wtorek, 26 kwietnia 2011

Wielkanoc na Celebesie

Święta Wielkanocne A.D. 2011 spędziłem zrządzeniem losu spędziłem daleko od rodziny i polskich tradycji, jednak mimo wszystko miały one dla mnie dość rodzinny przebieg. Ale po kolei…
Widoki z samolotu
Czy komuś coś mówią nazwy Bunaken albo Manado? Pewnie w Polsce niewiele o nich słyszało, ale na świecie wśród amatorów nurkowania wyspa Bunaken jest powszechnie znana. Jak tylko przyjechałem do Indonezji, miejsce to było wysoko na liście moich podróżniczych planów, ale z przyczyn czasowo-organizacyjno-finansowych było odkładane na nie wiadomo kiedy w przyszłości.
Tak się jednak stało, że zupełnie niespodziewanie jakieś 2 tygodnie temu, dostałem SMS czy nie chciałbym pojechać z rodziną dwóch moich uczniów w odwiedziny do ich ojca, który jest oficerem w bazie morskiej w Manado. To nie było trudne pytanie do odpowiedzi.
Na lotnisku okazało się, że jedzie nas cała rodzina – mama z trójką dzieci, dziadek z babcią i my, dwójka nauczycieli. Dziadek, który okazał się moim późniejszym współlokatorem w hotelu, był duszą towarzystwa i niemożliwym było się przy nim nudzić. Sam służył w marynarce, a później wykładał w Akademii Morskiej. W latach ’60 studiował w Odessie i Władywostoku, więc było o czym rozmawiać.
Nasz lot do Manado miał międzylądowanie w największym mieście wyspy Celebes – Makassar bądź jak kto woli Ujung Pandang. Po drodze z samolotu widać było wulkany wschodniej Jawy, których jedynie czubki wystawały znad chmur, wysepki Morza Jawajskiego, później charakterystyczne kształty wyspy Celebes.

Miasto ozdobione w Wielki Piatek
Na lotnisku w Manado zostaliśmy przywitani jak prawdziwi VIP i odeskortowani przez marynarzy w oznaczonych samochodach do hotelu. Wieczorem wybraliśmy się na nadmorską promenadę i pojeździłem z dzieciakami na charakterystycznych rowerach.
Parę słów o samej wyspie – to 3. co do wielkości wyspa Indonezji po Borneo i Sumatrze, jest jednak dość słabo zaludniona. Na południu przeważa islam, jednak na północy gdzie znajduje się Manado wyraźnie dominuje chrześcijaństwo – są zarówno katolicy, protestanci jak i wszelkiego rodzaju inne wyznania. Dominujące wyznanie w danym miejscu jest o tyle ważne, że wyznacza ono klimat, wygląd miasta oraz zachowanie ludzi. Zupełnie inaczej wygląda Bali w porównaniu do muzułmańskiej Jawy, a jeszcze inaczej chrześcijańska północ Celebesu. Samo miasto leży tuż nad Równikiem, klimat bardzo wilgotny, jednak nie aż tak gorący jak w Surabaji. Codziennie padają zenitalne deszcze po południu.
Ziele na kraterze
5 świątyn w jednym miejscu
Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w rejon Tomohon. Słynie on z tego, że jego mieszkańcy mają niecodzienne gusta kulinarne. Można więc zjeść tutaj psa, kota czy nietoperza. Był to jednak Wielki Piątek, więc o mięsie raczej nie było mowy. Na ulicach wszędzie można było zobaczyć krzyż we fioletowym bądź czerwonym kolorze, a w kilku miejscach natrafiliśmy na odgrywaną drogę krzyżową. Ludzie poprzebierani byli w stroje żołnierzy, kapłanów i apostołów, oraz oczywiście Chrystusa niosącego krzyż. Religia w Indonezji jest czymś z czego jest się naprawdę dumnym i bardzo podkreśla się swoją przynależność religijną. Do tej pory jest pod wielkim wrażeniem w jakiej jednak harmonii wszyscy potrafią tutaj żyć. Dowodem tego jest wzgórze Doa, które odwiedziliśmy. U jego podnóża znajduje się wulkan błotny, a wokół pełno potwornie śmiedzącej siarki. Na szczycie wzgórza znajduje się wielki krzyż widzialny z samego miasta. Tuż obok znajdują się świątynie 5 uznawanych oficjalnie w Indonezji religii – katolicka, protestancka, muzułmańska, buddyjska i hinduistyczna. Niżej natomiast ma miejsce obelisk z modlitwami w tychże pięciu religiach. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć czy widziałem coś podobnego w Europie…
Jezioro Tondano
Następnie wybraliśmy się nad jezioro Tondano. Jest ono położone malowniczo wśród wzgórz północnego Celebesu i ciagnie się na linii północ-południe. Jego brzegi porasta miejscowa odmiana lilii wodnych, wzdłuż których rybacy mają swoje domki. Delikatny deszcz i mgiełka nadawały temu miejscu niepowtarzalny mistyczny charakter.
W sobotę przyszedł czas na deser, a właściwie całą ucztę. Krótko mówiąc – nurkowanie na Bunaken. Rodzina wynajęła łódkę w porcie i wypłynęliśmy w morze. Wyspa znaduje się w odległości kilkunastu kilometrów od portu Manado. Tuż na zachód od niej znajduje się wyspa Manadotua z charakterystyczna sylwetką wulkanu. Po drodze przez przeszklone dno statku mogliśmy mieć namiastkę co można będzie oglądać później.
U wybrzezy Bunaken
Sama wyspa Bunaken to zarośla namorzynowe i stanowiska z usługami dla turystów od jedzenia po sprzęt do nurkowania. Odziani w pianki do nurkowania (którą początkowo założyłem na lewą stronę) ruszyliśmy z powrotem w morze. Rafa zaczyna się już kilkadziesiąt metrów od brzegu. Trzeba założyć płetwy, bo niektóre korale potrafią być naprawdę ostre.
Pływając w Nusa Dua miałem namiastkę jak piękne są tropikalne ryby, jednak rafa koralowa to coś zupełnie nie z tej ziemi. Nawet filmy przyrodnicze nie oddają widoku, który się odsłania po zanurzeniu. Nie ma takiego miejsca na powierzchni, w którym można napotkać na taką feerię barw i niesamowitych kształtów. Najwięcej z nich i najciekawsze można obserwować w miejscu gdzie rafa stromą ścianą opada kilkadziesiąt metrów w dół. Niestety z rurką da się jedynie zanurkować kilka metrów.
Rybki można karmić krakersami i wtedy kłębią się tuż przed oczami. Oprócz krakersów próbowały też kosztować samego mnie jako że otworzyły mi się rany po wypadku w zeszły weekend. Z wody było żal wychodzić i żal też było wyjeżdżać z Manado.
Ready to dive!
W niedzielę rano wybrałem się na wielkanocną mszę do katedry. Msza nie była zbyt uroczysta. Spodziewałem się procesji rezurekcyjnej, ale ta jest tutaj odbywana w sobotę. Wieczorem poprzedniego dnia w kilku miejscach w mieście widziałem jednak ludzi poprzywiązywanych do krzyża. Nie była to jednak wersja z Filipin, gdzie ludzie przybijają się do krzyża gwoździami. Po mszy odwiedziłem rodzinę naszego kierowcy, który przez cały wyjazd przyprawiał mnie o ból brzucha swym histerycznym śmiechem. Nie mówił prawie nic po angielsku, ale był bardzo towarzyski przez co zmuszał mnie do rozmawiania po indonezyjsku.
Droga Krzyzowa
Wyjazd ten jeszcze bardziej umocnił mnie w moim przekonaniu, że Indonezyjczycy to najbardziej gościnny naród na świecie. Wszystko dla ludzi jest tutaj wspólne, a jeśli ktoś coś ma to nie można się z tego cieszyć w pojedynkę, jedynie z rodziną, przyjaciółmi, ale też z obcymi. Była to prawdziwa podróż za jeden uśmiech i w życiu nie spodziewałem się, że 12 tysięcy kilometrów od rodzinnego domu w Wielkanoc mogę poczuć się chociaż trochę jak w rodzinie. Terima kasih… I will never forget what you’ve done to me.

