do Indonezji, że daje sobie radę na mieście z motorem. Użyczył mi go na parę godzin, więcej miałem dobrą okazję pozwiedzać miasto w wygodny sposób. 
Semarang położony jest podobnie jak Surabaja na północnym brzegu wyspy nad Morzem Jawajskim. Miasto rozrosło się wokół portu, założonego przez Holendrów. Z czasem zaczęło się rozszerzać na okoliczne wzgórza i dlatego dzisiaj mamy Semarang „Dolny” i „Górny”. Meda mieszkał w   „górach”, ale centrum znajduje się na dole. Jest trochę kolonialnej architektury – niektóre budynki nawet w niezłym stanie. Trafiłem do kilkuwiekowego holenderskiego kościoła w centrum, katedry, głównego meczetu, na targ i to właściwie tyle z ciekawostek miejskich. Na koniec zaopatrzyłem się w bilet na pociąg do Bandunga. Potrzebowałem 8 miesięcy, żeby wsiąść do pociągu w Indonezji… Lepiej późno niż wcale.

niedziela, 18 września 2011

Tam gdzie robi się siarkę.


Nim wyjechałem z Surabaji odwiedziłem jeszcze parę miejsc na Jawie. Najpierw już po raz piąty wybrałem się na Bali, które już powoli mogę stwierdzić, że znam jak własną kieszeń – a przynajmniej południową, najbardziej turystyczną część. W drodze powrotnej postanowiłem zatrzymać się w najbardziej na wschód wysuniętym rejonie Jawy – Banyuwangi. Podróż z Denpasar szła wyjątkowo mozolnie jako że na Jawę wracały setki tysiący Jawajczyków na Idul Fitri – święto wyznaczające koniec ramadanu. 
W porcie Ketapang już po jawajskiej stronie czekał na mnie Supri z CS. Byłem jego pierwszym gościem, więc się bardzo starał pod każdym względem. Banyuwangi okazało się być bardzo rozciągniętym miastem, a Supri z rodziną mieszkał w jego południowej części. W domu bardzo rodzinnie, żona z dziećmi i rodzice. Rodzinnie i gościnnie, czułem się u nich bardzo dobrze.
Następnego dnia Supri wziął mnie i starszą córkę na południe w kierunku oceanu. Plaże w okolicach Grajagan słynną ze swoich fal. Z Bali motorówkami przypływają tutaj miłośnicy surfingu w poszukiwaniu większych wrażeń niż oferuje Kuta. Plaża prezentowała się dość szaro z powodu pochmurnej pogody i ciemnego wulkanicznego piasku. Sporo było rybaków, którzy nie wiem w jaki sposób wypływali małymi łupinkami na wzburzony ocean. Inni łowili ryby zarzucając sieci w oryginalny sposób.
Wybraliśmy się też do nadmorskiego lasu namorzynowego. W porze suchej co prawda nie prezentuje się on zbyt okazale – zamiast wystających z wody mangrowców wszędzie błoto. Widać sporo poskoczków mułowych – ryb, które potrafią oddychać powietrzem. Przeprawiliśmy się łódką przez zatokę oddzielającą las namorzynowy od półwyspu, po drodze mijając rybaków zbierających małże i kraby na płyciźnie. 
Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie przed 5., żeby wybrać się do miejsca, do którego chciałem dotrzeć już od dłuższego czasu. Celem był krater Kawah Ijen. Wybraliśmy się na motorze – droga przez Banyuwangi minęła w porządku, ciekawiej zaczęło się, gdy zaczęliśmy się wspinać w górę. Droga była w tragicznym stanie. Całe szczęście, że wzięliśmy motor z biegami, a nie automatyczny, bo inaczej na pewno nie dalibyśmy rady wyjechać. Pogoda nie była zachęcająca, jednak po dojechaniu do miejsca odkąd zaczyna się wspinaczka przekroczyliśmy granicę chmur i było słonecznie.
Już od samego początku rzucili się w oczy legendarni górnicy siarki. Dzień w dzień na swoich barkach dźwigają 50-80 -kilogramowe worki wypełnione skrystalizowaną siarką. Za marne kilka dolarów pokonują trasę około 5 km, wspinając się najpierw z głębi krateru na jego koronę i schodząc w dół po stromej ścieżce. Nie sposób wyrazić podziwu dla ich pracy, bo jest to katorga.
O atrakcyjności i sławie miejsca może świadczyć liczba zagranicznych turystów jaka zwiedzała to miejsce, porównywalna na Jawie jedynie pewnie z Bromo czy Borobudur. Dno krateru wypełnia szmaragdowe jezioro. Ze względów bezpieczeństwa (silne opary siarki) odradzane jest zejście na samo dno, ale górnicy właśnie stamtąd wynoszą siarkę. Minęliśmy tego dnia około 50 górników i choć widać było zmęczenie i trud na ich twarzach, to większość z nich robiąc przystanki chętna była do rozmowy. To niesamowite jak ludzie w tym kraju bez względu na trudne warunki w jakich żyją, zachowują uśmiech i pogodę ducha.

wtorek, 13 września 2011

Sampai jumpa...


I left Indonesia yesterday. This entry is dedicated for everyone that I’ve met throughout the last 8 months.
The real test of how much I love this country was yesterday. The moment when I had to force myself to not think about leaving and trying to enjoy the last moments. When I crossed the check-in gates I knew it was all over, I knew the doors are closed and I have no idea if I can open them again.
The most amazing thing about my stay in Indonesia were you. All people who made my stay such an unforgettable experience. I know I am not perfect and there were moments when I probably didn’t give the best account of myself. Please forgive me.
I’d like to say that during this time I probably met the kindest, most warm-hearted and helpful people I’ve ever come across. Sure, there were things I didn’t like and at times I would express them. Please don’t hold it against me. As I said many times, I believe that talking about negative things is a way to improve the situation.
But what I will remember were the great moments I’ve had with you. I’ve got dues till the end of my life and I will do my best to pay them with spreading the kindness and doing good deeds to other people I cross on my path.
I’m sitting right now in Dubai airport waiting for my plane further to Istanbul. It feels like I’m on the crossroads of my life again. So many different people surround me that are here for the same purpose. I have no idea what I’m going to do next. I wish I could come back to Indonesia soon, but I don’t know if and when it will be possible. But I trust in God that he will give me an opportunity to come back to what became my second home country. Every single person I met on my way is a reason to come back. 
Keep your fingers crossed for me so it’s possible. I could write forever  but the bottom line is that I’d like to thank you all, without mentioning names. You all know who you are. I love you all, people like you make this world a better place.

TERIMA KASIH.