W te Swieta odszedl ktos bardzo wazny dla mnie, bez kogo nie bylbym na pewno kim jestem. Ciociu, bedziesz na zawsze w moim sercu i w mojej pamieci...

wtorek, 19 kwietnia 2011

Crazy wycieczka na Bromo.




Wschodnia Jawa usiana jest większymi i mniejszymi wulkanami lecz jeden z nich, choć wcale nie największy jest wręcz legendą. Większość z turystów odwiedzających Jawę przyjeżdża, żeby podziwiać majestatyczne i groźne piękno wulkanu Bromo i jego okolicy. Wulkan jest bardzo aktywny i praktycznie nonstop dymi. W listopadzie zeszłego roku miała miejsce erupcja - okoliczne tereny pokrył czarny wulkaniczny pył. Od tego czasu zabronione było wejście na sam wulkan, dlatego też zwlekałem z odwiedzinami.
Chłopaki dawali radę (to w kratkę to sarong)
Decyzję o wyjeździe podjąłem dość spontanicznie. Motywacją był tykający zegar – niewiele wolnych niezaplanowanych weekendów pozostało mi w Indonezji, a odpuszczenie Bromo to tak jak nie przyjechać do Zakopanego będąc pół roku w Krakowie. Wybraliśmy się z trójką znajomych na motocyklach. Jak na miejscowe warunki uważam motor za najlepszy środek transportu na relatywnie krótkich trasach (powiedzmy do 150 km). Zawsze można się zatrzymać, a i zwykle dociera się wszędzie szybciej bo można przecisnąć się między samochodami w korku, chociaż (zwłaszcza w drodze powrotnej) siedzenie daje o sobie znać. Spakowaliśmy plecaki i po 15. w sobotę ruszyliśmy w drogę. Trasę wiodącą z Surabaji na południe znam już na pamięć i szczerze (z powodu korków) jej nie cierpię. Tworzą się one zwykle w pobliżu wulkanu błotnego, który utworzył się po nadmiernych odwiertach w poszukiwaniu gazu w Sidoarjo i zablkował wcześniej istniejącą trasę szybkiego ruchu.
Dymiący Bromo, po prawej Batok, w tle Semeru
Wschód słońca
Po około 2,5 godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na obiad. Chłopaki wykorzystali czas przebierając się w cieplejsze ubrania – jak dla mnie wciąż było „panas” – gorąco. Indonezyjczycy ubierają kurtki i czapki jak temperatura spada poniżej 20C. Ja zostałem w szortach i zamówiłem do picia kawę z lodem, a oni stukali się po głowie. Gdy już zaczęliśmy się wspinać na górę, z której chcieliśmy rano podziwiać wschód słońca, mieliśmy nieprzyjemną niespodziankę. Droga była dość kręta i śliska, bo pokryta wulkanicznym pyłem i świeżo po deszczu. No i stało się, leżymy na drodze – na szczęście nic wielkiego się nie stało, skończyło się na rozbitym kolanie i pokiereszowanych rękach, natomiast kolega podarł sobie spodnie (mnie czekałoby to samo gdybym je wcześniej ubrał, a nie został w szortach). Początkowo bałem się, że skręciłem kolano, bo upadek zabolał do tego stopnia, że niemal zemdlałem z bólu, ale na szczęście zaraz przeszło. Ranę trzeba było jednak szybko umyć bo nie wyglądała zbyt ciekawie.
Ludzie na Jawie są naprawdę bardzo pomocni i otwarci, nie było problemu, żeby znaleźć kogoś kto pozwoli mi się umyć i doradzono mi też gdzie mogę dostać coś do odkażenia rany i bandaże. Okazał się być to sklep, ale właścicielka dała mi wszystko co potrzebne i nie chciała za to żadnych pieniędzy. Wypiliśmy jeszcze kawę (tym razem już na gorąco), ubrałem dłuższe spodnie i kurtkę i pora była stawić czoła górze Penanjakan.
Chociaż liczy ona 2770 mnpm, to na szczyt wiedzie asfaltowa droga. Mimo wypadku zdecydowaliśmy wcześniej, że nocować będziemy na szczycie. Chyba naprawdę zapomniałem co to zima, bo temperatura około 5C dała mi się we znaki. Początkowo próbowaliśmy rozłożyć nasze peleryny przeciwdeszczowe i położyć się na nich w zacisznym miejscu okrywając się sarongami (sarong to wielofunkcyjna muzułmańska spódnica męska służąca do modlenia się, jako szlafrok, koc, albo strój tradycyjny - niepotrzebne skreślić). Po wypróbowaniu wszelkich możliwych pozycji sypialnych stwierdziłem, że jest to mission impossible i powiedziałem chłopakom, że ja tam wolę pobiegać przez jakiś czas bo przynajmniej będzie mi ciepło, a zamarznąć nie zamierzam. Szybko doszli do wniosku, że tędy droga i następne kilka godzin spędziliśmy na bieganiu, śpiewaniu, graniu i generalnie robieniu z siebie wariatów. :) Czas dosyć nam się dłużył, jednak noc była naprawdę piękna – pełnia księżyca, spadające gwiazdy i lekko naszkicowana w dole sylwetka wulkanu Bromo z którego wydobywały się kłęby dymu.
O 3. otworzono pierwszy warung poniżej szczytu (dla nie wtajemniczonych z poprzednimi wpisami, warung to miejscowa stołówka uliczna) i rzuciliśmy się na gorącą herbatę. Po jakimś czasie zaczęli pojawiać się kolejni turyści (zapomniałem dodać, że na kilka godzin mieliśmy szczyt wyłącznie do swojej dyspozycji). Po 4. zaczęło się już robić tłoczno. Tuż przed 5. rozpoczął się spektakl, który wynagrodził noc spędzoną w niskiej temperaturze. Nie jestem w stanie opisać jak piękny był to wschód słońca i podejrzewam, że nawet zdjęcia tego nie są w stanie odzwierciedlić. Mówiąc szczerze trzeba po prostu tego samemu doświadczyć – widok zapierał dech w piersiach i wywoływał wzruszenie. Słońce wychodziło zza chmur znad położonych na wschodzie gór i powoli rzucało światło odsłaniając rozpościerającą się u podnóża góry Penanjakan kalderę, w której centrum znajduję się wulkan Bromo. 
Tengerczycy i ich konie  
Średnica kaldery Tengger to około 10 km. W jej centrum znajduje się właśnie Bromo, który wygląda trochę jak miska z której wydobywa się szary gęsty dym. Do niedawna jednak z wulkanu wydobywał się czarny pył wulkaniczny, którym pokryta jest cała okolica. Tuż obok znajduje się wyższy dość symetryczny stożkowaty szczyt Batok, który na pocztówkach ma piękny zielony kolor, teraz jednak ma barwę grafitu. W tle natomiast można zobaczyć majestatyczny szczyt Semeru - najwyższy szczyt Jawy – 3676 mnpm. Dla mieszkającej w tym rejonie lokalnej ludności - Tengerczyków - wyznających hinduizm (nieco bardziej animistyczny niż hinduizm balijski) teren ten jest miejscem świętym. 


Kiedyś były tu schody...
Widok był tak wspaniały, że ciężko było oczy oderwać. Około 7. zaczęliśmy zjeżdżać w dół, zatrzymując się jeszcze na sesję w innych punktach widokowych po drodze. Drodze, która rzeczywiście była w kiepskim stanie, ale to wina i wulkanu i naprawdę stromego zjazdu. Momentami trzeba było zejść z motoru i go prowadzić. Po zjeździe na dno kaldery przeraża pustka i unoszący się nad nami dym z wulkanu. Cisza wydaje się krzyczeć w uszach – nie słychać wiatru, nie słychać ptaków, nic. Podobne uczucie miałem rok temu na mongolskich stepach. Jedyne słuszne określenie tego miejsca to przerażające piękno przyrody. Kalderę pokrywa wulkaniczny pył, a teren ten nazywa się sawanną. Postanowiliśmy podjechać bliżej do wulkanu, chociaż kilka tygodni wcześniej według relacji znajomych był on jeszcze zamknięty dla turystów.
Tuż u stóp wulkanu mieści się hinduistyczna świątynia Poten – święte miejsce Tengerczyków. Ludzie Ci przypominają bardziej z ubioru Peruwiańczyków na tle gór, odzianych w coś na kształt ponczo dosiadając malutkich koników. Pogoda w weekend wyjątkowo dopisała a wulkan był też łaskawszy, dlatego tez można było wspiąć się na jego koronę. Przed erupcją na jego szczyt prowadziły schody, które jednak teraz pokrywa kilkumetrowa warstwa pyłu po której trzeba się niemal wdrapywać na czworaka. Pierwsze spojrzenie w głąb wulkanu i odgłos wydobywający się z krateru napawa przerażeniem. Z wnętrza wydobywa się śmierdzący ogromny słup dymu o zapachu siarki. Ponoć Tengerczycy wrzucają do niego dary, a potem próbują zejść na jego dno, żeby je odzyskać co ma gwarantować szczęście. Obecnie, chyba tylko ktoś niespełna rozumu zaryzykowałby taki krok. Patrząc w drugą stronę rozpościera się widok, który przypomina (dla fanów Tolkiena, a raczej Petera Jacksona) widok z Gondoru w stronę Mordoru. Po powrocie aż sprawdziłem czy Jackson nie wykorzystał tego krajobrazu we Władcy Pierścieni, ale jednak wszystkie sceny były kręcone w Nowej Zelandii. Nie było to jednak moje złudzenie bo na innym z blogów znalazłem podobną opinię.
Spojrzenie w piekło
Marsjański krajobraz, w dole Poten
Krajobraz jest nie księżycowy, a marsjański. To niesamowite jak niedostępna i nieprzyjazna potrafi być natura, a mimo wszystko nawet tam rosły pojedyncze krzewy, a całkiem niedaleko są osady ludzkie. Po zejściu z wulkanu postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wodospad o którym wiele słyszało, ale mało kto się tam wybiera ze względu na trudną trasę. Po drodze mijaliśmy wioski Tengerczyków przykryte kołdrą z pyłu, drogi, domy, uprawy, obumarły las, wszystko w grafitowym kolorze, ale ludzie powoli już się otrząsają po tragedii, która ich spotkała i wracają do „normalnego trybu życia”. Ciężko nie odnieść wrażenia, że ludzie Ci są świadomi miejsca w którym mieszkają i być może to co dla nas byłoby końcem świata dla nich jest po prostu naturalnym zjawiskiem jak dla nas śnieg w zimie... 
Wodospad Madakaripura to kolejna z legend tego rejonu. Położony jest w wąskiej dolinie u podnóża pasma gór z którego najwyższego szczytu podziwialiśmy wschód słońca. Gdy przyjechaliśmy na parking, miejscowi szybko nam uświadomili, że z plecakami, w kurtkach i butach nie mamy się po co tam wybierać i trzeba i się rozebrać do szortów i japonek. Droga wiodła prosto przez rwący górski strumień. Wokół prawdziwa równikowa puszcza, odgłosy ptaków, małp i kto wieszcze wie czego, jednak w gąszczu ciężko cokolwiek wypatrzyć.
Już na samym początku droga z kamienia na kamień bądź w bród wydawała się challengem, ale im bardziej w górę strumienia tym większe stanowiła wyzwanie. Ze stłuczonym kolanem stanowiła prawdziwą ścieżkę zdrowia. W ¾ drogi był ostatni post z warungiem i od tego miejsca zaczął nas śledzić kilkuletni chłopiec próbujący sprzedać parasolkę. Po co parasol w dżungli? Po kilkunastu minutach okazało się, że nie byłby to tak głupi zakup. Żeby dotrzeć do końca wąwozu należało przejść przez kurtyny wodne mniejszych wodospadów. Na pocieszenie zimny prysznic podobno według Tengerczyków gwarantuje długowieczność. Aparat zbuntował się niestety w kontakcie z wodą dlatego zdjęć z końca wąwozu jest niewiele i kiepskiej jakości. Ostatni wodospad mierzy niemal 200 metrów. Trud godzinnej ścieżki zdrowia był znów wynagrodzony wspaniałym widokiem, który – tak, znów będę nudny – zabierał dech w piersiach. 
Droga powrotna jak to zwykle bywa była szybsza. Koledzy po drodze złapali pijawki, mnie udało się uniknąć tego niemiłego doświadczenia. Przemoknięci i zmęczeni, ale zadowoleni wsiedliśmy na motory i do domu. To niesamowite jak piękna jest nasza planeta…

piątek, 15 kwietnia 2011

Bali - czy to raj czy nie raj?


Na targu rybnym
Wyspa Bali to zwykle pierwsze, jedno z pierwszych lub wręcz jedyne miejsce odwiedzane przez "turystów" w Indonezji. Ja odwiedziłem Bali dopiero po 3 miesiącach na Jawie, chociaż mam ją w zasięgu ok. 10 godzin busem. Jakoś nie spieszyło mi się tam specjalnie, ale jak nadeszła dogodna chwila to ją wykorzystałem. Korzystając z gościnności znajomych, miałem do dyspozycji willę z basenem w Kerobokan, parę kilometrów na północ od słynnej nadmorskiej miejscowości Kuta czy imprezowego Seminyak. 
Na wyspę dostałem się travel-busem - podróż zajęła trochę ponad 10 godzin, łącznie z 40-minutową przeprawą promem z Banyuwangi na Jawie. Przez całą drogę (może z 2-godzinną przerwą) kierowca busa zabawiał się w karaoke słuchając dangdut. Dangdut to lokalna muzyka, która ma ponoć swoje korzenie w Indiach, ale została tutaj zaadaptowana. Dla jej antyfanów ma tą złą cechę, że brzmi w uszach jeszcze przez dobre parę godzin. Najgorzej usłyszeć dangdut przed snem... wtedy insomnia murowana.
Tanah Lot
Po Jawie Bali wydaje się być obcym krajem. Co najbardziej uderza to brak meczetów i nawoływań do modłów, wszędobylskie psy (których na Jawie z powodów religijnych jest stosunkowo niewiele) i niesamowite ilości bule. W porównaniu do Surabaji, gdzie czasami jedynym białasem, którego widzę jest moje odbicie w lustrze, na Bali czułem się prawie jak w Europie. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nikt na ulicy nie witał 'Hello Mister!'... Nie żebym narzekał, ale przyzwyczaiłem się, że na ulicy na Jawie ludzie nie dają mi (pozytywnie) spokoju.
Klify Uluwatu
Większość białasów trzyma się południa wyspy. Są rejony gdzie niemal większość to biali, nie tylko turyści, ale często ludzie, którzy już tutaj osiadli. Sporo Amerykanów, Australijczyków, Francuzów, Włochów. Co ciekawe nie spotkałem żadnego Polaka, a byłem przekonany, że na kogoś wpadnę. Spotkałem natomiast całkiem sporo Rosjan, w większości jednak byli to tzw. "Nowi Ruscy". W miejscach gdzie jest ich zwykle więcej można nawet znaleźć napisy po rosyjsku, jednak są one często z okropnymi błędami. Zabawne jest też usłyszeć indonezyjskiego przewodnika mówiącego po rosyjsku.
Plaża Nusa Dua
Na Bali główne wyznanie to hinduizm. Zamiast meczetów na ulicach co kawałek można natrafić na hinduistyczną świątynię i poczuć woń kadzidełek. Właściwie większość budynków ma miejsce, niewielką „kapliczkę”, która służy do oddawania czci bóstwom. Na ulicy często można też natrafić na małe prostokątne pudełeczka z kadzidełkami, w których składają ofiary… ciekawe tylko czemu czasami na środku chodnika?
Balijczycy podobnie jak Jawajczycy dumni są ze swojej kultury, co prezentują ubierając się na co dzień oryginalne balijskie stroje. Mężczyźni podobnie jak na Jawie mają charakterystyczne nakrycia głowy i noszą sarong. Na uroczystości religijne zwykle ubierają się na biało.
Waran z Komodo
Bali ma dla turysty wiele do zaoferowania, są piękne plaże, na których można podziwiać zachody słońca jak z obrazka, hinduistyczne świątynie, ciepłe i (dość) czyste morze (a właściwie ocean), egzotyczna przyroda. Jednak po kilku miesiącach na Jawie wszystko to wydaje się już dla mnie codziennością. Rozumiem tych, którzy przyjeżdżają tutaj prosto z Europy i jest to dla nich bajka.
Dość chyba dobrze wyobrażałem sobie Bali wcześniej, dlatego raczej nie miałem zbyt wysokich wymagań, więc też nie było rozczarowania. Wyspa oczywiście piękna, ale dziewiczą już nie jest. Budynki w dzielnicach turystycznych wyglądają jak w krajach zachodnich, podobne sklepy, hotele, restauracje, tyle, że trochę więcej motorów na ulicach. Nie dziwi nikogo widok białego na motorze (w Surabaji dziwi bardzo), można tam być anonimowym co jest nieosiągalne na Jawie.
Małpy w Uluwatu
Jeśli chodzi o plaże to jedna do drugiej nie podobna. Niektóre jak z obrazka z lazurową wodą i białym piaskiem, inne skaliste i z wysokimi falami dla amatorów surfingu, jeszcze inne dość brudne. Bodaj najsłynniejsza plaża na Bali – Kuta, była sporym rozczarowaniem na brzegu były tony śmieci (można było spokojnie znaleźć co tylko dusza zapragnie), co spowodowane było silnym wiatrem z zachodu. Z kolei plaża Nusa Dua na południu była jak z bajki. Ocean przy brzegu dość płytki i można bezpiecznie popływać i pooglądać kolorowe i często sporej wielkości ryby uwijające się w plantacjach wodorostów. Polecam też plaże Dreamland i Padang-Padang.
Odwiedziłem również świątynie Tanah Lot i Uluwatu, obydwie położona nad samym brzegiem oceanu. Pierwsza zbudowana jest na nadbrzeżnych skałach – jej nazwa znaczy tyle co Ląd na Morzu. Bardzo sprytnie jest pomyślane wejście i wyjście z terenu świątyni. Żeby wydostać się na parking należy przejść wzdłuż szeregu kramów, chociaż tak naprawdę jak zna się skróty można je ominąć – strzałki dla turystów pokazują jednak inną drogę. Świątynia Uluwatu położona jest natomiast na klifach południowego cyplu. Jest to królestwo małp, które wyczyniają co tylko chcą z turystami. Na początku wydają się koleżeńskie i grzecznie czekaja na poczęstunek, ale jak go nie dostaną starają się ukraść coś cennego, żeby szantażem wymusić jedzenie. Zwykle kradną okulary, aparaty i japonki, które często niszczą, dlatego lepiej ubrać bardziej wytrzymałe buty. Na szczęście wyszedłem stamtąd bez uszczerbku na zdrowiu z jedynie jedną małpą na karku na koncie.
W Parku Ptaków
Odwiedziłem też Park Ptaków, który był dla mnie prawdziwym rajem. Wiele z ptaków po prostu swobodnie było na otwartej powierzchni, można było je wziąć na ramię czy nakarmić. Największą ciekawostką były słynne rajskie ptaki z Papui, kazuary i ogromne warany z Komodo. Jak wszędzie jednak na Bali problem stanowiła cena biletu wstępu – dla „bule” kilkakrotnie wyższa niż dla Indonezyjczyka. Postanowiłem, że nie zapłacę więcej. Pan w kasie nie dał się przekonać ani na legitymację studencką ani na opowieści o moim pobycie w Surabaji, a dopiero zmiękł na widok karty do bankomatu lokalnego indonezyjskiego banku i tak udało się zaoszczędzić dobre 50zł.
Ogólnie pobyt na Bali w 100% odzwierciedlił moje oczekiwania. Egzotyczna wyspa, gdzie wszystko przygotowane jest pod zachodnich turystów. Prawda, że zobaczyłem jedynie jej południową część, najbardziej zurbanizowaną i „zaturyszczoną”. Następnym razem postaram się zobaczyć więcej na północy. A już wkrótce wybieram się na jeszcze bardziej egzotyczną wyspę…

środa, 23 lutego 2011

Nad Oceanem.

Plaża Klayar
Kolejny weekend spędziłem na południu wyspy nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Zaprosił mnie znajomy z AISEC, dzięki któremu jestem gdzie jestem. Z Surabayi do Pacitan pojechaliśmy nocą z piątku na sobotę tzw. 'travel' - 8-osobowym busem, który kursuje po stałej trasie między miastami. Po rezerwacji miejsca, bus zabiera pasażerów z dowolnego miejsca. Jak na warunki indonezyjskie bardzo wygodnie, ale ciężko się wyspać. Mimo, że miejsca w środku jest dużo i można się rozsiąść, to drogi jawajskie zapewniają sporo atrakcji (nawet nocą). Kierowcy są tutaj naprawdę szaleni, zwłaszcza autobusów. Akurat nasz kierowca był spokojny, ale na drogach nie brakuje tu wariatów. Wyprzedzanie na trzeciego, czwartego czy piątego jest tutaj na porządku dziennym. Kierowcy autobusów wyprzedzający zwykle nie przejmują się czy nadjeżdża coś z przeciwka. Ma się im po prostu ustąpić z drogi, zjeżdżając na pobocze. Mój 'ulubiony moment' to jak przed nami jechały 2 załadowane ciężarówki i policja a mimo wszystko ciagle byliśmy wyprzedzani przez autobusy bez żadnej reakcji policjantów. 


Plaża Serau


Na miejsce dojechaliśmy o 5. rano po około 8 godzinach w busie. Pacitan to tzw. kabupaten - dystrykt na które dzieli się prowincja. Położony jest na południowym wybrzeżu wyspy, tuż przy granicy z prowincją Jawa Środkowa. Słynie z pięknego górzystego krajobrazu kontrastującego z wybrzeżem Oceanu Indyjskiego. Mieszkańcy dumni też są z faktu, że obecny prezydent kraju - Susilo Bambang Yudhoyono pochodzi właśnie stąd. W domu znajomego w pokoju gościnnym wisi nawet jego portret. Nie mam porównania, ale ciekawy czy takie ołtarzyki są w innych indonezyjskich domach. Domyślam się jednak, że to jedynie lokalny patriotyzm, a poza tym głowa rodziny pełni również funkcje społeczne. 
Goa Gong
Pierwszy kontakt z oceanem można porównać do spotkania z wulkanem. Zabiera dech w piersiach. Nawet w pogodny i bezchmurny dzień fale oceanu mają sporą siłę i z impetem wdzierają sie na ląd. Pierwsza plaża na której byliśmy jest piaszczysta i rozciąga się przez około 4 km na południe od miasteczka. Na plaży pełno sporej wielkości krabów. Ciężko jednak wejść do wody, fale są dość duże i pływanie jest dość niebezpieczne.
Drugiego dnia byliśmy na innych plażach na zachód od Pacitan, które były jeszcze pięknejsze. Plaża Serau położona na niewielkim półwyspie ma kilka stron. Wybrzeże tutaj jest bardziej kamieniste, urwiska nad brzegiem dość strome i niebezpieczne. Na wzgórzach sporo skał wulkanicznego pochodzenia. O pływaniu można zapomnieć fale są naprawdę silne i wysokie. Wpatrywać się w nie można jednak bez końca.
Po drodze na kolejną plażę zwiedziliśmy jaskinię Goa Gong położoną w zboczu jednego ze wzgórz. Jaskiń w tym rejonie podobno jest kilka, jednak ta jest największa i ma przygotowaną dla turystów trasę. We wnętrzu można zobaczyć stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, draperie, ściany naciekowe... wszystko czego sobie od jaskini można życzyć.
Plaża Klayar jest chyba najbardziej turystyczną  i najbardziej przyjazną dla plażowiczów. Można nawet wejść trochę do wody, ale o większym pływaniu trzeba zapomnieć. Zresztą trzeba być dość uważnym, bo na brzegu sporo jest jeżowców, rozgwiazd, a w wodzie podobno są też meduzy. Tak czy inaczej pierwsze spotkanie z oceanem uważam za jak najbardziej udane i czekam na następne.

czwartek, 17 lutego 2011

Kelud & Madura




Świątynia Tikus
Dzień 42 odkąd przeniosłem się na tamtą stronę Równika. Liczba wrażeń jednak nie maleje. Coraz pewniej się czuję, bo rozumiem coraz więcej i śmielej zaczynam mówić po indonezyjsku. Problem w tym, że oficjalny język państwowy to jedno, ale na Wschodniej Jawie między sobą ludzie mówią przeważnie po jawajsku. Do tego język ma 3 stopnie ‘wtajemniczenia’. Tzw. niskim językiem rozmawiają ludzie na równym szczeblu i równi wiekiem, a wysokiego używa się w oficjalnych kontaktach. Podobnie z resztą z indonezyjskim większość słów mam wrażenie ma slangowe odpowiedniki. Ogólnie w Indonezji można powiedzieć, że co 50km ludzie rozmawiają innym językiem, a jeden do drugiego mało podobny. Sam jednak indonezyjski trudny wydaje się nie być. Gramatyka banalna (chociaż póki co się jeszcze za nią nie zabrałem), wymowa też niezbyt trudna. Dość ciężko jest jedynie pod tym względem, że nie żadnego odniesienia w słownictwie do znanych nam europejskich języków, dlatego słówka ciężko się zapamiętuje.
Oprócz nauki języka, staram się ostatnio więcej popodróżować. W zeszły weekend znajomy zabrał mnie w górskie rejony Wschodniej Jawy. Po drodze zwiedziliśmy pozostałości hinduskiego królestwa w rejonie miasta Mojokerto. Ruiny rozsiane są na dość dużym terenie, a większość tkwi jeszcze pod ziemią. Ludzie jednak nie chcą ich odkopywać, bo w razie ich odnalezienia zostaliby po prostu przesiedleni przez państwo, bez większego wsparcia. A teren, jak zresztą cała Jawa jest bardzo gęsto zaludniony. Jadąc przez wyspę ma się wrażenie, że osiedla mieszkalne praktycznie się nie kończą. Nonstop miasteczka, wioski, domy i małe poletka ryżowe, trzciny cukrowej, a nieco dalej od szos plantacje innych roślin.
Kukły z jawajskiego teatru cieni
Na nocleg zatrzymaliśmy się u koleżanki z pracy znajomego. Mieszka w zwyczajnej jawajskiej wiosce na skraju lasu. Co dla nich jest chlebem powszednim, dla mnie było rajskim ogrodem. Dookoła plantacje ananasów, papai, kakaowca, ryżu, palm kokosowych. Zewsząd dochodzą odgłosy egzotycznych ptaków, które jednak trudno dostrzec w gęstych koronach drzew. W lesie urządzono sporą zagrodę dla jawajskich jeleni, które wielkością przypominają nasze sarny. Na pytanie dlaczego są zagrodzone, a nie żyją na swobodzie kolega odpowiedział, że inaczej by się zgubiły. Wydaje mi się, że prawda jest taka, że na Jawie powoli zaczyna brakować miejsca dla zwierząt z powodu zaludnienia. Z tego co wiem na Jawie nie ma już dzikich słoni, ani tygrysów. Rzadkie nosorożce żyją w jednym parku narodowym na zachodzie Jawy.
Wulkan Kelud
Dom skromny, ale bardzo przytulny, a ludzie jak wszędzie tutaj bardzo gościnni. Ozdobiony jawajskimi dekoracjami. Na kolacje zjedliśmy zupę ze szpinaku, który je się tutaj obficie, naturalnie z ryżem i tiwul – potrawę ze sfermentowanej kassawy (przypomina ziemniaki, robi się z niej tutaj np. chipsy) i kokosa.
W niedzielę natomiast wybraliśmy się na górę Kelud. To jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na Jawie, chociaż nie tak widowiskowy jak słynny Merapi czy ostatnio budzący się do życia Bromo. Góra Kelud to kaldera po starym wulkanie, który wybuchł wiele lat temu a jego eksplozja ponoć była druga w kolejności po eksplozji wulkanu Krakatau, jeśli chodzi o wybuchy w dziejach ludzkości. Na jej dnie jeszcze do niedawna było wulkaniczne jezioro o niebieskawym kolorze. W 2007 wulkan znów się obudził, zasypując popiołem okoliczne wioski i na południe potoczył się strumień lawy. W miejscu jeziora wyrosła kopuła z lawy, z której do tej pory unoszą się wulkaniczne opary. Widok dla kogoś, kto pierwszy raz w życiu widzi „żywy” wulkan – niesamowity.
Przyroda równie piękna. Korona wulkanu to poszarpane szczyty o stromych zboczach, porośnięte od od zewnątrz tropikalnym lasem, z którego co jakiś czas dochodziły odgłosy ptaków i małp. Naturalnie byłem jednym białasem w tym rejonie i znów miałem obawy czy ktoś sobie głowy nie ukręci, ale powoli już to mnie mniej dziwi.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze zjeść w Kediri – soto, rosołek z jarzynami i limonką, na deser rujak kamis – owoce: ananas, papaja, ogórek, guawa, starfruit… (hmm jak to będzie po polsku? gwiazdowiec?) i melon w sosie z orzechów ziemnych i chilli, a do popicia napój ze świeżo zmielonej trzciny cukrowej – es tebu.
Latarnia na Madurze
Wtorek był również dniem wolnym (muzułmańskie święto religijne), więc znów znajomy zabrał mnie na wycieczkę. Tym razem na wyspę Madura, która leży u północno-wschodniego wybrzeża Jawy. Na wyspę prowadzi najdłuższy w Indonezji most - Suramadu. Są jednak słyszałem plany budowy mostu z Jawy na Sumatrę i byłby to wówczas bodajże jeden z najdłuższych mostów na świecie. W niedzielę dostałem nauczkę, że na dłuższą wyprawę na motorze lepiej tutaj jednak ubrać dłuższe rękawy i spodnie, dlatego we wtorek cały dzień byłem w bluzie.

sobota, 5 lutego 2011

Randomness



Wkrótce miesiąc odkąd jestem w Indonezji, nie wiem kiedy to zleciało. Coś na temat czasu pisałem ostatnio... faktycznie jego upływ odczuwa się tutaj inaczej. Może za dużo ryżu zjadłem i zaczynam powoli myśleć po indonezyjsku. ;)
Co u mnie nowego... Przede wszystkim moja szczęka jest o jednego zęba mniejsza. 2 tygodnie temu wypadła mi plomba w ósemce. Na całe szczęście mama jednego z uczniów jest dentystką i mi pomogła, doradziła jednak, że lepiej tego zęba usunąć. Zabieg miałem w zeszłą środę. Nie mogę na nic narzekać, bo wszystko było bardzo profesjonalnie i w bardzo przyjaznej jak na gabinet dentystyczny atmosferze (hmm może nawet zbyt przyjaznej - opowiadanie dowcipów i robienie zdjęć pacjentowi na fotelu to chyba nie w stylu naszych stomatologów). Sam zabieg do przyjemnych nie należy, wiedzą Ci co go przeszli, a godziny bezpośrednio po nim są też mało fun... Ale cóż, taka już natura problemów z uzębieniem. Ale jestem wdzięczny bardzo wszystkim, którzy mi pomogli i z tego miejsca, serdeczne dzięki (również teamowi - Hamdiya & Wuri, które rozmieszały mnie w drodze na i po zabiegu). :)
Dzwonimy po karetkę
Dzisiaj natomiast miała miejsce niecodzienna lekcja - city bravery challenge survival dla uczniów 8. klasy. Dzieciaki spały w szkole z piątku na sobotę razem z nauczycielami. O 4. rano pobudka, szybkie śniadanie i w drogę na drugi koniec miasta. Tam rozgrzewka na boisku, dostajemy mapki i w drogę. Za zadanie było dotrzeć do 5. wyznaczonych punktów pomiarowych, w których dostawali kolejne mapki na nowe odcinki trasy. Po drodze zbierali informacje o danych miejscach i musieli zapewnić sobie wyżywienie (z tym akurat problemów najmniejszych nie było). W punktach pomiarowych nauczyciele sprawdzali ich wiedzę z zakresu udzielania pierwszej pomocy (ja we własnej osobie ;)), wiązanie węzłów żeglarskich czy korzystania z kompasu. Na końcu musieli dostać się busikami tzw. angkotami z powrotem do szkoły. Z tym były największe logistyczne problemy, ale jakoś wszyscy dotarli po niespełna 12 godzinach z powrotem. Jak dla mnie dziwnym było, że nie była to konkurencja na czas, bo nie mieli żadnej motywacji, żeby się pospieszyć, tylko wszyscy szli w ślimaczym tempie. Ale do tematu czasu już obiecuję sobie nie wracać. ;]
Napijemy się z kokosa :)
Ostatnio przyszło mi do głowy, że Indonezja to taka równikowa Rosja. Zbieżności oprócz wielkiego terytorium, liczby ludności i niezliczonej liczby narodowości jest jeszcze trochę. Najlepiej określić wszystko co się dzieje zarówno w Rosji, jak i w Indonezji słowem random. I nie ma ono negatywnego znaczenia. Po prostu trudno przewidzieć co się tutaj stanie, a zdarzyć może się dokładnie wszystko. Zwłaszcza na ulicy. No rules is a rule. Pod każdym względem. Jeździmy jak chcemy. Przedwczoraj dowiedziałem się, że żartobliwie Indonezyjczycy nazywają czerwone światło - zielonym dla odważnych. I rzeczywiście tak tu się jeździ, chociaż muszę powiedzieć, że póki co nie widziałem jeszcze żadnej stłuczki (i nie chce zobaczyć). Architektura miast też jest dość random, ale to akurat mi się podoba i tego się tutaj spodziewałem. Zachowanie ludzi na ulicy jest jednak najbardziej random ze wszystkiego i nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Po prostu przyjedźcie tutaj i zobaczcie. :)
A propos ludzi na ulicach, to chociaż w okolicy już wiedzą, że mieszka sobie tutaj taki bule (lokalne słówko na białą twarz), to jak gdzieś się wybiorę dalej jak dzisiaj to czasami się martwię, że niektórzy mogą sobie zrobić krzywdę i ukręcić głowę oglądając się za mną. Raz nie wytrzymałem i powiedziałem 'Yeah, I'm a bule... so what?' Mimo wszystko, ciekawość ludzi jest raczej sympatyczna i wprowadza mnie w dobry humor. ;) 

środa, 26 stycznia 2011

Pojęcie czasu w Indonezji.


Trzeci tydzień w Indonezji i czuję, że powoli wsiąkam. Z powodu pracy w szkole dni tygodnia są dość podobne do siebie i życie nabiera rutyny, ale mimo wszystko codziennie zdarza się coś nowego.
Para młoda
W zeszłą sobotę byłem na tradycyjnym jawajskim weselu zaproszony przez jedną z nauczycielek. Było bardzo wystawnie. Nie mogę wiele powiedzieć, bo byliśmy tam może zaledwie godzinę. Co tu porównywać z naszymi weselami trwającymi cały weekend, a czasem i dłużej. Najpierw należy ustawić się w długiej kolejce, żeby pogratulować rodzicom i oczywiście młodej parze. Co jakiś czas młoda para musiała robić sobie przerwę, bo gości było tak dużo (myślę, że koło 500). Po gratulacjach można coś zjeść. No, a jak się już zje to o ile nie ma się z kim rozmawiać to można wyjść. Przy wyjściu dostaje się jeszcze weselny souvenir – w tym wypadku był to zegar ścienny.
Ostatnio pisałem o tym, jak to tutaj czas płynie sobie, a nikt na niego nie zwraca uwagi. Zauważyłem, że wszystkie zegary w różnych pomieszczeniach pokazują inną godzinę – rozpiętość ok. 30 minut. Śmieje się, że każdy tutaj żyje w innej strefie czasowej. Jeśli mnie to nie zabije, to może mnie wzmocni, ale czasami cierpliwość mam na wyczerpaniu. Ale przecież to ja się muszę dostosować to ich nawyków, a nie oni do fanaberii punktualności człowieka Zachodu. Staram się wszystko obrócić w żart, bo uczenie ich co to gospodarowanie czasem w tym wieku mija się z celem. Trzeba chyba się nauczyć życia obecną chwilą. ;]


Śniadanko - rybka i krupuk

Ale, żeby nie było. Dobrego poczucia humoru wcale nie tracę i definitywnie dalej dobrze mi tutaj. Bezwzględnie dalej kocham indonezyjską kuchnię. Jedzenie jest przepyszne. Ryż jeszcze mi się nie znudził mimo, iż od 7 stycznia zjadłem go chyba więcej niż w całym 2010 roku (nawet biorąc pod uwagę, że 3 tygodnie byłem w Chinach). Nie mogę się przyzwyczaić do obfitych śniadań, które czasami wyglądają tutaj jak obiady – zwykle ryż i zupa.
Jedno z kolejnych wejść będzie o konkretnych potrawach. Na razie wszystkiego próbuję i jeszcze mieszają mi się nazwy. Mam wrażenie, że właściwie nikt tu nie gotuje w domu, bo wszystko można dostać na ulicy. Całe ulice są zastawione ‘warungami’ i ‘kaki-limami’, gdzie można tanio i szybko zjeść.  Na zewnątrz jest wypisane, co w konkretnej jadłodajni można dostać – np. nasi (ryż), ayam (kurczak), bebek (kaczka), mie (makaron) czy konkretne nazwy potraw.
Rzeczą bez której dalej sobie nie wyobrażam życia (nawet po powrocie do Europy) jest krupuk. To rodzaj krakersów, które je się zwykle do obiadu (zamiast naszego chleba). Są one zrobione z przeróżnych rzeczy – mąki i krewetek, ziemniaków, kassawy, bananów. Dowiedziałem się, że mieszkam niemal w zagłębiu. Ponoć z Sidoarjo, pobliskim miasteczku pochodzi właśnie krupuk.
Jeśli chodzi o napoje to na co dzień pije się po prostu butelkowaną wodę. Oprócz tego Indonezyjczycy piją dużo herbaty, z lodem albo na gorąco. Kawa jest mniej popularna – domyślam się, że powodem może być stosunek islamu do używek. Chociaż oficjalnie kawa zakazana dla muzułman jak alkohol ni jest. Bardzo popularne są też napoje z kokosa es degan i es kopyor. A mój nr 1. jak do tej pory to siwalan – napój z owoców palmy słodzony cukrem palmowym.

Ryż
Krupuk